42.195

Obrazek użytkownika Willy
17.10.2012

Ponad 61 godzin treningu, prawie 620 pokonanych kilometrów w okresie od maja do października...wszystko po to, aby w niedzielny poranek 14.10.2012r. zrealizować jedno z „mocnych postanowień noworocznych”: stanąć na starcie, a następnie pokonać trasę XIII Poznań Maratonu, mieszcząc się w limicie 6 godzin. Czterdzieści dwa kilometry sto dziewięćdziesiąt pięć metrów – nawet ubranie tej liczby w słowa nie oddaje trudności, jaką kryje ten dystans.

Dla ludzi biegających od lat, zaliczających większe i mniejsze biegi w Polsce powyższy akapit nie robi zapewne najmniejszego wrażenia. Jednak dla kogoś, kto przygodę z regularnym bieganiem zaczął dopiero w tym roku jest to niemałe osiągnięcie. Ale po kolei....

Na uczestników czekały medale | fot. Gosia Janiak

Przed startem.

Stres jest spory. Czy dam radę? Czy praca, którą udało się wykonać na treningach wystarczy? Czy wytrzyma przeciążone ostatnio kolano? Czy na pewno wiem już wszystko: jak biec, co i kiedy jeść, ile pić? Pytań są dziesiątki, i mimo, że na większość z nich dawno już znalazłem odpowiedź na forach i tematycznych stronach w Sieci, to jednak praktyka czyni maratończyka.

Trasa tegorocznego maratonu była wyjątkowa pod kilkoma względami. Przede wszystkim zrezygnowano z dwóch pętli na rzecz jednej, obejmującej niemal całe centrum miasta oraz m.in. Rataje, Chartowo i Winogrady. Ze względu na ilość startujących zawodników zmieniono również lokalizację startu i mety, rezygnując z ograniczonej pojemności terenów nad Maltą na rzecz przestronnych hal Międzynarodowych Targów Poznańskich. Obie decyzje okazały się strzałem w dziesiątkę. Organizacja tak dużej masowej imprezy przebiegała nadzwyczaj sprawnie, począwszy od wydawania pakietów startowych, poprzez samo zabezpieczenie trasy, a skończywszy na opiece po ukończeniu biegu.

Start.

Krótko przed godziną 9.00 na miejscu startu przy ulicy Grunwaldzkiej są już tłumy zawodników i kibiców. Ktoś się rozgrzewa, ktoś poprawia strój, zdjęcia, ostatnie rozmowy. Pogoda dopisuje, optymizm coraz większy, atmosfera podekscytowania udziela się wszystkim. Wśród biegaczy wyróżniają się pacemakerzy. Rozstawieni co kilkadziesiąt metrów, do nadgarstka mają przymocowany sznurek, który trzyma na uwięzi niewielki balonik wypełniony helem, na którym widnieje szacunkowy czas ukończenia biegu. Ma to pomóc niedoświadczonym biegaczom w utrzymaniu zakładanego tempa. 3:30...3:45...4:00...4:15...ustawiam się w pobliżu balonika z czasem 4:30....ambitnie, ale cóż – do odważnych świat należy :). Jeszcze tylko kilka słów od prezydenta Poznania Ryszarda Grobelnego i...strzał startera! Ruszamy powoli. Z głośników wyjątkowość chwili podkreślają „Rydwany ognia” Vangelisa.

5km

Delikatny spadek ulicy Grunwaldzkiej ułatwia swobodny bieg. Rozmawiamy, pozdrawiamy kibiców, początkowa adrenalina jeszcze działa. Mijamy pierwszą na trasie kapelę, oprócz muzyki nasz wzrok przyciągają oryginalne habity wykonawców. Nie zdążyłem jeszcze dobrze się rozgrzać gdy docieramy do 5 kilometra i pierwszego punktu żywieniowego. Korzysta z niego niewielu, ale nic dziwnego – w końcu to początek biegu.

10km

Ulica Hetmańska, cały czas lekko z górki, absolutnie nie czuję żadnych, choćby najmniejszych przejawów zmęczenia. Akustyka tunelu pod torami kolejowymi zachęca do gromkiego „Kolejooorz, Kolejooorz!!”. Skręcamy w Dolną Wildę, a następnie Drogą Dębińską kierujemy się wprost do drugiego punktu z wodą, czekoladą, bananami i napojami izotonicznymi. Tym razem bardziej rozsądek niż potrzeba skłaniają mnie do kubka wody i połówki banana. Prawie jedna czwarta dystansu za mną, a czuję się, jakbym dopiero co wystartował. Jest rewelacyjnie – myślę i równym tempem gnam dalej. Pojawiają się pierwsi znajomi kibice, stan ducha i ciała pozwalają nawet na wymianę kilku zdań „w locie”.

14km

Kilkaset metrów przede mną słabnie i przewraca się jeden z maratończyków. Gdy dobiegam, na miejscu jest już karetka. Ratownicy reanimują młodego człowieka. Każdy z przebiegających jest w szoku. Peleton milknie na dłuższy czas. Dopiero jakiś czas później dowiemy się, że niestety mężczyzny nie udało się uratować.

20km

Mimo, że niedawny dramat pozostawia ślad, bieg trwa nadal. Biegniemy przez ratajskie osiedla, kibice dopisują. Dopingują zwłaszcza uczniowie szkół podstawowych i gimnazjów. Zorganizowani, ich entuzjazm udziela się biegnącym. Cały czas trzymam się w pobliżu „mojego” tempa, czyli balonika z czasem 4:30. Czasami nawet muszę się pilnować, aby go nie wyprzedzić. Jest nieźle. Zaskakujące, zwłaszcza, że zbliża się połowa dystansu.

25km

Na abpa Dymka i Browarnej kibiców jakby mniej, biegnie się już trudniej. Pojawiają się pierwsze problemy. Odzywa się kolano, zaczynają boleć uda. Zwarta wcześniej grupa rozciągnęła się na sporym dystansie. Mijam pierwszych, którzy z biegu przechodzą w marsz i już wiem, że łatwo nie będzie.

30km

Zanim osiągnę ten 30 kilometr, muszę zmierzyć się z ulicą Warszawską. Mentalnie to jedno z najtrudniejszych wyzwań na trasie. Długa prosta, zdająca się nie mieć końca. Coraz więcej osób maszeruje, coraz trudniej ignorować nasilający się ból. Jakby tego było mało, w okolicach 28km balonik „4:30” zaczyna mi „odjeżdżać”. I to nie dlatego, że pacemaker, do którego był przywiązany, nagle zwiększył tempo. To mój rytm zaczął gwałtownie spadać. Wkrótce żółty balonik majaczył już tylko gdzieś na horyzoncie, a ja zdałem sobie sprawę, że meta po czterech i pół godzinie biegu jest już nierealna. Postanawiam odpoczywać na punktach żywieniowych i od tej pory na każdym z nich przechodzę w około 200 m marsz, aby móc spokojnie uzupełnić płyny i węglowodany.

Na szczęście na rondzie Śródka znów spotykam „moich” kibiców i samopoczucie w jednej chwili ulega poprawie. Znów mam ochotę walczyć i biegnę dalej.

35km

Biegnąc ulicą Serbską mam poczucie „powrotu” do miasta. Ludzi przy trasie znów jest więcej. Tutaj tez przekonuję się, że dosłownie każdy detal na takim dystansie ma OGROMNE znaczenie. Przed startem do końca wahałem się czy posłuchać rady, aby koniecznie zakleić  plastrami sutki, chroniąc je w ten sposób przed bolesnymi otarciami. Zrobiłem tak, jednak bez przekonania, że to naprawdę potrzebne. W okolicach ronda Solidarności widząc krwawe plamy na koszulkach kilku biegaczy utwierdzam się w przekonaniu, że jednak warto słuchać dobrych rad.

Z nogami nie jest najlepiej. O ile oddech i tętno są w porządku, mam siłę do dalszego biegu, tak dolne kończyny zachowują się, jakby kierował nimi kompletnie inny ośrodek decyzyjny. Każdy kolejny krok sprawia ból, prawą łydkę łapią kurcze. W tym momencie po raz pierwszy myślę – nigdy więcej!

40km

W drodze do 40 kilometra zbiegam do centrum ulicą Księcia Mieszka I. Czuję, że meta już niedaleko, jednocześnie z utęsknieniem wypatruję kolejnych tabliczek oznaczających kolejny pokonany kilometr. Mijając Cytadelę widzę zmęczonych, ale szczęśliwych maratończyków owiniętych srebrno-złotą folią. Na mecie byli już jakiś czas temu, właśnie wracają do domu...Boże, jeszcze 3km!! Ważący kilkanaście gramów elektroniczny chip wpleciony w sznurówkę buta waży teraz kilkaset razy więcej.

Przed podbiegiem na Most Dworcowy nie czuję już nic. Wiem, że to już za chwilę, że jeszcze tylko kilkaset metrów. Adrenalina i endorfiny pozwalają zapomnieć o bólu.

Meta.

Fantastyczny moment! Kończę swój pierwszy w życiu maraton z czasem netto 4:57, może nie rewelacyjnym, ale przecież do pobicia następnym razem. Bo wbrew temu, co myślałem jeszcze kilka kilometrów wstecz wiem już, że nie będzie to mój ostatni! Jest medal, jest rodzina, znajomi, jest szampan, ale jest przede wszystkim ogromna satysfakcja. Dzięki konsekwencji, która nie była do tej pory moją mocną stroną, udało się pokonać własną słabość.

Ten dzień będę pamiętał bardzo długo. Zapamiętam Spartan, którzy zaimponowali mi pokonując ten ogromny dystans w (co prawda plastikowej, ale jednak) zbroi – z tarczą, włócznią i w chełmie. Zapamiętam bosego biegacza z flagą narodową, biegacza z psem, który był równie zmęczony, jak jego pan. Zapamiętam dziesiątki innych zdarzeń, spostrzeżeń i ludzi. Zapamiętam wreszcie chwile zwątpienia, gdy dowiedziałem się o śmierci maratończyka na trasie.

P.S.

Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki. Szczególnie jestem wdzięczny osobom, które dodawały mi otuchy na trasie, oraz pewnej „managerce” w niebieskiej kurtce przeciwdeszczowej – jej wsparcie, także logistyczne pozwoliło operację „XIII Poznań Maraton” zakończyć powodzeniem. Bez Was nie dałbym rady!