Domowe melodie - Grażka nie idzie do nieba

Obrazek użytkownika moonfire
22.08.2013

Niemalże od roku polskich internautów rozpala pewien muzyczny projekt o nazwie Domowe Melodie. Projekt, którego liderką jest Justyna Chowaniak, to trio uzupełnione przez Stanisława Czyżewskiego i Jakuba Dykierta. Zaczęło się od kilku piosenek nagranych przez Justynę Chowaniak w domowym zaciszu, a kończy się na zbiorowej histerii sieciowego hipsterstwa, które uznało, że kapela to objawienie, jakiego polska scena nie doświadczyła już od dawna.

Domowe melodie Domowe melodie | fot. materiały promocyjne
  • Domowe melodie

Domowe melodie to projekt kilkunastu własnoręcznie nabazgranych i skomponowanych piosenek. W domu. Razem z płaczem, spalonym garnkiem, gorączką i dziurawą skarpetą. Nagrywam. Rejestruję ulotny fragment mojego życia... Po drodze pojawili się moi muzykanci najlepsi - Staszek i Kuba. I tak sobie klepiemy domowe bity – stwierdza Chowaniak. I szkoda, że mleko się rozlało, a utworki ujrzały światło dzienne, bo nie zawsze to, co twórcom wydaje się wartościowe, takim pozostaje. Z drugiej strony, gdyby projekt Domowe Melodie pozostał w ukryciu, nie ukazałby mizerii gustów polskiej publiczności. Wydaje się bowiem w przypływie niczym nieuzasadnionego optymizmu, że z artystycznym smakiem Polaków nie jest aż tak źle. Otóż, jest gorzej, niż można by się spodziewać. Komercyjne stacje radiowe i telewizyjne, które dokonały zbiorowego gwałtu na uszach moich krajanów, spowodowały również, że ci masowo podniecili się kiczem udającym sztukę wysoką.

Dlaczego przeciętny, amatorski zespolik grający o przysłowiowych siedmiu zbójach stał się aż taką sensacją? Czy gust Polaków aż tak ewoluował, a ja czegoś nie zauważyłem? Owszem, masy zawsze słuchały kiczu, kiedyś Lombardu, Haliny Frąckowiak czy Anny Jantar, teraz Juli, Eneja lub Feela. Natomiast elity pretendowały do obcowania z jazzem, bądź awangardą. Studenci jarali się Mazzolem i Kurami. Teraz po discopolowym przenicowaniu umysłów i zombiefikacji mózgów przebojami Weekendu (na każdych juwenaliach można zobaczyć i usłyszeć wesołych chłopaków z klawiszami i wąsem) tak zwana elita narodu poczuła, niczym pies na kiełbasę, dziki pęd do słuchania Domowych Melodii. Genialne, kapitalne, mega – krzyczy hipsterska tłuszcza i nie widzi, że robiona jest w balona.

Zobaczmy więc, za co ludzie pokochali rzeczony tercet. Mówi się o niezależności i wolności twórczej. A od kiedy niezależność jest walorem w muzyce? Bach i Mozart pisali na zamówienie, dla pieniędzy, a spod ich piór rodziły się rzeczy ponadczasowe. Niezależny był (bo chyba już nie jest) osławiony Gracjan Roztocki, który stał się kilka lat temu pośmiewiskiem całego internetu. Nawiasem mówiąc, gdyby Roztockiemu dać do ręki instrumenty i pozwolić grać w zespole, jego wątpliwej jakości twórczość nie odbiegałaby jakościowo od tego, co produkuje grupa Domowe Melodie. A może różnica tkwi w fakcie, że Gracjana próbowano zinterpretować według klasycznych, muzykologicznych reguł, a pani Chowaniak z kolegami słucha się ironicznie? Wróćmy do niezależności. Zadam tylko pytanie, a kto mądry, odpowie sobie sam. Czy artysta niezależny, domowy samorodek, ceniony za głęboką alternatywność będzie grał trasę koncertową sponsorowaną przez jeden z większych polskich browarów? Przecież to na kilometr śmierdzi ściemą szytą grubymi nićmi. Zachód zna już takich niby – niezależnych artystów, którzy zostali odkryci przez wielokrotne, na setki tysięcy liczone, klikania na jutubie. Weźmy Lanę Del Rey albo Gotye, którzy okazali się produktami wielkich koncernów muzycznych, a którzy pozowali na domorosłe, odkryte przez internautów zjawiska. Publika ma już lekko dość sztucznych, plastikowych gwiazdek, trzeba więc jej dać kolejne produkty, ale w inny sposób. 

Mówi się jeszcze o tekstach, które mają porażać swoją głębią. Na pierwszy ogień pierwszy przebój (tak, tak, zadebiutował na drugim miejscu listy przebojów Trójki) „Grażka”. Podmiot liryczny śpiewa w nim o dziewczynie, która „zrobiła dziecko”, a teraz „chce je wywalić ze swojego ciała”, ponieważ pochodzi z domu, gdzie „młode się topiło”. Maria Peszek mogłaby być dumna z takich mimowolnych epigonów. I w ten właśnie sposób trudna tematyka aborcji została przedstawiona w sposób infantylny, z towarzyszeniem równie infantylnej muzyczki. Na domiar złego wokalistka w refrenie wyśpiewuje „Grażka, weź przestań, bo do nieba nie pójdziesz”. Nie wiem, czy to ma być dowcipne. A może należy słuchać tego przeboju w sposób ironiczny? W innym utworze – „Tak dali” – osoba mówiąca śpiewa „chore horrory, stópki niemyte, piersi, zaudki, wąsa i brzuch. Likwidacja – ała, nie odbędzie się na czas”. Konia z rządem temu, kto potrafi włożyć jakikolwiek sens w to pustosłowie. Ale w myśl artystycznej awangardy jeżeli dzieło sztuki jest nieczytelne i bełkotliwe, dopiero wówczas zyskuje głęboką wartość. Jest jeszcze „Buła”. „Z mleka się wydoję i z krwi! Z ciała mego wielką bułę, hej! Ty tu tylko siedź i żryj! Żryj mnie całą, zeżryj!” Ponownie miało być dowcipnie i „ostro”, ale ja tego nie kupuję.

A w internecie wojna. Ci, którzy umieszczają negatywne komentarze pod piosenkami lub wzmiankami o zespole, zyskują mało pochlebne miano hejterów i oskarżani są o brak gustu. Mało to szlachetne zachowanie ze strony miłośników Domowych Melodii. - Precz z hejterami bez gustu – pisze Janek na forum onet.pl, a użytkownik o znaczącym pseudonimie niestetypolak dodaje: Jak czytam te komentarze to cofa mi się wszystko. Zawiść, jad, chamstwo, zazdrość, tępota to jedne z wielu cech tego zawistnego i chorego narodu jakim są Polacy. Najlepiej wyszydzić, opluć, zmieszać z błotem. Żal mi was bydło (pisownia oryginalna). Czyżbyśmy mieli kolejną świętość, której tykać nie można? Taka niezdrowa atmosfera szkodzi samym artystom, ponieważ zamyka ich w kółku wzajemnej adoracji i usypia na konstruktywną krytykę. A może ci zapiekli fanatycy bardzo przeciętnego i amatorskiego w gruncie rzeczy zespołu stosują się do zasady wyłożonej na statku w „Rejsie” Piwowskiego? Najlepiej aby krytyki w ogóle nie było. Tylko aplauz i zaakceptowanie.

Miałkie, banalne, a czasami niesmaczne teksty. Infantylna muzyka o melodyce piosenek dla przedszkolaków. Płaskie aranżacje bez żadnej inwencji. Przeciętny wokal i takowe umiejętności instrumentalne muzyków. Brak pomysłów, nuda, pretensjonalność i udawana alternatywność. Jeżeli tak ma wyglądać muzyka niezależna Anno Domini 2013, to niedaleko nam od wizji, którą naszkicował Mike Judge w „Idiokracji”. Ten, co prawda, przeciętny film ma jeden zasadniczy atut - w bardzo sugestywny sposób przekazuje banalną prawdę. Głupiejemy i robimy się coraz bardziej prymitywni. A my, ludzie z początku XXI wieku taką mamy muzykę alternatywną, na jaką sobie zasłużyliśmy.