Fismoll: czuję się czystym człowiekiem

16.09.2013

Uwielbiam poznawać nowych ludzi i spotykać się z nimi. To taka egoistyczna potrzeba zaspokajania ciekawości, a później kradzież - kradnę idee, pojęcia, wartości. Chłonę je, żeby później poukładać sobie swój światopogląd i spojrzenie na świat. Założyłem, że każda nowa osoba, z którą się stykam, zmienia mnie, czasem na pierwszy rzut oka niewidocznie, ale trwale i nieodwracalnie. Gdy nadarza się okazja spotkania kogoś, kto ma wielką moc, poddaję się jej. Tak było z Arkadiuszem Glenskiem, Fismollem. Usłyszałem jego muzykę i włączył się głód poznawania. Zapragnąłem poznać tego wrażliwego jegomościa, który zamieszał ostatnio na rynku muzycznym.

Filip Krause: Kim jesteś?

Arkadiusz Glensk - Fismoll: Muzykiem. Przez długi czas, jak zresztą wiele osób, szukałem siebie. To może brzmi patetycznie i niezwykle romantycznie, ale to było męskie, honorowe szukanie punktu odniesienia do samego siebie. Kształciłem empatię w sobie – to mi dało najwięcej.

Pomaga ci w tym muzyka?

Pomaga muzyka, pomogło kilka silnych zdarzeń w moim życiu: strata kogoś, czy po prostu nowa znajomość. Uświadomiłem sobie bardzo dużo rzeczy. Choćby wyjazd w góry był dla mnie takim novum, genezis. Siedzę na skale, tysiąc metrów ponad ziemią, słucham Arvo Pertha i myślę: przecież ja mogę spaść w każdej chwili, a trzeba być głupkiem, kiedy robi się rzeczy, których się nie chce, które mogą kogoś zranić. A każdego trzeba szanować, nawet tych których uważamy za złych ludzi – oni są zwyczjnie pogubieni.

Jesteś muzykiem z własnego wyboru?

Wydaje mi się, że nie poszedłbym w tę stronę, do szkoły muzycznej, gdyby nie rodzice. „No synku, masz już te 10 lat, to może chciałbyś do tej szkoły pójść? Mama i tata tam chodzili, to teraz ty...”. Dla mnie to było świetne – pograć na jakimś instrumencie, zrobić to. I to było fajne, bo nie czułem żadnego nacisku, to było naturalne, oni to tylko zaproponowali. Gdyby było inaczej, nie wybrałbym tej drogi. Dobrze się stało. Dużo mi dało poznanie tych wszystkich ludzi, kultury, pokochałem tę szkołę. Spokój, siedmioosobowa klasa, czuło się wrażliwość tych ludzi. Czułem że ja ich potrzebuję i oni mnie. I te momenty zamykania się w klasie z pianinem... spędziłem w taki sposób pięć lat. Najlepsze lata w moim życiu.

I muzyka stała się twoim sposobem na życie?

Wyobraziłem sobie taką sytuację, że coś ucina mi ręce, a są one dla mnie bardzo ważne, przez dziewięć lat wyszkolone technicznie, artykulacyjnie... co bym zrobił?! No mam jeszcze głos, można pośpiewać. A co jak stracę słuch? Czy na pewno stawiać wszystko na jedną kartę? Ale w którymś momencie zauważyłem, że wielu ludziom daję jakieś dobro. Oni chcą, ja im to daję, jesteśmy kwita, to jest czyste. Niech się dzieje co chce, zaufałem Bogu, będę robił muzykę. Wsiąkłem w to, zupełnie się przy tworzeniu wyłączam. Nagrywam w studiu, gram partię gitary przez kilka minut i czuję że łzawią mi oczy. Mam nagle wyobrażenie czym te dźwięki są, skąd się wzięły, że zmieściłem w nich to, co chciałem. Nie wszyscy to usłyszą...

A kto może to usłyszeć? Co powinien mieć w głowie i sercu?

Wychodzę z założenia że słuchacze będą podobni do mnie. Jeśli ta muzyka jest czysta, daję w niej siebie, to wygląda to tak samo, jak bym podał komuś dłoń i powiedział, że chciałbym go poznać. Jeśli ta osoba chce mnie poznać, odwzajemni uścisk dłoni, pozna następny kawałek na płycie. To ludzie wybierają mnie, a nie ja ludzi.

Jak zmieniły cię ostatnie miesiące?

Mój przyjaciel powiedział mi ostatnio, że za mną tęskni trochę. Kiedyś byliśmy wolni, lżejsi. Chodziło mu o to, że kiedyś nie robiliśmy tych swoich rzeczy. Człowiek szedł do szkoły, ogarniał fizykę, wracał do domu, jadł obiad i szło się spotykać bez pewnego bagażu rzeczy. Ale to tylko to. Poza tym nie czuję żebym się zmienił. Musiałbyś zapytać ludzi z mojego otoczenia. Na tyle staram się być świadomym samego siebie, że jeśli widzę że coś jest nie tak: śpię kolejny dzień do dwunastej, albo nie śpię do piątej, bo czekam na wschód, to myślę – to już niezdrowo. Jest dużo samokontroli. Może jestem trochę szczęśliwszy. Mam fajne uczucie, że większej liczbie ludzi daję coś dobrego.

Boisz się, że ta kontrola może kiedyś zaniknąć?

Nawet gdyby zabrakło wszystkich tych, którzy trzymają mnie za szyję, to wiem, że jestem za blisko pierwotności, czystości. Musieliby mi podać jakiś środek dziwny, żeby mi coś odwaliło. Wstaję rano, patrzę w lustro: morda nie w tamburyn, ale co tam. Brnę, robię swoje. Tworzę.

Czy do tej pory zdarzyło się coś, co byś dziś zmienił?

Jeżeli coś mi się nie podoba, to próbuję to zmienić, chyba że ranię wówczas kogoś innego. Nie zgadzają nam się poglądy na świat, czy polityczne, to wtedy się cofam. Myślałem czy coś mi przeszkadzało na płycie; czy to dobrze, że wyszedłem z taką muzyką, a nie np. z hip-hopem. To tak jak z dzieckiem – to jest krew z twojej krwi, najpiękniejsze możliwe, twoje w stu procentach. Tak samo jest z moją muzyką. To żyje własnym życiem, chociaż jest niematerialne. Nic bym nie zmienił. Wszystkie utwory to jakieś momenty, historie.

Dla kogoś jakiś dźwięk może być tylko dodatkiem w aranżacji, a ja mam tak, że każde brzmienie jest dla mnie ważne, bo to jest coś, co nuciłem będąc w jakimś mieście, pamiętam to i wiem, że to musi być w utworze. Jestem perfekcjonistą, a nawet egoistą muzycznym. Jestem oczywiście otwarty na propozycje np. Kacpra Budziszewskiego - mamy podobne odczucia, ale ogólnie, jestem zamknięty, dlatego może nigdy nie miałem zespołu. Zamykam się gdzieś i tworzę w samotności.

Ludzie sami wybierają to, że chcą ze mną grać. To są przyjaciele, ludzie, z którymi znam się od zawsze i nigdy nie usłyszałem: eee, to nie tak, ja bym zagrała to inaczej.

W jaki sposób twoja muzyka nawiązuje do rzeczywistości? To ocena, odpowiedź, czy tylko obserwacja?

Złych emocji we mnie nie ma. Niektóre utwory są o czymś co się stało, niektóre o czymś, co chciałbym, żeby się stało. W przyszłości może nie być w ogóle wokalu, chociaż wątpię. Lubię sobie pośpiewać (śmiech). Teksty piszę głównie sam, do kilku kawałków pisał mój przyjaciel Robert Amirian, który jest wydawcą i bardzo bliską mi osobą.

A co z podobieństwem, nawiązaniami do Sigur Ros, Bon Iver...?

Wiesz, ludzie potrzebują zaszufladkowania. Nie mówię tego z wyrzutem. Mówią: to jest podobne do PJ Harvey, albo do kogoś innego, a ja zawsze myślę sobie: no dobrze, sprawdzę. Bo może ja mam inną estetykę muzyczną i inaczej odczuwam, a dla kogoś jest ważne, że raz w piosence pojawił się chórek. Ja Bon Ivera nie słuchałem. Wiedziałem, że ktoś taki istnieje, przesłuchałem trzy piosenki... były fajne, ale nie czułem się przy nich ekstatycznie. Nie zagłębiałem się w jego rzeczy. Jest wielu songwriterów, muzyków o wiele lepszych od niego (gdzie oczywiście jego muzyka jest naprawdę fenomenalna i trzeba mu to przyznać), o których się nie słyszało, są gdzieś na ulicy, na ciemnej stronie youtuba, na końcu świata. Nauczyłem się dziwić.

Czy masz talent? Odpowiedz bez skromości.

Mam. Wiele osób mówiło mi, że mam duże możliwości, talent. Doszedłem do takiego momentu w swoim życiu, że zebrałem te wszystkie słowa i pomyślałem: co to znaczy? Istnieje przypowieść biblijna o talentach. Czuję, że jest coś w moim życiu, czemu poświęcam tysiąc procent swojego czasu i robię wszystko, by to kształcić. To jest mój talent. Oby tylko tego nie stracić. Dziś słowo „talent” straciło na wartości. Dziś „talent” ma dziewczynka robiąca w wieku siedmiu lat zdjęcia kwiatów babci komórką na balkonie, wstawiająca to na digart i mająca więcej głosów na tak, niż na nie. To trochę przykre.

Co dalej?

Dużą przyjemność daje mi tworzenie. Naodtwarzałem się już przez dziewięć lat, teraz robię coś swojego. Udało mi się, wraz z moimi przyjaciółmi, wydać płytę. Teraz myślę o następnej, a później następnej i następnej. Myślę o kolejnych czterech, pięciu... Teraz trzeba poczekać na te momenty, które chciałoby się opisać w tych utworach. Albo na takie, kiedy stworzy się coś nowego od razu: i muzykę, aranżację i tekst. Jadę w góry za kilka dni. One dużo wymagają, ale bardzo dużo dają.

Zdarza się, że tworząc, cofasz się? Że tworząc, myślisz nagle: „to nie to”?

Są takie momenty w aranżach. Chcesz dać dźwięki które pasują, ale dziewiąty, dziesiąty nie pasuje. Myślę: zamienię to... ale to już nie będzie ta chwila... to już nie będzie to czyste coś, co przeżyłem, wyobraziłem sobie... kończę to na dziś, idę się z tym przejść i nagle coś wpada. Ale czy niepowodzenia? Dla mnie wszystko jest w tym takie naturalne. Ryba się słabo czuje, jak się ją wywali na brzeg, a w wodzie jest super. Ja się tak samo czuję w muzyce.

A wydanie płyty było tak samo naturalne?

Kiedy Robert (Amirian - red.) napisał do mnie, że chciałby porozmawiać o wydaniu płyty, zareagowałem: „Co? To jest jakiś żart?” Ale wszystko się dzieje.Mój przyjaciel Jędrzej zrobił okładkę, przepiękną rzecz. Wymyśliliśmy trochę razem jak to mogłoby wyglądać. Wykombinowaliśmy sobie takie pierdoły, że jak wyciągasz płytę, to pojawiają się korzenie. Jak wyjmujesz książeczkę, pojawiają się ścięte drzewa. Niech to też ładnie wygląda. Dla chłopaka z bloku to takie fajne uczucie... (śmiech) Płytę sobie wydaliśmy...

Czym jest dla ciebie szczęście? Jesteś szczęśliwy?

Tak. Szczęśliwy życiowo i muzycznie. Nic mi nie przeszkadza. Mam w porządku rodzinę, przecudowną dziewczynę, której jest dedykowana ta płyta, która też na niej gra... Nie wiem czy można jeszcze czegoś bardziej chcieć, potrzebować. Dobra materialne też są ważne, ale wiesz jak to jest: kupisz nowy mikrofon, pocieszysz się nim przez miesiąc, a potem jest już zwykły. Ja się bardziej skupiam na ludziach, naturze – to jest ważniejsze. Szcześliwy jestem, co ja ci mogę więcej powiedzieć?! Mam tak, że jak jadę pociągiem, zachodzi słońce, to ono zachodzi tak cholernie pięknie...i to jest szczęście. Dostrzeganie, zauważanie, dziękowanie.

Osiągnąłeś już sukces?

Może to zabrzmi patetycznie, ale czuję, że osiągnę sukces gdy będę już leżał i umierał. Życie jest fajne, ale trzeba je przetrwać. To jest piękne, że dzieje się muzyka, że są ludzie, że to wszystko tak wygląda, ale dla mnie priorytetem są rzeczy niezwiązane z tym co robię. Przez cały czas myślę o muzyce, a ciągle się pojawia się coś co jest ważniejsze: relacje z ludźmi, pomaganie. Pomagam jeżeli mogę. Nie dokładam do piwa, nawet jak mi grożą nożem, ale w miarę mozliwości kupię coś do jedzenia. Nie czuję się przez to wielki, czuje się tak samo mały – w każdej chwili może mnie spotkać coś podobnego. Ci potrzebujący nie byli głupi, byli słabi w pewnym momencie...

Ludzie z którymi grasz – dlaczego akurat oni?

Byłem z nimi od początku w szkole muzycznej i myślałem kto mógłby mi pomóc zrealizować to co chcę – nie byłem tego w stanie zrobić sam, nie mam tylu rąk. Poprosiłem ich, zgodzili się. Stało się tak, że spodobało im się to, doszła perkusja, mój przyjaciel Kacper. Są ze mną do dziś. Bez nich pewne rzeczy nie brzmiałyby tak jak brzmią. Komunikacja jest prosta, nie ma spięć – jak duża rodzina. Wierzę, że będę z nimi grał dopóki mi nie powiedzą, że wyjeżdżają, albo już nie chcą. Dopóki im nie odwali, a to niemożliwe, bo to piękni, świadomi, czyści ludzie, to nigdy z nich nie zrezygnuję.

Spotkajmy się za rok, dwa, porozmawiamy jak to wszystko w twoim życiu się zmienia.

Z przyjemnością.

 

Dziękujemy za pomoc w realizacji materiału Ministerstwu Browaru
oraz Mariuszowi Jańczakowi z SZUmag.