"Django", czyli Tarantino dobrze się bawi

Obrazek użytkownika Filip Krause
20.01.2013

Quentin Tarantino bawi się kinem i nie jest to żadnym odkryciem. Łatwiej jest jednak bawić się kinem sensacyjnym, czysto rozrywkowym, a nawet wojennym. Kiedy wybiera się gatunek zamknięty w pewnych ramach, jak western, ciężko pozbyć się oczywistych naleciałości. Czy udało się to mistrzowi pastiszu i autoironii?

Django - kadr z filmu Główni bohaterowie: Dr Schultz i Django | © The Weinstein Company 2012
  • Django - kadr z filmu
  • Django - kadr z filmu
  • Django - kadr z filmu
  • Django - kadr z filmu

Ci, którzy czekali na „Django” wiedzą już czego można się po Tarantino spodziewać. Zakładają także, że w te oczekiwania wpisane są elementy zaskakujące. Niby absurd, ale nie jest to takie nielogiczne, jakim wydaje się być. Autor kultowego „Pulp Fiction” stworzył w kinie swoją jakość, którą od lat wciela w życie – przekonanie, że filmem można się bawić, podchodzić do niego z przymrużeniem oka, a nawet z premedytacją łamać wszystkie zasady.

Krytycy zarzucają reżyserowi zjadane własnego ogona. Są tacy, którzy w jego filmach widzą jedynie prowokację, często przewidywalną. Tak jakby duże dziecko, Quentin, robiło film dla siebie, bawiąc się przy tym i nie pozwalając na wtargnięcie do jego rzeczywistości norm ustalanych przez dziesięciolecia istnienia kina. Potwierdzeniem tego ma być fakt szukania tematów filmowych w utrwalonych już przestrzeniach, w których jakakolwiek zmiana jest albo szaleństwem, albo zabawą właśnie.

A jak jest z „Django”? Można w skrócie stwierdzić, że Tarantino jest sobą i dobrze się bawi. Zawarł w nowym filmie wszystko, czego można się po nim spodziewać i... to największy zarzut. Są chwile, w których widz zaczyna myśleć: jest zbyt normalnie, brakuje tu tarrantinowskiej jatki i kilku hektolitrów krwi. Mniej więcej w tym samym czasie wybucha na ekranie krwawa supernowa, która niszcząc film klasyczny, tworzy istotę filmu Quentina Tarantino. 

Na szczęście dla tych, którzy czekają nie tylko na czerwoną posokę, „Django” ma to, co poprzednie filmy reżysera: dopracowane co do słowa dialogi, wypowiadne przez brawurowo grających aktorów. I to wcale ne jest kurtuazja. Gdyby nie ich umiejętności, z filmu zostałby western w krzywym zwierciadle, a to o wiele za mało. Są też i sceny, które oglądamy wstrzymując oddech, hipnotyzująco przyciągające i zachwycające. Jeżeli wyważenie wszystkich tych atutów świadzczy o sprawności reżyserskiej, to Tarantino jest prawdziwym mistrzem, królem, imperatorem kina.

Jamie Foxx zagrał główną rolę, jakby była pisana dla niego. Oglądając go na ekranie, czuje się kim jest i jakie targają nim emocje; wsiąka się w film razem z Django. Prowadzący całą historię Dr King Schultz, czyli charyzmatyczny Christopher Waltz to powtórka z absolutnej perfekcji aktorstwa znanego z „Bękartów Wojny” - nie ma w tym koncercie fałszywej nuty. A co zresztą obsady? Leonardo DiCaprio, Don Johnson i Samuel L. Jackson biją się o status najlepszej postaci drugoplanowej i robią to z ogromnym pożytkiem dla widza. Czy są przerysowani? Oczywiście że tak, w końcu to Tarantino. I zakochacie się w tym przerysowaniu, gwarantuję.

„Django” połyka się w całości, choć zawiera on gorzkie i kwaśne kawałki. Idealne wyważone składniki okraszone są sosem z rewelacyjnej (znów) ścieżki dźwiękowej i tworzą bardzo smakowite danie. Weźcie tylko pod uwagę, że to nie jest francuska restauracja. W lokalu Tarantino kelner zdaje się bawić z klientem, czasem na siłę. Szef kuchni łamie wszystkie zasady dobrego gotowania i zmienia składniki w sprawdzonych przepisach, ale wiecie co? Wrócicie tu, bo takich dań nie zjecie nigdzie indziej.

Ocena: 8/10

Tytuł oryginalny: „Django Unchained”,
Reżyseria: Quentin Tarantino,
Występują: Jamie Foxx, Christopher Waltz, Leonardo DiCaprio, Samuel L. Jackson, Don Johnson,
Produkcja: USA,
Czas trwania: 2 godziny, 45 minut