Bieganie? Nie, dziękuję. Kibicowanie? Z wielką chęcią!

19.05.2014

Nie biegam. Kibicuję. Bo to wielka frajda i mnóstwo pozytywnych emocji.

Kibice, maraton

Praktycznie przez cały rok docierają do mnie zewsząd informacje o organizacji różnorakich biegów. A to zimowych, a to wiosennych, a to mikołajowych, a to charytatywnych, długodystansowych, średniodystansowych i co tam jeszcze ludzkość wymyśliła. Nie sposób spamiętać. Biega sąsiad, biega koleżanka z pracy, biega ciotka, biega kuzyn i całe mnóstwo obcych mi zupełnie osób, które widuję lub mijam na ulicach i w parkach. A ja… jakoś nie biegam. Jakoś nie lubię, nie kręci mnie to i inne formy aktywności fizycznej ponoszą mi poziom endorfin. Poziom ten podnosi mi coś jeszcze. Kibicowanie. Nie naszym piłkarzom (bo szkoda czasu), nie siatkarzom, skoczkom czy narciarkom biegowym (choć to nie strata czasu), ale biegaczom właśnie. Nie biegam, ale podziwiam tych, którzy biegają. Ich zapał i silną wolę, bo nikt by mnie rano z łóżka przed pracą nie wyciągnął na przebieżkę. Ani zimą o żadnej porze. Ani w deszcz, ani w skwar. A oni biegają. Biegają i podciągają formę przed różnymi startami. Nie dlatego, że to ich zawód i poniekąd muszą. Biegają bo lubią, bo tak wybrali, bo chcą.

Można narzekać na organizowane w dużych miastach biegi. Że to niepotrzebne wydatki, że zamknięte drogi i utrudnienia w ruchu, że pochłanianie środków służb publicznych itp. itd. Ale proszę się wybrać raz na trasę takiego biegu. Nic więcej nie potrzeba, jedynie odrobina chęci. Można oczywiście wziąć balony, pompony, piszczałki, przygotować transparenty i kolorowe plakaty. Ale tak naprawdę wystarczą dwie ręce do klaskania lub dwie nogi do skakania. Bo kiedy pierwsi biegacze wyłaniają się zza zakrętu, w człowieku budzą się niespodziewane emocje. Trochę jakby zza zakrętu wyłaniał się jakiś celebryta, gwiazda filmowa lub znany muzyk. Adrenalina skacze, człowiekowi też chce się skakać, bić brawo i dodawać otuchy. Emocje są większe, jeśli wśród biegaczy jest nasz znajomy, przyjaciel, ktoś z rodziny. Wypatrujemy znajomej twarzy w tłumie, emocje sięgają zenitu, gdy ów przebiega tuż koło nas. To niezwykła radość, euforia, tym dziwniejsza, że cieszy nas czyjś wysiłek, pot, obtarcia na nogach i bóle mięśni. Ale tak naprawdę, to cieszymy się na zapas z biegaczami, myśląc o linii mety, myśląc o dumie z ukończonego biegu, nagrodach materialnych lub symbolicznych medalach. Cieszymy się, że jesteśmy tego częścią. Bo choć maratony, półmaratony i inne biegi tworzą głównie biegacze, to kibice są ich swego rodzaju dopełnieniem. I bardzo miło mi słyszeć z ust biegaczy, że doping kibiców jest dla nich bardzo ważny.

Pamiętam moje pierwsze kibicowanie, od którego sympatia dla takiego udziału w sporcie się zaczęła. Na początku roku 2009 współlokatorka postanowiła przebiec maraton. Zapisała się do drużyny na treningi i od kwietnia ostro trenowała. W październiku przebiegła 10. Poznański Maraton. 11 października razem z pozostałymi współlokatorkami wstałyśmy jak na niedzielę dość wcześnie. Zabrałyśmy z domu przygotowane wcześniej transparenty- na kartonach wymalowane imię naszej biegaczki, jej numer startowy i hasła w stylu „Biegnij, Aga, biegnij!”. Pierwszym punktem, w którym czekałyśmy na biegaczy było skrzyżowanie przy dawnym Dworcu PKS (wtedy prężnie działającym). Pierwsi oczywiście pojawili się Kenijczycy. Pędzili, aż strach było patrzeć. W tym tempie nie biegnę nawet do tramwaju, nie mówiąc już o 42km 195m, które biegacze mają do pokonania. Po Kenijczykach na horyzoncie zaczęły się pojawiać mniejsze i większe grupki biegaczy. Wypatrywanie kogoś w takiej plątaninie głów, nóg, kolorowych strojów, bidonów i balonów pacemarkerów, to nie lada sztuka, od której bolą oczy. Ale jest, wreszcie jest. Jakiś pozytywny szał nas ogarnia. Krzyczymy: „Aga! Aga!”, machamy, wiwatujemy, pogwizdujemy, kto umie. Nasza biegaczka macha nam i biegnie dalej. Nie wygląda w ogóle na zmęczoną. Gdy przebiega, postanawiamy iść na kolejny punkt, skrzyżowanie przy AWFie. Tłumy innych kibicujących krzyczą, piszczą piszczałkami, kołaczą kołatkami, rozstawiają transparenty. Czuć wibrującą radość i ekscytację. Znów biegnie nasza zawodniczka i cały cyrk, który odstawiałyśmy przy PKSie się powtarza. Choć dzień jest chłodny udajemy się potem na metę. Tam trwa kompletne szaleństwo. Tłum się kłębi, kolejni biegacze dobiegają, otrzymują medale, owijają się w folie NRC i świętują z bliskimi. To był naprawdę niezwykły dzień, a akumulatory pozytywnej energii naładowałyśmy do maksimum.

Od tego czasu kibicuję ilekroć jakiś bieg odbywa się w moim mieście. Zwykle biegnie ktoś znajomy, zwykle również jakaś znajoma twarz, której się nie spodziewałam mignie mi w tłumie. Nauczona doświadczeniem zabieram ze sobą butelkę jakiegoś napoju izotonicznego i kilka bananów. A nuż ktoś zgłodnieje. Dla wygody jeżdżę teraz na trasę rowerem, mogę wtedy sprawniej przemieszczać się z punktu do punktu i kibicować na praktycznie całej trasie. Kiedy czekam na ‘moich’ zawodników dopinguję tym zupełnie mi nieznanym. Kiedy mogę staram się wypatrzyć ich imiona na koszulkach i wywoływać ich po imieniu. Zdziwienie na twarzach zwykle szybko ustępuje uśmiechowi. To bezcenny widok.

Nie biegacie, ale w Waszych miastach odbywają się biegi? Spróbujcie wyjść na spacer, zajrzeć na trasę biegu i poczuć emocje tego wydarzenia. To nic nie kosztuje, a pozytywnej energii starczy Wam na tydzień.