Człowiek ze Stali (reż. Zack Snyder) - Recenzja

Recenzja filmu

Obrazek użytkownika Marek Adamkiewicz
18.07.2013

Filmowe podejścia do przedstawienia postaci Supermana kończyły się różnie. Najsłynniejszy z tych obrazów, „Superman” z 1978 roku, zyskał miano filmu kultowego, co więcej wciąż ma w sobie wiele uroku, jednak trzeba też przyznać, że dzisiejszemu widzowi może się wydawać już nieco anachroniczny. Na fali jego popularności powstały kolejne trzy odsłony serii, poza częścią drugą raczej mniej niż bardziej udane, lecz w ogólnym rozrachunku, coraz gorsze artystycznie. Odrodzenie miało nastąpić w 2006 roku, kiedy opromieniony nakręceniem błyskotliwych „X-menów”, Bryan Singer, zainteresował się tematem. Sprawa zakończyła się jednak co najwyżej przeciętnie. Reżyser nie powtórzył sukcesu swoich poprzednich komiksowych adaptacji, dając widzowi film płaski, przegadany i zwyczajnie nudny. Przy kolejnym podejściu postanowiono sięgnąć po twórcę młodego, jednak posiadającego już pewną renomę. Postawiono na Zacka Syndera. 

Żaden film nie jest taki sam, jednak patrząc na dotychczasowy dorobek Snydera, można było się spodziewać, że dynamiczna akcja i perfekcyjna strona wizualna, będą znakiem rozpoznawczym „Człowieka ze Stali”. Na korzyść reżysera świadczył też fakt, że nie jest on bynajmniej nowicjuszem, jeśli idzie o mariaż komiksu i filmu. Spod jego rąk wyszły takie filmy jak „Strażnicy” i „300”, rzeczy przynajmniej bardzo solidne (zwłaszcza ten pierwszy, przez wielu uznawany za jedną z najlepszych komiksowych adaptacji w historii). Litościwym milczeniem pominę film-wydmuszkę „Sucker Punch”. Przyjmijmy, że każdemu może zdarzyć się wypadek przy pracy. Powodów do optymizmu było zatem sporo.

Przy „Człowieku ze Stali” założenia były takie, żeby bohatera uczłowieczyć. Nadać wiarygodności tej raczej nieprawdopodobnej postaci. Zrobić coś na kształt tego, co osiągnął Christopher Nolan w swojej trylogii o Batmanie: dać znanemu bohaterowi nowe życie i pokazać je w taki sposób, by do kina przyciągnąć zarówno fanów komiksów, jak i tych widzów, którzy spodziewają się rozrywki na nieco głębszym poziomie. Niestety na chęciach się skończyło.

Już początkowe sceny nie nastrajają zbyt optymistycznie. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że skoro miało to być ponowne narodzenie legendy, to trzeba było pokazać jej korzenie, tym niemniej nie da się ukryć, że taki zabieg raczej nie wyszedł filmowi na korzyść. Sceny dziejące się na ojczystej planecie naszego bohatera dosyć mocno kontrastują z tymi, które rozgrywają się na Ziemi. Ponadto mieszkańców Kryptona ubrano w debilne stroje, przypominające zbroję Xeny, skutecznie utrudniając widzom odpowiednie wczucie się w historię. Już na wstępie mój zapał został nieco ostudzony.

Co gorsza im dalej w las, tym paradoksalnie coraz mniej drzew. Jedną z największych wad „Człowieka ze Stali” jest jego sztampowość. Snyder zapomniał zdaje się, że to ekranizacja komiksu, a nie tani melodramat. Kelvin Costner, w roli przybranego ojca Kal-Ela, przebija nawet wujka Bena ze „Spider-Mana” Sama Raimiego. Niestety nie chodzi tu o aktorski kunszt, lecz o masę frazesów, które włożono mu do ust. Znowu słyszymy o odpowiedzialności, gotowości do poświęceń i dojrzałości. Wszystko jest strasznie męczące i skutecznie zabija zainteresowanie widza.

Niespecjalnie udała się twórcom także sama główna postać. Owszem, odtwarzający ją Henry Cavill wyjątkowo do roli pasuje, jednak mało może zdziałać, gdy ogranicza go scenariusz. Masa retrospekcji, dokumentujących dorastanie Clarka Kenta vel Kal-Ela, miała zapewne w zamierzeniu pokazać ewolucję bohatera do takiej postaci, jaką chciał ją widzieć Jonathan Kent, czyli altruistycznego człowieka-bohatera, niewybijającego się z tłumu i nieepatującego swoimi nadprzyrodzonymi zdolnościami. Jednak efekt jest odwrotny, spowalnia akcję i nieudolnie próbuje nadać obrazowi głębię, co się niestety nie udaje, gdyż zamiast zainteresowania, wzbudza jedynie irytację stopniem łopatologii.

Żeby nie być nieuczciwym, przyznać trzeba, że sceny akcji poprowadzone i zrealizowane są w sposób perfekcyjny. W tych momentach naprawdę można wstrzymać oddech i cieszyć się kunsztem twórców i speców od efektów specjalnych. Jednak gdy w dwuipółgodzinnym filmie jest ich ledwie parę, nie sposób by przesłoniły mało udaną pozostałą część całości. A szkoda.

Nadzieje, z którymi udawałem się na ten konkretny seans, zostały niestety brutalnie spacyfikowane. To co otrzymałem, nie wyróżnia się od masy innych blockbusterów i jest jedną z mniej ciekawych komiksowych adaptacji, jakie ostatnimi czasy udało mi się obejrzeć. Manewr, który tak skutecznie zadziałał przy próbie odświeżeniu filmowego wizerunku innego giganta ze stajni DC, Batmana, tym razem zawiódł.

Człowiek ze Stali

Reżyseria:
Scenariusz:
Zdjęcia:
Czas trwania:
143 min.
Premiera:
21 czerwca 2013 (Polska), 10 czerwca 2013 (świat)
Ocena:
4
10
Zrecenzował: