Centrum Handlowe Polska

Obrazek użytkownika Brama
4.06.2013

Jest piękny wiosenny dzień, korzystając z wyśmienitej pogody wybierasz się na spacer miejską starówką. Jednak zamiast klimatycznych kamienic mijasz kolejne, oddalone od siebie o rzut beretem płazo i stonko-podobne sklepy sieciowe, dwa centra handlowe i biurowiec. Brzmi znajomo? Czy polskie miasta już niedługo zamienią się w wielkie centra handlowe? Obserwując to, co dzieje się na ulicach mojego rodzinnego Poznania wydawać się może, że tak. Już teraz często mam wrażenie, że przemieszczam się po jednym wielkim kompleksie handlowo-biurowym. A to niestety jeszcze nie koniec, w budowie lub planach są kolejne duże centra, a sieci dyskontów co rusz zapraszają na „huczne” otwarcia nowych placówek, których liczba w całej Polsce idzie w setki.

fot. Kuba Bożanowski/flickr (CC BY 2.0)

 

A może to tylko moje wrażenie? Może tylko mi się tak wydaje? Może tylko mnie to przeszkadza? Postanowiłem zapytać o zdanie moich redakcyjnych kolegów – Poznaniaków mieszkających już jakiś czas poza stolicą Wielkopolski. Jak to wygląda w innych miastach?

Weronika, mieszkająca obecnie w Warszawie, tak odpowiedziała na moje pytanie: „Moje wnioski na temat marketów? Fakt jest ich strasznie dużo, teraz jak powstają nowe osiedla, a na takim mieszkamy, to zaraz pojawia się sieciówka spożywcza - Żabka, Fresh Market, Biedronka itp. Brakuje małych osiedlowych sklepików, piekarni, warzywniaka. Wszystko upchane jest w galeriach, w supermarketach. Jedynie na starszych osiedlach są jeszcze takie sklepy, choć już coraz mniej.” Podkreśla przy tym, że nie może się wypowiadać za całą stolicę, a jedynie okolicę w której mieszka. Zauważa też, że coraz ciężej o porządnego rzeźnika – tanie wędliny kupimy przecież w markecie. Ale co w nich jest? (o tym już na Po Przecinku pisaliśmy: Nie wiem, co jem). Weronika po wysokiej jakości produkty najchętniej jeździ za miasto. „Warszawa to galeria, galeria, galeria. Dlatego uwielbiam małe miasta, ze swoją piekarnią, rzeźnikiem, warzywniakiem. Dla mnie ma to swój urok, nie mówiąc już o smaku produktów.”

Nieco inaczej wygląda sytuacja w Krakowie, o czym pisze Bartek: „W Krakowie też widać coraz więcej powstających dużych sklepów i centrów handlowych, ale nie ma aż takiego wysypu sieciówek typu Biedronka czy Lidl jak np. w Poznaniu. W Centrum lub blisko są trzy duże centra handlowe (w tym Galeria Krakowska przy samym Dworcu Głównym), pozostałe raczej na obrzeżach. Kraków dość dobrze pilnuje by „nie przesadzić”.” Jako przykład podaje otwarcie sklepu Carrefour Express w zabytkowych Sukiennicach. Pomysł nie spodobał się mieszkańcom oraz urzędnikom (którzy najpierw zgodzili się na sklep, ale nie wiedzieli, że ma to być sieciówka) i zapadła decyzja o jego zamknięciu. W Krakowie mniej jest takich sieciówek i nie ma tam ich wyraźnej dominacji, jednak jak pisze Bartek nie ze wszystkim się to udało: „inaczej jest np. z piekarniami. Jest tu taka sieć Awiteks (okropne, moim zdaniem, pieczywo) - obojętnie w jakim miejscu w mieście staniesz, to masz kilka ich piekarni w pobliżu.”

Nie mam nic przeciwko centrom handlowym i dyskontom jako takim. Sam w nich kupuję, oszczędzają czas i pieniądze (jedna czas, drugie pieniądze), są otwarte w weekend więc pracujący cały tydzień mogą się zaopatrzyć w produkty na następny. Ale jeżeli wychodząc z jednej galerii mogę zobaczyć drugą to jest to już przesada. W Poznaniu takich miejsc gdzie w bezpośrednim sąsiedztwie są dwa czy trzy duże lub średnie centra handlowe jest kilka. Nie jest to zdrowa sytuacja i to przynajmniej z kilku powodów.

Dlaczego prowadzony od kilku pokoleń rodzinny sklepik nagle się zamyka? Dlaczego niegdyś pełna ekskluzywnych butików ulica Święty Marcin dzisiaj podupada, a miasto musi obniżać czynsze? Dlaczego coraz mniej jest prywatnych sklepów osiedlowych? Bo w pobliżu postawili centrum handlowe, galerię, dyskont czy sklep sieciowy, które reklamują się w prasie, radiu i tv, mają promocje, że ach i po prostu nie wypada tam nie bywać. Owszem takie instytucje dają pracę, centrum handlowe to zatrudnienie dla kilkuset osób (to że często jest to praca kiepsko płatna i na śmieciowej umowie to już inna kwestia). Ale tego ile osób z powodu wybudowania centrum tą pracę straciło i ile małych biznesów przez to padło tego chyba nikt nie liczy.

W samych centrach też nie dzieje się wesoło. O ile markety i znane marki ubraniowe jakoś sobie radzą, o tyle już te mniej znane maja się kiepsko i małe butiki równie szybko jak się pojawiły, tak znikają. Bo galerii zrobiło się zwyczajnie za dużo, nawzajem podbierają sobie klientów i nie są w stanie zapewnić małym sklepikom odpowiedniej ilości „zwiedzających” by te mogły się utrzymać przy tak horrendalnych cenach najmu. Sytuacja (oczywiście w uproszczeniu) wygląda tak, że jeżeli chcesz otworzyć butik z bielizną, czy sklep modelarski to albo znajdziesz tani lokal na mieście, ale nikt do Ciebie nie przyjdzie, albo otworzysz się w modnej galerii, gdzie ludzie przyjdą, ale i tak zeżre cię czynsz. Ile marzeń runęło w ten sposób? „Ściany płaczu”, jak ja nazywam rząd kilku pustych lokali („już wkrótce” otwarcie), to wcale nie rzadki widok w poznańskich galeriach.

Również w małych sieciówkach spożywczych bywa ciężko. Większość z nich działa na zasadzie franczyzy, a typowy Kowalski biorąc sklep pod swoją opiekę liczy na godziwy zarobek i utrzymanie rodziny, w końcu otwiera czy przejmuje sklep działający w ramach popularnej sieci. Niestety ulicę dalej jest następna „Ropucha”, dwie i trzy dalej zresztą też. Cenowo również nie zawalczy, tak samo jak asortymentem, w końcu w sieciówkach wszystko musi być tak samo. Jeżeli w dodatku w pobliżu otworzy się „Motylek” to już można myśleć o dalszym odsprzedaniu franczyzy.

Być może w tym wszystkim trochę przesadzam i narzekam. Ale czy rzeczywiście potrzebujemy tych wszystkich galerii i centrów handlowych? A może wystarczyły by dwa – trzy? Czy te markety muszą nam się wpychać w same centra miast? Tak, dają pracę, ale czy rzeczywiście o to nam chodzi? Czy właśnie o takiej pracy każdy marzy? Żałuję, że w Poznaniu nie jest bardziej jak w Krakowie, gdzie co drugi sklep nie musi mieć zielonego szyldu. I szkoda, że nie przyjęliśmy modelu zachodniego, gdzie centra handlowe są na przedmieściach i jeździ się tam na duże zakupy, codzienne sprawunki załatwiając po sąsiedzku. Napisałbym na koniec żeby się opamiętać i nie oddawać naszych miast dużym sieciom handlowym, ale niestety w wielu przypadkach na to już trochę za późno.