Flamenco: Nabici we własne wyobrażenia

Obrazek użytkownika Weronika
26.09.2013

Kiedy zapytałam znajomych z czym kojarzy im się flamenco, odpowiadali głównie że z tańcem, Hiszpanią, śpiewem i z wykrzykiwanym Ole! Nie potrafili jednak powiedzieć skąd się wywodzi i co tak naprawdę oznacza. A flamenco to nie tylko śpiew, taniec i gitara. Choć to podstawowe składniki, flamenco to głównie emocje. Emocje zarówno tancerza jak i śpiewaka. Ta energetyczna bomba uczuć ma także udzielić się widzom. Ma być silna, pierwotna i szczera, aż do osiągnięcia duende. Termin ten podkreśla duchowy charakter flamenco. I choć ciężko go przetłumaczyć, jest on celem samym w sobie. Jest oczyszczeniem i spełnieniem.

Flamenco Flamenco | fot. Grifmo/flickr (CC BY 2.0)

Hej, Cyganie!

Etymologia słowa flamenco nie jest do końca wyjaśniona. Wiele teorii dowodzi jednak, że korzenie tańca wywodzą się od Cyganów, przybyłych na Półwysep Iberyjski w XVI w. Wędrowny tryb życia, wpływy innych ludów i asymilacja z kulturą ówczesnej Hiszpanii stworzyło coś, co dzisiaj nazywamy mianem flamenco. Choć taniec ten można spotkać w całym kraju to najbardziej charakterystycznym regionem jest Andaluzja – południowa prowincja Hiszpanii. Oczywiście, flamenco na przestrzeni wieków ewoluowało. I tak, na początku występował sam tancerz, bez żadnego instrumentu. Rytm nadawało klaskanie, pstrykanie palcami czy uderzanie w bębny. Z czasem pojawiały się inne elementy jak gitara, śpiew czy nawet grupa tancerzy. Często była to improwizacja, wyrażona emocjami, które akurat przeżywał tancerz. Tematem pieśni była utracona miłość, jakaś tragedia, wędrowne życie, tak bliskie Cyganom. Dramaturgia sprawia, że odczuwamy silniej i pełniej doświadczamy co znaczy flamenco puro – czyste, prawdziwe. Flamenco to nie tylko rozpacz i łzy ale także szczęście, radość i pozytywna energia. Przekazywanie emocji to wielka sztuka, której mistrzowie flamenco uczą się wiele lat.

Popularyzacja flamenco doprowadziła do powstania wielu klubów tzw. Cafe Cantentes wyspecjalizowanych w tym tańcu, mających swoich stałych wykonawców. Muzyka, taniec i śpiew stały się formą rozrywki i zarobku. Obniżyło to znacznie jakość flamenco. Komercjalizacja doprowadziła do  rywalizacji i walki o widza/klienta. Zatraciła się ta pierwotna, emocjonalna więź. Tancerze już nie przeżywali duende, stali się wyrobnikami. Przeciwko takim zachowaniom postawili się Federico Garcia Lorca i Manuel de Fallia, organizując konkurs flamenco w 1922 r. w Granadzie.  Kilka lat później, po kolejnych festiwalach, flamenco przeżywa swój renesans.

Tradycja a teraźniejszość

Niestety znaleźć dobry klub flamenco nie jest łatwo. Wiele z nich nadal bazuje na niewiedzy turysty i dobrej reklamie. Miałam okazje być dwa razy na pokazie flamenco. Jeden z nich odbył się małej piwnicy w Maladze, a drugi w wielkiej sali niedaleko Barcelony. Moje odczucia były skrajnie różne i poprzez ten artykuł chciałam zwrócić uwagę na to co serwowane jest masowym turystom i jak niewiele ma to wspólnego z prawdziwym flamenco.

Na początek mała knajpka w centrum Malagi. Sala na 20 osób z niewielką sceną. Ciemne wnętrze, skromne lampki rozstawione na stolikach dają lekką poświatę, wokół stolików gromadzą się ludzie. Głównie starsi, chcący popatrzeć, posłuchać, przeżyć. Na scenie jedynie krzesło, mikrofon i gitara. Niewielka przestrzeń sprawia, że ma się wrażenie iż jest się częścią przedstawienia. Emocje tancerzy biją ze sceny w każdym kierunku, nie da się od nich uciec, niezwykła atmosfera wypełnia całą przestrzeń. Nikt nie mówi, wszyscy patrzą jak zahipnotyzowani. Wychodzę poruszona, ale szczęśliwa, że miałam okazje uczestniczyć w tak niezwykłym wydarzeniu.

Drugie spotkanie z flamenco odbyło się w jednym z bardziej popularnych miejsc dla masowej turystyki, nieopodal Barcelony. La Masia, określa się jako The Best Flamenco Show. I tu mają rację, bez wątpienia jest to show w każdym tego słowa znaczeniu. Pod restaurację podjeżdżają kolejne autokary, a z nich wysypują się grupy ludzi. Kolejka do wejścia zaczyna już zakręcać. Przed wejściem obowiązkowa „fotka” z tancerzami, którą później będzie można kupić za jedyne 20€. Sala ogromna, scena też, wokoło długie rzędy stołów. Mam wrażenie, że przyszliśmy na wesele. Na stołach lądują zakąski i wino. Później ciepła kolacja. Jest głośno, a co niektórzy już czują się jak królowie parkietu. Kiedy przychodzi czas na występ,tajemniczy głos z głośnika informuje nas o tym w czterech językach, grupa Rosjan cieszy się i kwiczy. Czy ja naprawdę trafiłam na występ flamenco? Na scenie pojawia się śpiewak z gitarą, niby ok, normalne we flamenco. Tyle, że ku mojemu zaskoczeniu śpiewa oklepane hiszpańskie przygrywki i, co śmieszne, zagrzewa do śpiewu publikę. Grupa tancerzy dwoi się i troi, wygina, skacze, stepuje. Niby ładnie tańczą, wyglądają tylko czegoś tu brak. Może choćby jednego prawdziwego Hiszpana? Emocji? Duende? Show kończy się słynnym już E Viva Espana, tancerze znikają za kurtyną, a z głośników roznoszą się najnowsze hity z dyskotekowych parkietów. Jestem w szoku i chyba tylko ja dostrzegam jaki to kicz i chłam. Tłum tańczy, szaleje. A ja czuję się oszukana. Zapewne Ci ludzie wyjdą z przeświadczeniem, że tak właśnie wygląda flamenco, są barwne stroje, piękne kobiety, przystojni mężczyźni, gitara i śpiew (oczywiście piosenki, które każdy zna i podśpiewuje pod nosem). Przecież tego oczekiwali i to dostali. Pewnie nigdy nie odkryją prawdy o flamenco i dalej będą nabici we własne wyobrażenia.

Wybór pozostawiam Wam, drodzy Czytelnicy. Czy chcecie przeżyć flamenco, czy tylko zobaczyć jak łatwo zarobić na ludzkiej naiwności. Wiadomo i to nie od dziś, że coś co robione jest pod turystę jest po prostu sztuczne, to imitacja. Chcecie to zobaczyć, to Wam to pokażą i nie będą wyprowadzać z błędu. Tylko czy nie lepiej poznać prawdę, wyzwolić w sobie emocje i mieć poczucie dobrze wydanych pieniędzy?