Assassin's Creed III - recenzja

Obrazek użytkownika Brama
1.12.2012

Rozwój serii Assassin's Creed obserwuję od samych jej początków – od pierwszych zapowiedzi i wielu obietnic, które ostatecznie nie zostały w pełni zrealizowane w pierwszej odsłonie. Przygody Altaira okazały się grą zaledwie dobrą, wiele szumnie zapowiadanych mechanizmów zostało źle rozwiązanych, a rozgrywka była monotonna. Gra miała jednak potencjał, który ujawnił się w drugiej części, gdzie obserwowaliśmy wendettę młodego Włocha Ezio Auditore na zabójcach swojej rodziny. Poprawiono większość niedociągnięć i dopracowano rozgrywkę. Kolejne dwie odsłony, bez numerka w tytule, za to z podtytułami „Brotherhood” i „Revelations” w sposób ewolucyjny rozwijały sprawdzoną formułę, kontynuując wątek włoskiego Asasyna. Dopiero trzecia część miała przynieść nowego bohatera i faktyczną rewolucję. Czy tak się stało?

Nowy system walki w akcji Nowy system walki w akcji
  • Logo gry Assassin's Creed III
  • Connor wykorzystujący nowe możliwości ruchowe
  • Bitwa morska w pełnej krasie
  • Connor i Jerzy Waszyngton - art promujący grę

Zacznijmy od tego czym jest Assassin's Creed – jest to sandboxowa gra akcji, która rozgrywa się w pieczołowicie odwzorowanych historycznych miastach. Wcielamy się w członka zakonu Asasynów, którzy walczą przeciwko Templariuszom chcącym uzyskać władzę absolutną nad światem. Bohater potrafi zręcznie wspinać się po ścianach budynków, wykorzystując do tego każdą wypukłość, po to by niezauważenie dostać się do swojego celu i zabić go za pomocą ukrytego ostrza. By pozostać niewidocznym może też wykorzystać tłum, potrafi również ukryć się by zmylić szukających go strażników. W wypadku wykrycia nie jest jednak bezbronny – znakomicie włada mieczem i inną bronią białą, co pozwala mu wyjść cało z każdej opresji.

W najnowszej odsłonie przenosimy się do XVII wiecznej Ameryki, gdzie obserwujemy napięcia pomiędzy kolonistami a koroną brytyjską, które ostatecznie prowadzą do rewolucji amerykańskiej. Nasz protagonista to młody Metys, syn Indianki i Brytyjczyka, o imieniu Ratonhnhaké:ton. Jako, że jego prawdziwe imię jest nie do wymówienia dla bladych twarzy bez ryzyka paraliżu lewej części twarzy to dostaje on pseudonim Connor. Jego priorytetem jest ochrona swej rodzinnej wioski, która już raz została napadnięta i spalona przez Brytyjczyków gdy był jeszcze dzieckiem. Poprzysięga on zemstę a jego motywacja jest tym silniejsza, że w pożarze zginęła jego matka. Napastnicy byli powiązani z zakonem Templariuszy więc Connor szybko trafia pod skrzydła mistrza Asasynów Achillesa Davenport'a.

Młody Asasyn pozna wiele autentycznych postaci z Jerzym Waszyngtonem na czele, oraz weźmie udział w znanych historycznych wydarzeniach jak chociażby słynna „bostońska herbatka”. Connor opowie się po stronie walczących o wolność i głoszących hasła o równości kolonistów, gdyż ma nadzieje, że w ten sposób zapewni pokój swoim ludziom. Gra zafunduje niejednego pstryczka w nos przeciętnego Amerykanina przekonanego o świętości ojców założycieli. I tak Francuzi z Ubisoftu wytykają Waszyngtonowi nieudolność w prowadzeniu zmagań bitewnych, jak również głoszenie „równości i wolności dla wszystkich ludzi” pod warunkiem oczywiście, że wszyscy ludzie są białymi mężczyznami – podczas gdy sam posiadał 200 niewolników.

Jak w każdej odsłonie tak i tutaj mamy do czynienia z dwoma poziomami fabularnymi: współczesnym i historycznym. Trzon rozgrywki stanowią wydarzenia historyczne, ale prawdziwym bohaterem całej serii jest współczesny Asasyn Desmond Miles, który wraz z innymi członkami zakonu stara się zapobiec końcowi świata wyznaczonemu przez tajemniczą Pierwszą Cywilizację na 21.12.2012. Pomóc w tym mają potężne artefakty pozostawione przez wymarłą rasę i to właśnie one są obiektem poszukiwań zarówno Asasynów jak i korporacji Abstergo – przykrywki, pod którą działają współcześni Templariusze. By odkryć ich położenie bohater wchodzi do maszyny zwanej Animusem, odtwarza ona zapisane w DNA wspomnienia jego przodków, którzy mieli kontakt z owymi artefaktami.

Dziwi mnie to jak bardzo Ubisoft skupia się na wydarzeniach historycznych, równocześnie wątek współczesny traktując po macoszemu. Jeżeli ktoś liczył na asasyńskie misje rozgrywane w otwartej współczesnej metropolii – sorry, nie ten adres. Te raptem 3 misje w których pokierujemy Desmondem (nie licząc lokacji wyjściowej) są do bólu liniowe, mają strukturę korytarzową i na domiar złego są zwyczajnie słabe. Osobiście liczyłem na coś więcej. Rozczarowują też początkowe godziny rozgrywki – dotychczas każda odsłona wciągała od samego początku, do końca nie pozwalając się oderwać – tutaj początek jest rozwleczony i zwyczajnie nudny. Na szczęście potem akcja się rozkręca i do końca trzyma właściwe tempo.

Po trzech odcinkach włoskiej telenoweli seria zdecydowanie potrzebowała zmiany settingu, ale czy czas wojny o niepodległość ameryki był najlepszym wyborem? Historycznie jest to z pewnością ciekawy okres, jednak ledwo co wybudowane Boston czy Nowy Jork siłą rzeczy nie mają klimatu średniowiecznej Jerozolimy czy architektonicznego przepychu renesansowej Wenecji czy Rzymu. Oprócz wspomnianych już miejscowości deweloper udostępnił również duże połacie otwartego terenu, na których dzieje się teraz znacznie więcej niż w poprzednich odsłonach, uczestniczymy nawet w bitwach pomagając kolonistom odpierać ataki brytyjskich wojsk. Rozległe leśne tereny są też pretekstem do wprowadzenia największej (lub też najbardziej eksponowanej) nowości w serii – mianowicie główny bohater potrafi wspinać się na drzewa i przeskakując pomiędzy konarami kolejnych błyskawicznie i niespostrzeżenie pokonywać spore odległości. Problem w tym, że nie wnosi to żadnej nowej jakości do rozgrywki a poustawiane, w taki sposób by utworzyć ścieżki, drzewa wyglądają nieco sztucznie.

Kolejną nowością są bitwy morskie – w pewnym momencie dostajemy do dyspozycji statek, którym oprócz misji przewidzianych w wątku głównym możemy rozegrać również szereg misji pobocznych. Bitwa morska sprowadza się to do sterowania statkiem tak by wrogi okręt znalazł się na linii strzału i wydania rozkazu załodze aby otworzyć ogień z armat. Mimo swojej prostoty misje te są ciekawym urozmaiceniem i odskocznią od normalnej rozgrywki.

Oprócz wspomnianych bitew morskich na gracza czeka także szereg innych zadań pobocznych – tak jak w poprzednich częściach pojawia się wątek ekonomiczny – rozbudowujemy swoją osadę, ponownie też stajemy na czele gildii Asasynów, których rekrutujemy i wysyłamy na misje. Na odnalezienie czeka szereg skarbów, skrzyń, piór czy stronic rękopisu. Na otwartym terenie zapolujemy na zwierzynę, a zdobyte w ten sposób skóry i inne łupy sprzedamy u wędrownych kupców. Na odnalezienie czekają też forty kontrolowane przez Templariuszy, które trzeba oswobodzić. Niestety zabrakło misji na wzór Prince of Persia takich jak eksploracja podziemi klasztorów, które zdarzały się w poprzednich częściach, ale jest to zrozumiałe – ciężko bowiem o jakieś rozbudowane katakumby pod nowo wybudowanymi jedno czy dwupiętrowymi chatkami.

To za co zawsze lubiłem tę serię to długość rozgrywki – za swoje pieniądze dostajemy spory kawał gry, samo przejście głównego wątku to kilka wieczorów, a oprócz tego czeka na nas sporo wyzwań dodatkowych. Sama gra nie należy do najtrudniejszych, ale każde zadanie ma szereg warunków pobocznych, które nie są konieczne do zaliczenia misji, ale należy je spełnić, jeżeli chcemy przejść ją na 100%. Potrafią one mocno skomplikować zadanie wprowadzając np. limit zabitych żołnierzy czy konieczność pozostania niewykrytym.

Gra o takim stopniu rozbudowania nie mogła oczywiście ustrzec się pewnych niedociągnięć technicznych, czy uproszczeń. Większość z nich jednak trapi tę serię od samego początku. I tak wciąż denerwuje niepełna kontrola nad protagonistą – Asasyn porusza się w kierunku jaki wybierzemy, no chyba, że akurat gra uzna, że powinien się poruszać w innym – działa tu system „przyciągania” bohatera do elementów po których można się wspinać. Zdarza się, że to pomaga, ale częściej powoduje, że niezamierzenie wbiegamy na jakąś przeszkodę lub skaczemy w zupełnie innym kierunku niż byśmy chcieli. W dalszym ciągu zdarza się, że elementy krajobrazu, jak drzewa czy krzaki, materializują się na naszych oczach, a jazda konna chyba jeszcze nigdy w serii nie była tak niedopracowana. Drażnią też skróty fabularne i brak spójności pomiędzy akcją w grze a tym co widzimy chwilę później (lub wcześniej) w cutscence. Zabicie celu często powoduje, że zadyma jaką rozpętaliśmy by do niego dotrzeć nagle się ulatnia i możemy odejść bez konsekwencji. Poprawie uległ system walki (choć z początku nie mogłem się przyzwyczaić), ale celowanie z broni palnej wciąż jest strasznie toporne. Dziwnie też wygląda skradanie się w zaroślach – wystarczy, że Connor przykucnie w kępce nie za gęstych krzaczków a już jest całkowicie niewidoczny dla wrogich żołnierzy – to akurat drobiazg, ale wygląda dość śmiesznie.

Mimo szumnych zapowiedzi, nowego bohatera, przeprojektowania systemu walki i wspinaczki, wprowadzenia cyklu pór roku i położenia większego nacisku na otwarte przestrzenie to wciąż stary dobry Assassin's Creed, a rozgrywka nie odbiega znacząco od tego co znamy z poprzednich części. Owszem wizualnie mamy do czynienia z powiewem świeżości a górskie, zalesione i ośnieżone tereny wyglądają pięknie to jednak mam wrażenie, że w innych kwestiach gra stoi nieco w miejscu, a momentami robi nawet drobny krok wstecz. Niestety nie mamy do czynienia z przełomem w serii, ale nie zmienia to faktu, że jest to wciąż bardzo dobra gra, która oferuje naprawdę długie godziny godziwej rozrywki. Długo biłem się z myślami, jaką ocenę wystawić najnowszej odsłonie gry. Wahałem się pomiędzy 7 a 8 na dziesięć, ostatecznie uznałem, że 7 byłoby krzywdzące dla tej bądź co bądź świetnej produkcji, natomiast do ósemki jednak trochę brakuje dlatego niniejszym wystawiam 7,5/10 a następnym razem proszę się bardziej postarać.

Platfotma: PC/X360/PS3
Wydawca: Ubisoft
Multiplayer: Tak
Wersja językowa: Ang + napisy PL

UWAGA! Gra przeznaczona dla dojrzałego odbiorcy – klasyfikacja PEGI 18.

Ocena końcowa: 7,5/10
Grywalność: 7/10
Grafika: 8/10
Muzyka: 8/10