Czytnik czy książka? Oto jest pytanie.

Obrazek użytkownika greenlady
31.07.2014

Parafrazując słynny cytat angielskiego poety i dramaturga, próbuję dziś odpowiedzieć samej sobie na pytanie: Co jest lepsze, książka w tradycyjnej papierowej formie, czy e-book, czyli książka w formie elektronicznej?

Czytnika e-booków, gazeta Poranna kawa i czytnik zamiast gazety | fot. Franklin Heijnen (CC BY-SA 2.0)

Jakiś czas temu trafiłam na artykuł w Newsweeku, w którym autorka opisuje badania naukowe wskazujące na to, że ludzki mózg woli zadrukowany papier niż czytanie z ekranu, a zatem, że z natury wolimy książki w tradycyjnej, a nie elektronicznej formie. Artykuł zobaczyłam i nieco się zmartwiłam, bo już wtedy ciągnęło mnie do czytnika jak wilka do lasu. Po jego przeczytaniu okazało się jednak, że słowo drukowane wygrywa ze słowem na ekranie głównie w przypadku, gdy się uczymy i czytamy pisma naukowe. Ufff… czytający beletrystykę są bezpieczni. Poza tym artykuł w większości przypadków opisuje czytanie na ekranie komputera, telefonu lub tabletu, czyli coś zupełnie innego niż z ekranu czytnika dedykowanego czytaniu książek. Sama zgadzam się, że czytanie książek z telefonu czy tabletu jest trudne, ekran świeci i męczy oczy, a Internet w zasięgu jednego kliknięcia rozprasza. Nigdy nie przekonałam się do czytania na ekranie komputera, a publikacje naukowe, które w pracy muszę czytać, zawsze drukuję. Inaczej nie potrafię. W tych wypadkach papier, i moja nieco bibliotekarska natura, wygrywają. Ale pisać chcę nie o ekranach komputerów, czy tabletów, a o specjalnie przygotowanych czytnikach e-booków z technologią eInk (nie rozpisuję się co to eInk, dociekliwi na pewno takie informacje odnajdą, a ja jako laik, mogłabym tylko zupełnie niechcący coś nakłamać i poprzekręcać).

Żeby nie było, od razu powiem, że uwielbiam tradycyjną formę książki. Kocham wręcz! Ale uwielbiam też udogodnienia, nowinki technologiczne i bywam bardzo wygodnicka. A czytnik to naprawdę wygoda przez wielkie W.

Zacznijmy od książek w tradycyjnej formie. To ta właśnie forma zauroczyła mnie i sprawiła, że pobyt w księgarni to wielka zabawa, a każda przeczytana książka to przygoda. Uwielbiam szelest stron, zapach farby drukarskiej i papieru, skrzypienie zginanych grzbietów. I to, że mogę podejrzeć okładkę i zobaczyć co czyta człowiek współ-wylegujący się na plaży, czy współ-umęczony w podróży pociągiem. I te wszystkie urocze i ciekawe zakładki, które mogę kupować lub samodzielnie wykonywać. A także uśmiechy na widok człowieka z książką, w tramwaju, parku, czy na skwerze, bo gdy widzę człowieka z książką to myślę sobie: „O, bratnia dusza!”. No i na spotkaniu autorskim bez problemu zdobędę autograf ukochanego autora w ukochanej powieści. Papierowe książki mają setki formatów, okładki twarde, miękkie i takie pomiędzy, papier matowy, błyszczący, makulaturowy, ilustracje kolorowe i czarno-białe grafiki. Papierową książkę wezmę do ręki, ocenię obszerność, sprawdzę, ile ma stron i mogę nawet podejrzeć ostatnie zdanie (czasem tak mnie ciągnie, ale nie polecam  tego robić przy książkach Agaty Christie!). Papierową książkę mogę wziąć do ręki, zważyć w dłoni i pomyśleć z sympatią o wszystkich słowach lekkich i ciężkich, które na mnie czekają.

Ale właśnie… Książki ważą. Jako amatorka czytania wszędzie gdzie się da, często narzekałam na opasłe tomiska i twarde okładki, bo ciężko je ze sobą do tramwaju tachać. Nie mówię już nawet o dłuższych wyjazdach, na które zabierałam kilka książek, dodając wagi do i tak przeładowanego bagażu. Frustrują mnie także nierozsądnie klejone książki, z którymi trzeba się siłować, by dojrzeć słowa, które wydrukowano blisko grzbietu, a kończy się to zwykle i tak jego złamaniem. Tych problemów nie mam, gdy korzystam z czytnika. Jest lekki, a mieści w sobie kilkadziesiąt, a nawet kilkaset książek. Mogę go czytać stojąc, siedząc i leżąc, w takiej pozycji jak mi wygodnie, nie ma już ciągłego przekręcania się w łóżku z boku na bok, by dobrze było widać stronę. Czytnik obsługuję jedną ręką, i to tą, która mi pasuje. Drugą mogę w tym czasie mieszać kawę, zjadać ciastko, głaskać kota albo po prostu trzymać pod głową. Ekran jest matowy, a jego szarawy kolor przywodzi na myśl żółtą szarość papieru makulaturowego drukowanych książek, mogę zatem czytać nawet w pełnym słońcu, nie krzywiąc się i narażając na ślepotę, jak to czasem bywa przy ultra białych stronach niektórych książek. Kiedy jestem zmęczona dwoma kliknięciami mogę zmienić wielkość czcionki i liczbę słów, mieszczącą się na stronie, nie jestem więc skazana na tę wybraną przed wydawcę, która w przypadku wydań kieszonkowy męczy nawet moje, wciąż jeszcze młode oczy. Zdobywanie e-booków jest również dziecinnie proste: nachodzi mnie chęć na przeczytanie danej książki, wchodzę na stronę księgarni, klikam raz, dwa trzy, płacę i za 10 minut ma książkę u siebie, bez wycieczek do księgarni w upale albo niecierpliwego oczekiwania na paczkę. Ponadto, gdy w zdobytej powieści zachwyci mnie jakiś cytat, mogę go zaznaczyć, dodać notatkę, czy krótki dopisek, do którego wrócę po jakimś czasie, a wszystko to bez gryzmolenia po książce. Nie ma również problemu bym założyła wirtualną zakładkę. E-book zwykle otwiera się w miejscu, w którym skończyłam czytać, ale jeśli planuje się dłuższy okres nieaktywności czytnika (gdy dostaniemy np. górę papierowych książek na święta), warto taką zakładkę założyć, bo raz mi się zdarzyło, że po długiej nieaktywności czytnik ‘nie pamiętał’, gdzie skończyłam.

Czytnik, gazeta, czasopismo

Mimo, że mogę na e-booku zaznaczać ulubione cytaty bez fizycznego niszczenia książki, rzadko zdarzy się, że ktoś inny sięgnie po tę książkę i zwróci uwagę, na to co zaznaczyłam. To minus czytnika, trudno książki pożyczać. Oczywiście można się wymieniać plikami książkowymi z innymi posiadaczami czytników, ale liberalnemu tradycjonaliście nie pożyczymy raczej całego urządzenia na tydzień, dwa lub trzy, bo kto wie, czy sami korzystać z niego do czytania innych książek nie będziemy. Innym minusem jest trudność w ocenie objętości książki. To co czytnik nam podaje to procent książki, jaki już przeczytaliśmy oraz na jakiej stronie i z ilu się właśnie znajdujemy. Jest to pomocne, ale nie daje pełnego obrazu, jaki daje rzucenie okiem na tomiszcze szersze w grzbiecie niż wysokość naszej ulubionej filiżanki i zarejestrowanie wyraźnie odcinającej się zakładki. Przy czytniku nie mogę już podejrzeć, co czyta sąsiad/sąsiadka z leżaka obok, nie dowiem się, czy czyta biografię Lady Di, wciągający kryminał Gerritsen, czy pikantne twarze Greya. Poza tym przez postronnych bywam postrzegana jako przykuta do technologii, wgapiająca się w ekran tabletu, bo z tabletem najczęściej mój czytnik jest mylony.

Podsumowując, nie potrafię zadecydować, co lepsze, książki w tradycyjnej formie, czy książki na czytnikach. Konserwatyści nie mają problemu z wyborem, fani wszelkich nowych technologii pewnie też nie. A ja jestem gdzieś pośrodku, nieco rozdarta między romantyczną sympatią do tradycji a zaciekawieniem nowym i kuszeniem wygodą. Odważę się zasugerować, że jeśli czytasz dużo i książkę zabierasz ze sobą gdziekolwiek idziesz- pomyśl o czytniku. Jeśli zaś czytasz okazjonalnie, czerp z książki jak najwięcej, tak z jej treści, jak i z przyjemności obcowania z jej papierową formą. Pozdrawiam zaczytanych!