Formuła 1 okiem kobiety

Obrazek użytkownika Weronika
17.06.2013

Formuła 1 to najbardziej prestiżowe, międzynarodowe wyścigi na świecie. Dla jednych pasja, marzenie.  Dla innych nuda,  kilkunastu facetów jeżdżących w kółko po torze. Przyznam, że ja zaliczałam się do tych drugich. Do czasu, gdy nie znalazłam się na torze Circuit de Catalunya i opanowała mnie „czerwona” euforia. Nie będę tutaj pisać o wynikach, kierowcach, bolidach i najnowszych technologiach. Na ten temat niech wypowiedzą się specjaliści. Ja chcę pokazać Wam, że to co można zobaczyć w TV to tylko ułamek atrakcji, a z pozoru monotonna Formuła 1 potrafi porwać nawet najbardziej opornych…

fot. Z. Pobudkiewicz - Fernando Alonso

Jest godzina 6:00, niedziela, urlop. Drastyczny dźwięk budzika wyrywa mnie ze snu. Kilka sekund zajmuje mi zorientowanie co się dzieje. Trzeba być wielkim fanem motosportów by dobrowolnie na urlopie wstawać o takiej godzinie. Ale dziś Grand Prix, a za kilka chwil musimy stawić się przed hotelem na transfer, który zawiedzie nas na tor. Po szybkim śniadaniu, bardzo w stylu Formuły 1, biegniemy do autobusu. Ku mojemu zdziwieniu takich ochotników jest więcej. Senną o tej porze Santa Sussanę, zalewa fala kolorowych kibiców z całego świata. Mimo wczesnej pory wszyscy w świetnych humorach. Stajemy obok tych w czerwonych koszulkach (w końcu jesteśmy w Hiszpanii) i choć się nie znamy, już czujemy się jak jedna drużyna, która dziś na torze będzie kibicować Alonso.  

Na tor docieramy kilka minut po 9:00. Tłum zaczyna gęstnieć, ale kontrola biletów idzie bardzo sprawnie. Stali bywalcy Formuły 1 niosą ze sobą lodówki turystyczne, parasole, siatki wyładowane jedzeniem i słuchawki. Za jakiś czas przekonamy się jak bardzo jesteśmy niedoświadczeni. Zanim znaleźliśmy swoje miejsce na trybunie zrobiła się godzina 10:00. To czas pierwszych wyścigów GP2 (to takie mniejsze formuły). Na trybunach jeszcze sporo wolnych miejsc. Panuje piknikowa atmosfera. Zbierają się rodziny z dziećmi, grupki znajomych, a nawet para staruszków, która niczym nie odstaje od pozostałych (oczywiście, wyposażeni w słuchawki). W samo południe rozpoczyna się wyścig Porsche Supercup. Ożywiamy się nieco, bowiem w polskich barwach wystąpi 3 zawodników, w tym Kuba Giermaziak z drugiego miejsca, także jest nadzieja. Jak się szybko okazało płonna, bo nasz rodak uplasował się tuż za podium. A co tam, i tak jesteśmy z niego dumni. Międzyczasie na trybunach zrobiło się już tłoczno i czerwono (nie tylko z powodu braku balsamu do opalania). Dziś Grand Prix na żywo obejrzy blisko 100 tyś. osób i będą przede wszystkim dopingować załogę Ferrari. Co rusz przez trybuny przetacza się meksykańska fala, wzbudzając duży entuzjazm. Atmosfera na torze jest bardzo przyjazna, pomimo tego że obok siebie siedzą kibice rywalizujących teamów. Wiwaty, oklaski i podniesione flagi zwiastują nam, że rozpoczęła się parada zabytkowych samochodów, a w nich kierowcy Formuły 1. Każdy zawodnik ma swoje „5 minut” dla publiczności. Przypomnę, że jesteśmy w Hiszpanii, nikogo zatem nie dziwią gwizdy i buczenie przy przejazdach Hamiltona i Vettela. Ich kibice jakoś przycichli, a może to my byliśmy tak głośno? Do startu zostało już niewiele czasu, trybuny wypełnione po brzegi, ostatnia szansa by coś zjeść (po kosmicznych cenach – już wiemy po co były te siatki pełne swojego jedzenia). Gdy zaczyna się odliczanie, na trybunach, nagle zapada cisza. Nie ma już miejsca na jedzenie, picie, plotki. Nawet dzieci jakieś spokojniejsze. W wielkim skupieniu patrzymy jak zapalają się kolejne światła, nagle gasną - wystartowali, Alonso szybko wysuwa się na pierwszą pozycję, a każdy jego przejazd podrywa kibiców z flagami. Szybko też przekonałam się po co ci ludzie mieli słuchawki. Bynajmniej nie byli to melomanii. Hałas jaki wydają z siebie bolidy Formuły 1 jest ogromny. A jak przejeżdżają wszystkie naraz to jest jeszcze większy. Chyba tylko F16 jest głośniejszy.

Wyścig kończy się zwycięstwem Fernando Alonso. Lepszego finału w Hiszpanii nie można sobie wymarzyć. Prawie głusi podrywamy się z miejsc by w oklaskach podziękować za zwycięstwo. Trybuny szaleją, czerwona fala zalewa tor. Atmosfera jest nie do opisania. Najmłodsi fani, może 5-letni skandują nazwisko Alonso, Alonso. Nasi niemieccy sąsiedzi jacyś tacy niewyraźni. Reszta klaszcze co sił, wiwatów nie ma końca. W górze powiewają czerwone flagi stajni Ferrari. I w końcu zauważam gdzieś w oddali biało - czerwoną flagę z napisem „KUBICA – WE WAIT”  …