Homo bimbrownikus - recenzja

Obrazek użytkownika Brama
7.09.2012

Często jest tak, że dużo dobrego słyszy się o jakimś autorze i jego książkach, widzi się je w gazetach i na witrynach księgarń, lecz... jakoś się nie składa. Wybiera się tytuł innego, znanego i sprawdzonego autora, bo człowiek lubi te piosenki, które już kiedyś słyszał. Właśnie tak było ze mną i cyklem opowiadań o Jakubie Wędrowyczu pióra Andrzeja Pilipiuka, aż w pewnym momencie wpadł w moje ręce "Homo bimbrownikus" tegoż autora. Chcecie wiedzieć czy przypadł mi do gustu? Czytajcie dalej...

Tak się składa, że omawiany tu zbiór opowiadań, jest szóstym z kolei i jak dotąd przedostatnim, czyli Wędrowycza czytać zacząłem od d... strony. Ale co poradzić? Można, na ten przykład, przedstawić naszego herosa. Jakub Wędrowycz to z wyglądu zwykły wioskowy staruch, w obszarpanej koszulinie i gumofilcach, biada jednak temu kto da się zwieść! Starzec ma więcej ikry, niż na to wygląda, z zawodu to egzorcysta, poszukiwacz przygód i awanturnik, z zamiłowania zaś warchoł, opój i bimbrownik. Nie ma takiej bitki, w której by nie wziął udziału, ani takiej potwory, której by nie dał rady. Towarzyszy mu równie, a nawet bardziej wiekowy Semen Korczaszko, z pochodzenia Kozak, jak najbardziej podzielający Jakubowe zainteresowania.

Na tom składają się cztery historie, trzy pierwsze skwituję krótko: są świetne. Napisane z polotem, ułańską fantazją i humorem. Wybierzemy się więc z Jakubem na ostatnią misję; poznamy sposób na odzyskanie cyrografu; jak i nietypową metodę leczenia zapalenia kopyta u faunów. Łączy je też długość: są króciutkie, zajmują raptem siedemdziesiąt stron, z czego dwa po około dziesięć. Natomiast ostatnie opowiadanie - tytułowy "Homo bimbrownikus" to już zupełnie inna para gumiaków i wymaga szerszego omówienia.

Akcja toczy się tutaj dwutorowo, raz obserwujemy cudaczne poczynania zaawansowanych geriatrycznie łowców przygód, by za chwilę kontemplować zmagania innego „bohatera”. Radek Orangut, bo o nim mowa, nie ma w życiu szczęścia, nie dość, że po przodkach odziedziczył małpie nazwisko, to jeszcze twarz i inne szczegóły anatomiczne. Nic dziwnego, pochodzi w końcu z Dębinki - ostatniego przyczółka rasy homo sapiens fossilis, człowieka pierwotnego, która to wioska, niedługo po narodzinach Radka, została siłą nawrócona przez Inkwizycję. Nastolatek nie ma więc o wyznaniach przodków większego pojęcia, a smak ludziny pamięta jedynie jak przez mgłę. Kiedy więc zostaje porwany, przez szamana Yodde – swego dziadka, i siłą wcielony do jego sekty czuje się skołowany i chce uciekać (chociaż perspektywa rytualnych obrzędów seksualnych z młodymi adeptkami niewątpliwie wydaje się kusząca, jeśli chwilę nad tym pomyśleć). Dlatego właśnie zrozpaczony ojciec wynajmuje Wędrowycza by ten udał się do stolicy i odbił chłopca z rąk dziadka, który chce z pomocą wnuka przyzwać Wielkiego Mywu, boga-niedźwiedzia i rozpętać kolejną apokalipsę (poprzednia jakoś niezbyt mu się udała). Działać trzeba szybko, bo gdy do akcji wkroczy Inkwizycja szanse chłopaka na wyjście cało z tej kabały spadną wręcz dramatycznie.

Pradawne kulty, ludy pierwotne, bóstwa, demony, podróże w czasie, zakrzywienia czasoprzestrzeni, wymiary równoległe i wiele, wiele innych included. Pilipiuk zawarł w tym jednym opowiadaniu tyle pomysłów, że nie dziwota, że rozrosło się ono do osiemdziesięciu procent objętości książki. Być może też właśnie to jest przyczyną, że do historii szybko wkrada się pewien nieco denerwujący schemat. Bohaterowie po nieudanej akcji, niezrażeni wracają na melinę, by następnego dnia wystartować z kolejnym, jeszcze bardziej pogiętym pomysłem, który prowadzi do kolejnej katastrofy; egzorcysta zawsze wyciąga jednak, jak z rękawa, sposób na wykaraskanie się z podbramkowej wydawałoby się sytuacji. Wędrowycz na wszystko ma odpowiednie zaklęcie, talizman czy inną tajemną moc. Nie stanowi problemu dla niego przeskok pomiędzy wymiarami, na zawołanie cofa się w czasie, a przyzywanie zmarłych to dla niego jak splunąć. Obserwowanie bohatera na którego nie ma mocnych i który, jeżeli tylko ma odpowiednio niskie stężenie krwi w alkoholu, poradzi sobie z każdą przeciwnością po pewnym czasie może być lekko nużące. Ale podejrzewam, że po prostu „tak ma być” i autor rozmyślnie tak wykreował postać by była nie do zdarcia.

Książka klimatem wpasowuje się gdzieś pomiędzy Wiedźmina Sapkowskiego, a Świat Dysku Pratchett'a, do obu jej jednak troszkę brakuje. Styl Pilipiuka jest specyficzny, może się spodobać lub nie, ale nie sposób mu odmówić oryginalności. Postacie że względu na swe wiejskie pochodzenie co rusz „zajeżdżają wiochą”, co ciekawe, również narracja utrzymana jest w podobnym tonie. Ciężko jest mi stwierdzić, na ile jest to literacka stylizacja, a na ile naturalny język autora, mnie jednak taka konwencja przypadła do gustu i jakkolwiek by nie było, czyta się to naprawdę dobrze i gęba nieraz sama się wykrzywi w uśmiechu.

Podstawowym pytaniem, jakie sobie zadaję po przeczytaniu książki nowego dla mnie autora, jest: czy sięgnąłbym po kolejną? W tym przypadku odpowiedź może być tylko jedna: zdecydowanie tak! Pomimo drobnych usterek Pilipiuka czyta się wyśmienicie, opowiadania kipią niewymuszonym humorem, a charakterystyczny język nadaje im swojskiego klimatu. Autor w przezabawny sposób i w krzywym (ale tylko trochę) zwierciadle ukazuje urok i koloryt polskiej wsi, za co należą mu się brawa. A, że nie jest to najlepsza książka jaką czytałem? A, pies z tym tańcował!

Wydawca: Fabryka Słów sp. z o.o.
Data wydania: 2009-08-28
ISBN-13: 978-83-7574-188-9
Wymiary: 125 x 195
Strony: 360
Seria: fantastyczna fabryka
Cena: 32.90