Dzienniki rowerowe

Obrazek użytkownika Brama
23.06.2014

W zeszłym roku postanowiłem zamienić komunikację miejską na coś bardziej eko oraz fit. Wsiadłem na rower, zacząłem w lipcu i kontynuowałem do września, głównie dojeżdżałem w ten sposób do pracy. W pewnym momencie zapragnąłem zmierzyć moje wysiłki, więc zacząłem korzystać z odpowiedniej aplikacji na mojego smartfona. Aplikacja oferowała możliwość komentowania swoich treningów z czego korzystałem. Początkowo nie były to interesujące wpisy – jak mi poszło, jaka pogoda, ile spaliłem kalorii i takie tam. Ale im dłużej jeździłem tym więcej zdarzało mi się przygód i to raczej z gatunku tych nieprzyjemnych, co również znalazło swoje odzwierciedlenie w owych komentarzach. Od razu zaznaczę, że są to wpisy wzięte „tak jak były”, a więc pisane na gorąco pod wpływem emocji. Zaczyna się spokojnie…

Zdj Zorro2212 - Droga rowerowa, Łódź ul. Mickiewicza Zdj Zorro2212 - Droga rowerowa, Łódź ul. Mickiewicza (CC BY-SA 3.0)

24 lipca 2013

Dzisiaj wyjątkowo większość świateł pasowała, ale zazwyczaj każde skrzyżowanie to przymusowy postój...

27 lipca 2013

Jak dotąd aura mi sprzyjała, dzisiaj wydawało się, że pojadę w deszczu. Ale szczęściem padać przestało, a było tak gorąco, że zanim wyruszyłem po deszczu nie było śladu - wypracował :-)

30 lipca 2013

Dzisiaj warunki do jazdy znacznie gorsze - drogi mokre i pełne kałuż po nocnych ulewach, a zatem ślisko. Oczywiście kierujący pojazdami mechanicznymi nie biorą na to poprawki, więc ja muszę brać podwójnie. Pozdrowienia dla kierowcy PKS, który minął mnie o grubość lakieru, jakby mnie tam nie było. Ale padać zaczęło dopiero jak dojeżdżałem do pracy - ostatnie dwa kilometry, więc nadal mam szczęście :-)

31 lipca 2013

Koniec miesiąca czas więc na drobne podsumowanie: przejechałem w lipcu ponad 200 kilometrów, spaliłem ponad 20 tyś. kcal (jakieś sto kilka kcal na km). (Później okazało się, że źle ustawiłem swoją wagę w programie i tych kalorii spalonych było de facto ok. 3 razy mniej.) Doświadczyłem głupoty kierowców, którzy nie zwracają uwagi na rowerzystów, mijają o milimetry lub zajeżdżają drogę (bo nie mogą ciut zwolnić i zmienić pasa za rowerem, to poniżej ich godności). Za to miałem szczęście do pogody. Kilometry lecą, kalorie skwierczą w męczarniach a waga... stoi w miejscu. Jedyne wytłumaczenie to takie, że przybywa mi masy mięśniowej :-) Chciałbym.

7 sierpnia 2013

Dzisiaj, kiedy się obudziłem, byłem pewny że tym razem pojadę w deszczu, ale znowu mi się udało. Deszcz znowu mnie ominął, a ja omijałem ślimaki, których pełno wypełzło na trasę. Jadąc ulicą stwierdziłem, że nie dam się zepchnąć przez samochody do kałuż, więc jechałem bliżej środka pasa ruchu. I wiecie co? To działa - wcześniej gdy jechałem najbliżej prawej krawędzi pasa auta mijały mnie bez zmiany toru jazdy, tym razem musieli brać mnie pod uwagę, wykonać manewr. Auta mijały mnie w rozsądniejszych odległościach niż zwykle.

10 sierpnia 2013

Weekend, to lubię. Mniej aut na trasie a co za tym idzie i szybciej i bezpieczniej. Z innych obserwacji: zimno, na szczęście miałem bluzę, cienką, ale zawsze. Brrr...

11 sierpnia 2013

Rower ma tą przewagę nad komunikacją miejską, że wyjazd z domu 10 minut później oznacza 10 minut spóźnienia lub nawet nie, jeżeli mocniej się pedałuje. Natomiast jeżdżąc autobusem nieraz jedna minuta porannego amoku potrafi się przerodzić w duże spóźnienie.

15 sierpnia 2013

25 minut? Muszę sprawdzić czy to nie mój rekord :-) Z racji, że to chyba jakieś święto (tylko jakie?) to aut prawie nie było, więc całą trasę jechałem jezdnią. Pierwszy raz. Normalnie miałem "zieloną falę" (no dobra, jedne światła przeciąłem na żółtych).

16 – 22 sierpnia 2013

No i skończyło się rumakowanie :-) Tylna opona przebita, prawdopodobnie felga do wymiany, ech, życie... Tyle dobrego, że byłem prawie na miejscu.

Przejażdżka do rowerowego po nowe koło - stare niestety na szmelc. Stówka w plecy...

Nowe, własnoręcznie zmienione, koło sprawuje się dobrze. Tzn. kręci się i to nawet w dobrą stronę. Pełen sukces! :-)

Z nowym, wzmocnionym tylnym kołem rower wygląda na szybszy :-)

25 sierpnia 2013

Jeszcze tak pustych ulic jak dzisiaj to nie było. Instynktownie zacząłem się rozglądać czy nie wyskoczy na mnie jakieś zombie...

30 sierpnia 2013

Znów jakiś debil minął mnie o grubość lakieru, a gdybym tak najechał na kamień i akurat odbił nieco w lewo?

3 września 2013

K... mać! Kiedy ci debile się nauczą, że mokra nawierzchnia równa się dłuższa droga hamowania? Niewiele brakowało a bym dzisiaj nie dojechał do domu. Przez brak wyobraźni jakiegoś idioty za kółkiem...

Tu może wypada nieco wyjaśnić sytuację. Jechałem sobie z pracy do domu, świeciło słońce, ale nawierzchnia była mokra od deszczu. Na mojej trasie z domu do pracy (i z pracy do domu) nie ma drogi rowerowej, na sporym odcinku nie ma również chodnika, więc chcąc nie chcąc poruszałem się jezdnią. Jadę więc spokojnie i nagle słyszę pisk opon tuż za swoimi plecami. Instynktownie zjechałem na prawo, aż na sąsiedni pas (szczęśliwie pusty). I dobrze zrobiłem bo właśnie w tej sekundzie jadący za mną pojazd wyprzedził mnie, wciąż hamując. Gdyby zaczął hamować ułamki sekundy później to by mnie potrącił. Na prostej drodze w biały słoneczny dzień. Nie wiem czy kierowca nie widział mnie czy wyparł ze swojej świadomości istnienie rowerów i mój widok był dlań kompletnym szokiem?

8 września 2013

Niedzielny przejazd - lubię to!

Po tym wpisie było już tylko zimniej i coraz mniej przyjemnie. Sezon rowerowy się zakończył, a w tym roku… cóż przeprowadziłem się, teraz mam do pracy niecałe 3 kilometry i chociaż znów jeżdżę rowerem to nie ma czego komentować – zbyt krótkie to przejażdżki. Jednak zdarza mi się też jeździć i załatwiać inne sprawy. Tak oto dochodzimy do wpisu, który skłonił mnie do spisania tej kompilacji, a ponieważ trasa była zupełnie inna niż zeszłoroczna to natrafiłem na nieco inne przygody...

5 czerwca 2014

"Pojawiam się i znikam... I znikam..." Śpiewała mi dzisiaj za Beatą Kozidrak droga rowerowa. Ale to nie jedyny problem podczas poruszania się rowerem po Poznaniu. Są nimi też piesi czy nawet inni rowerzyści. Trzy przykłady wszystkie na jednym, góra dwóch kilometrach. Pod wiaduktem kolejowym na Hetmańskiej - jest droga rowerowa, szeroka tak, że trzy rowery mogłyby obok siebie jechać. Jadę prawą stroną bo przypadkowo mieszkam w Polsce i taki mamy ruch - prawostronny. Z naprzeciwka jedzie damulka, pewnie ktoś jej powiedział, że na rowerze to zdrowo. I generalnie to prawda, ale nie koniecznie dla niej. Ja widzę ją z daleka problem w tym, że ona mnie nie. No więc im bardziej się do siebie zbliżamy tym ona bardziej mnie nie widzi i tym bardziej zjeżdża na swoją lewą stronę, czyli na mój tor jazdy. Jako, że problem przewidziałem dużo wcześniej to ominąłem ją bez problemu wjeżdżając na chwilę na zwykły chodnik akurat pusty. Nie mam pojęcia czy w ogóle mnie zauważyła. Kawałek dalej, przed Makiem na Hetmańskiej, mamuśka z dzieckiem w wózku całą jego szerokością na drodze rowerowej. Akurat z wyminięciem problemu nie było, ale już przy samym Maku... Nastolatka, okulary na nosie, słuchawki w uszach, ręce w kielni, wzrok wbity w ziemię a porusza się oczywiście tą samą drogą co ja, w kierunku też tym samym, tylko zwrot przeciwny. Trajektoria wielce nieprzewidywalna, buja się całą szerokością "czerwonej strefy". W tej całej losowości poruszania jakoś udaje jej się omijać zwykły chodnik. I tu zachowałem się bardzo źle, przyznaję. Zwolniłem praktycznie do zera i ominąłem do ostatniej chwili niczego nieświadomy kwiat polskiej młodzieży. A powinienem był przejechać na pełnej p... i jeszcze trzasnąć plaskacza. Wychowawczo. Nie zrobiłem tego i przepraszam.

Ok, powyższy wpis może się wydawać dość „mocny”, zwłaszcza ostatnie zdania, ale trzeba wziąć poprawkę na moje poczucie humoru. Te sytuacje bardziej rozbawiły mnie niż zdenerwowały, co nie zmienia faktu, że były potencjalnie niebezpieczne dla uczestniczących w nich osób. No jak można poruszać się po drodze i nie mieć najmniejszego pojęcia co się dookoła dzieje?

Sam nie jestem święty, nie twierdzę, że wszystko robię idealnie i że nie złamałem nigdy żadnego przepisu. Jeżeli widzę puste przejście dla pieszych i zero aut to nie zsiadam z roweru, przecinam je i jadę dalej. Ale zawsze będę zachęcał do myślenia. I oceny sytuacji, bo na ruchliwej ulicy to już inna sprawa. Pamiętajcie, że poruszając się drogą, nie ważne czy to chodnikiem, jezdnią czy drogą rowerową, nie jesteście na niej sami a inny uczestnik ruchu może się na niej pojawić w najmniej oczekiwanym momencie. Wychodząc z domu włączajmy myślenie i rozglądajmy się – na naszej drodze z miejsca zrobi się o wiele bezpieczniej.