Batumi, Last Minute!

Obrazek użytkownika Weronika
6.08.2014

Pracując w biurze podróży, często spotykam się z tak pożądaną przez wszystkich Klientów ofertą last minute. Jak sama nazwa wskazuje, oferta dotyczy wyjazdów na ostatnią chwilę, nie za tydzień czy o zgrozo, za 2 miesiące!  Nie każdy jednak jest tak spontaniczny i szalony by spakować się w 15 min i wyruszyć na lotnisko. Ale co zrobić jak okazja sama wpada w ręce?

Herbaciane pola Batumi Herbaciane pola Batumi | fot. Weronika Leciejewska

Wstawaj, jedziemy!

Sobota, godzina 4:00 nad ranem, Warszawa – dzień powoli budzi się do życia, ja śpię w najlepsze. Ciężkie chmury wiszą nad miastem, sprawiając że Warszawa staje się jeszcze bardziej ponura niż zwykle. Ogromne krople deszczu przypominają o lecie w Polsce. Zbyszek sprawdza loty, gdzie moglibyśmy choć na chwile oderwać się od codzienności. Jak przez sen słyszę jego donośny głos - wstawaj, jedziemy!! Jak oparzona, wyskakuje z łóżka – gdzie? - pakuj się, lecimy do Batumi! Wylot dokładnie za 3h, mamy niewiele czasu na organizację. Do walizki pakujemy niezbędnik turysty plażowicza - ręczniki, stroje kąpielowe, olejek do opalania i coś na przebranie. Nie potrzeba wiele, bo lot powrotny mamy jeszcze tego samego dnia. 15 minut później, siedzimy w taksówce zmierzającej na lotnisko.

Plażaw Batumi

Wylatujemy punktualnie o 7:00. Po niespełna 3h lotu znajdujemy się w innym świecie. Jest samo południe (zegarki przestawiamy o 2h) słońce grzeje niemiłosiernie, powietrze stoi tak, że można je kroić. Uśmiech nam z twarzy nie znika. Mówię do Zbyszka – uszczypnij mnie, bo chyba śnię!

Ulice Batumi

 

Batumi, eh Batumi

Port lotniczy Batumi, znajduje się zaraz na skraju miasta. Jest niewielki, jak na międzynarodowe lotnisko. Może dlatego Gruzini przywiązują taką wagę do kontroli bezpieczeństwa. Skrupulatnie sprawdzają dokumenty, skanują twarz specjalną kamerką, obserwują. Zbyszek sprawdza, czy jednostronna umowa o możliwości wjechania do Gruzji na podstawie dowodu osobistego działa. Pani strażniczka niezbyt zadowolona z tego faktu, wszystko musi wklepać ręcznie do komputera, co trwa znacznie dłużej niż przy przekraczaniu granicy z paszportem. Po 10 minutach kontroli, udaje nam się wjechać do Gruzji!!! Nieświadomie też udało nam się wwieźć opakowanie leków przeciwbólowych. W Gruzji obowiązuje kategoryczny zakaz wwozu jakichkolwiek leków! Nawet ibupromu. Dziwi nas to bardzo zwłaszcza, że kraj ten słynie z zakrapianych winem biesiad i wielkiej gościnności.

Batumi

Jako, że nie mamy za dużo czasu, po szybkiej przekąsce idziemy zwiedzać. Batumi to niewielkie miasto nad Morzem Czarnym, liczące sobie ok. 160 000 mieszkańców. Pierwsze wrażenie jest takie, że nic tu do siebie nie pasuje. Jest piękny bulwar ciągnący się wzdłuż plaży, piękna promenada, parki, modne hotele, szklane apartamentowce. A tuż obok, wielkie komunistyczne blokowiska, koloseum (!), wieża podobna do tej z włoskiej Pizy tyle że prosta, budynki przypominające mi Barcelonę i stare obdrapane wille. Cały świat w jednym miejscu! Rząd Gruzji bardzo inwestuje w rozwój Batumi, chcąc uczynić z miasta najmodniejszy kurort nad Morzem Czarnym. My chcemy przyjrzeć się miastu z góry, zatem wybieramy wjazd kolejką na pobliskie wzgórze. Przy 35 stopniowym upale, z przeszklonego wagonika z małymi okienkami robi się podwieszana sauna. Przyznam, że takich widoków w saunie to nie miałam nigdy. Kiedy kolejka wznosi się ponad dachy miasta, jeszcze wyraźniej widać kontrasty o których wspomniałam. Ulica równoległa do bulwaru, położona dalej od morza, ukazuje prawdziwe oblicze Batumi. Domy kryte blachą falistą, sypiące się bloki, a  tuż wyżej słynne z piosenki „herbaciane pola Batumi”. Jeszcze bardziej nieziemski widok jest w górach wysokich, gdzie widać zalegający śnieg – ileż bym dała bym móc go dotknąć!

Nowoczene Batumi

Trochę ochłody łapiemy na najwyższym piętrze hotelu Radisson Blu. Zimna kawa w taki dzień jest idealna. Przy okazji, obserwujemy Batumi w budowie, a w oddali ogród botaniczny. Przed oczami mamy symbol miasta – wieżę Alfabet. Ta stalowa konstrukcja przypominająca spiralę DNA ozdobiona jest 33 literami alfabetu gruzińskiego. To prawie duma narodowa. W szklanej kuli na szczycie wieży, znajduje się studio telewizyjne oraz obracająca się restauracja. Po odpoczynku resztę dnia postanawiamy spędzić na bulwarze.

Batumi

Po drodze na plażę mijamy zielone płuca miasta – wspaniały park z dość dziwną konstrukcją. Jak się okazało to pałac ślubów autorstwa młodej projektantki.

Pałac Ślubów w Batumi

Gruzja bardzo stawia na rozwój młodych. Może dlatego niektóre budynki są tak awargandowe? Spacerując po promenadzie, wyraźnie czuć że rząd robi wszystko by Batumi stało się najmodniejszym kurortem nad Morzem Czarnym. Wzdłuż całego bulwaru biegnie trasa rowerowa. Można też wypożyczyć rowery miejskie.

Bulwar w Batumi

Na plaży powstało wiele barów i restauracji. My wybieramy tę na molo, będziemy mieli lepszy widok na miasto od strony morza. Wieczorami organizowane są tu dyskoteki, kuszą byśmy zostali dłużej.

Dzielnica mieszkalna Batumi

 

Gaumardżos!

Po tylu atrakcjach postanawiamy skosztować prawdziwej, gruzińskiej kuchni. Lokal w którym się zatrzymaliśmy znajduje się niedaleko oceanarium, przy romantycznym jeziorku.  Specjalnością zakładu są grillowane mięsa. Muszę przyznać, że to jedne z lepszych dań z grilla jakie miałam okazję jeść. Do tego czerwone wytrawne wino i … Gaumardżos – na zdrowie.

Batumi

Po obfitej kolacji i tylu wrażeniach pora rozstać się z Gruzją. Na drodze prowadzącej na lotnisko mijamy jeszcze jeden ważny punkt miasta – ulicę Marii i Lecha Kaczyńskich. Gruzini niezwykle ciepło wspominają naszego Prezydenta, a zwłaszcza jego zaangażowanie i poparcie w czasie konfliktu gruzińsko-rosyjskiego z 2008 roku. Po katastrofie smoleńskiej, na znak wielkiej sympatii i szacunku do Prezydenta Kaczyńskiego i jego małżonki, dwie ulice w Gruzji zostały nazwane ich imionami. Jedna z nich znajduje się  w Tibilisi, druga właśnie w Batumi.

Ulica Marii i Lecha Kaczyńskich, Batumi, Gruzja

 

24. godzina podróży

Powrót do domu nie okazał się wcale taki prosty jak zakładaliśmy. Upał, zmiana czasu i szybkie tempo zwiedzania dawały o sobie znać w postaci wielkiego zmęczenia. Dodatkowo awaria samolotu i (moje ulubione słowo) koczowanie na lotnisku. Dobrze, że humory nam dopisywały, bo kogo było by stać na taki spontaniczny i szalony wyjazd „na obiad” do Gruzji? Do domu dotarliśmy w niedzielę ok. 4:00 nad ranem, w zasadzie z zamkniętymi oczami przekroczyliśmy próg mieszkania i padliśmy. A rano miałam wrażenie, że to wszystko mi się przyśniło… Tylko co robiła walizka pełna gruzińskiego wina i herbaty w naszym salonie?

Promenada w Batumi