Długa droga do Rio

Obrazek użytkownika Willy
13.09.2012

Kibice reprezentacji Polski zdążyli się już odzwyczaić od meczów eliminacyjnych. Wszak jako gospodarz Euro 2012 start mieliśmy zapewniony z urzędu. Tamten turniej to już jednak historia. Za nami pierwsze, jakże ważne mecze o punkty eliminacji Mistrzostw Świata, które w 2014 roku odbędą się na brazylijskich stadionach. Grupa H jest niezwykle wymagająca. Oprócz naszej drużyny o awans powalczą zapewne Anglia, Ukraina i Czarnogóra.

fot. Boooyaka

Tego pierwszego przeciwnika nikomu nie trzeba przedstawiać – synowie Albionu to nasz odwieczny rywal eliminacyjny, którego udało się powstrzymać w drodze do wielkiego turnieju tylko raz, po pamiętnym „zwycięskim remisie” na Wembley. Chociaż drużyna jest obecnie w budowie, selekcjoner Roy Hodgson ma kłopoty z obsadą kilku pozycji na boisku, to jednak takie nazwiska jak Rooney, Lampard, Gerrard czy Defoe zapewniają jakość. Pod warunkiem, że wszyscy grają i są w formie, a z tym na początku eliminacji bywa różnie, czego dowodem jest remis u siebie z Ukrainą (1:1). Po tym meczu Anglicy mogą mówić o szczęściu, uratowali punkt w ostatnich minutach gry.

Ukraina, mimo braku awansu z grupy na Euro 2012 pokazała niezły futbol. W drużynie nie ma już co prawda znakomitych napastników Szewczenki i Woronina, ale Tymoszczuk, Husiew, Konoplianka, Rotan i spółka wypracowali styl i poziom gry, z którego trener Oleg Błochin może być zadowolony. Odmłodzona kadra omal nie wywiozła kompletu punktów z boiska faworyta grupy – Anglii.

Czarnogóra to niezwykle młoda reprezentacja, mecze międzypaństwowe rozgrywa od zaledwie kilku lat. Kraj liczy zaledwie 600 tysiecy mieszkańców (to mniej więcej nasz Wrocław!), ale obfituje w piłkarskie talenty. To bardzo groźny przeciwnik, zwłaszcza na swoim terenie, o czym mogliśmy się przekonać rozgrywając tam nasz inauguracyjny mecz w grupie H. Świetnie wyszkoleni technicznie napastnicy z włoskiej Serie A: Mirko Vucinić, Stevan Jovetić oraz tacy pilkarze jak Vukcevic, Jovanovic czy Kasalica potrafią zagrać kombinacyjną, szybką piłkę, która sprawiala naszym defensorom sporo problemów.
Największym problemem tej drużyny jest gra w obronie. Wykorzystując błędy popełniane przez linię defensywy udało nam się wywieźć z nieprzyjaznego stadionu w Podgoricy cenny remis (2:2), chociaż przy odrobinie szczęścia (o czym dalej) mogliśmy pokusić się o zwycięstwo i komplet punktów.

Jak na tle rywali prezentuje się Polska? Po dwóch meczach, wspomnianym remisie z Czarnogórą oraz „planowym” zwycięstwie z Mołdawią (2:0) mamy na koncie 4 punkty, czyli zakładane minimum. Zwłaszcza ten pierwszy pojedynek, z silnym, niezwykle zmotywowanym rywalem dostarczył kilku ciekawych spostrzeżeń i pozwala wstępnie przyjrzeć się grze drużyny prowadzonej od niedawna przez Waldemara Fornalika.

Obrona.

Zdecydowanie najsłabsza formacja. Poziom reprezentacyjny to dzisiaj jedynie Przemysław Tytoń i prawy obrońca Łukasz Piszczek. Obaj zagrali z Czarnogórą solidne zawody, chociaż nasz goalkeeper mogł zachować się lepiej przy utracie drugiej bramki, gdy nie wyszedł do dośrodkowanej na piąty metr przed bramką piłki. Piszczek zagrał na swoim poziomie, kilka razy podłączył się do akcji ofensywnej, ale widać było, że miał w tym spotkaniu głównie zadania defensywne. Parę środkowych obrońców tworzyli Marcin Wasilewski i Kamil Glik. Ten pierwszy, jak na podstawowego gracza Anderlechtu Bruksela, który wywalczył awans do Ligi Mistrzów, zagrał bardzo przeciętnie. Zbyt dużo fauli, kilka spóźnionych interwencji, słaba szybkość i zwrotność. Marcin sporo nadrabia charyzmą, przeglądem gry i siłą fizyczną, jednak na tle świetnie technicznie wyszkolonego rywala to zbyt mało. Kamil Glik został „odkurzony” przez selekcjonera z ligii włoskiej. Jego atutem miała być zapewne znajomość sposobu gry występujących w tych samych rozgrywkach Vucinića i Jovetića. Nie była. Niepewny, mało zdecydowany, nie istniał przy wyprowadzaniu piłki. Wreszcie lewy obrońca – Jakub Wawrzyniak, zaliczyl zupełnie bezbarwny występ. Mało pożyteczny w ofensywie, w defensywie popełnił kardynalny błąd łamiąc linię spalonego, po którym napastnik gospodarzy znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem. Tylko cud nieskuteczności uratował nas od utraty trzeciego gola. Wśród naszych obrońców widać brak zrozumienia, zgrania zarówno między sobą, jak i z linią pomocy. Przez długi okres gry, zwłaszcza w pierwszej połowie, zbyt głęboko cofaliśmy się pod własną bramkę, czego efektem była spora „dziura” między obroną a linią środkową. Ze sporej ilości wolnego miejsca skorzystali rywale, zdobywając bramkę wyrównującą (1:1) po składnej akcji i precyzyjnym strzale zza pola karnego.

Pomoc.

Formacja bardzo nierówna. Siłą napędową i mózgiem gry ofensywnej był Jakub Błaszczykowski. Często przy piłce, sporo udanych zagrań, celnych podań, wykorzystany już na początku meczu rzut karny, dający nam prowadzenie. Zdecydowanie najjaśniejsza postać reprezentacji w tym meczu. Był niemal wszędzie, kreując zarówno grę do przodu, jak i pomagając kolegom w odbiorze piłki. Tylko czy taka jest rola prawoskrzydłowego? Popularny Kuba niestety nie ma wystarczającego wsparcia w środku pola. Kilka dobrych momentów miał Ariel Borysiuk, jednak zdecydowanie zbyt mało, by kierować grą, nadawać rytm naszym atakom. W drugiej połowie, już przy stanie 2:2 został zmieniony przez Rafała Murawskiego, którego głównym zadaniem było rozbijanie ataków rywali. Z powierzonej roli gracz poznańskiego Lecha wywiązał się poprawnie, podobnie jak drugi defensywny pomocnik – Eugen Polański. Fatalny mecz rozegrał Kamil Grosicki. Szybki, przebojowy pomocnik Sivassporu w kadrze nie może odnaleźć formy, którą niejednokrotnie imponuje w klubie. Waldemar Fornalik postawił na „Grosika” – póki co, ten nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Po przerwie słusznie zmieniony przez Adriana Mierzejewskiego, który mimo problemów z regularną grą w klubie zaprezentował się przyzwoicie, strzelając niezwykle ważną bramkę na 2:2. Ogromny problem mam z oceną gry Ludovica Obraniaka.
Długimi fragmentami gry najgorszy na boisku. Jego kilka prostych strat w środku boiska skutkowało groźnymi kontrami Czarnogóry. Tę czarną stronę medalu dopełnia czerwona kartka po nieodpowiedzialnym, po prostu głupim zachowaniu na 20 minut przed końcem spotkania. To niestety nie pierwszy przypadek, w którym Ludo puszczają nerwy i daje się łatwo sprowokować rywalowi. Każdy medal ma jednak dwie strony, i ta jasna jest równie istotna. Obraniak miał w tym meczu kilka kluczowych podań, niezaprzeczalny udział przy obu bramkach. To bodaj jedyny piłkarz reprezentacji, który potrafi dokładnie dograć piłkę ze stałego fragmentu gry. Jesteśmy krajem zbyt ubogim piłkarsko, aby móc pozwolić sobie na rezygnację z gracza, który przecież prezentuje na początku sezonu w Bordeaux świetną formę.

Atak.

Nie od dziś wiadomo, że wśród polskich napastników najgroźniejszym, najlepszym i najbardziej kompletnym jest Robert Lewandowski, a następnie...długo, długo nic. Szybki, dysponujący mocnym uderzeniem, umiejętnością opanowania piłki pod presją obrońcy, nieźle grający głową i ciałem jest w naszej kadrze klasą samą dla siebie. Tym bardziej żal, że w starciu z Czarnogórą nie miał swojego dnia. Co prawda wywalczył rzut karny, ale miał też co najmniej trzy sytuacje bramkowe, po których powinny paść gole. Przy lepiej ustawionym celowniku naszego snajpera mogliśmy zdobyć 3 punkty, dlatego jego występ można określić jednym słowem: niedosyt.

Trener.

Niewątpliwie Waldemar Fornalik to trener na dorobku, bez szczególnego doświadczenia międzynarodowego. Objął kadrę w niezwykle trudnym momencie, po traumie Euro, a tuż przed eliminacjami do Mundialu. Porównując go do poprzednika można zauważyć jedną, za to niezwykle istotną różnicę. Fornalik to trener reagujący na boiskowe wydarzenia. Analizuje grę swojego zespołu i wprowadza na bieżąco niezbędne korekty. W meczu z Czarnogórą dokonał świetnych zmian. Mierzejewski strzelił bramkę, Murawski zatrzymywał ataki rywali, a wprowadzony na ostatnie minuty Saganowski ambitnie walczył o każdą piłkę. Na ocenę pracy selekcjonera przyjdzie czas po eliminacjach, jednak już teraz można cytować słowa Kazika Staszewskiego: Panie Waldku, Pan się nie boi!
Już za miesiąc czeka go największe wyzwanie w dotychczasowej karierze trenerskiej, najważniejszy test nowej–starej reprezentacji – Anglia.