Internety zawrzały. Co dalej z YouTube’m?

Obrazek użytkownika Brama
23.12.2013

Już raz YouTube testowało cierpliwość swoich użytkowników kiedy nieco ponad miesiąc temu zintegrowało usługę z portalem społecznościowym Google+, które tak jak YT należy do koncernu Google. Portal  ma podobne założenia do Facebooka jednak w przeciwieństwie do niego cieszy się marginalną popularnością. Panowie od przeglądarki postanowili sztucznie zwiększyć liczbę jego użytkowników. Wściekli „YouTuberzy” wylewali soje żale w filmikach, często w bardzo kreatywny sposób jak np. w tym wideo: http://www.youtube.com/watch?v=LTq8TrA3hb4. Nic dziwnego skoro nagle konto G+ okazało się konieczne do komentowania czy otrzymywania powiadomień o subskrybowanych kanałach. Nikt nie lubi kiedy coś im wciskać na siłę. A teraz YT znowu miesza.

Nagrywanie wideo fot. Aaron Kohr

YouTube pozwala zaistnieć tym, którzy na swojej pasji chcą zarobić – jeżeli film jest dobry i (/lub) ma dużo odsłon to znajdą się reklamodawcy, którzy chętnie zapłacą vlogerowi za możliwość wyświetlania reklam na kanale autora. Ten system „monetyzacji” filmików pozwala ich twórcom zarobić drobną sumkę za każde odtworzenie. A przynajmniej tak było do teraz, bo właśnie system zaczął się walić, autorzy niektórych najpopularniejszych kanałów dowiedzieli się, że duży procent z ich najczęściej oglądanych materiałów przestał przynosić im zyski.

Wszystko za sprawą nowego systemu klasyfikacji treści „Content ID”, który serwis wprowadził kilka dni temu. W założeniu ma on zapobiegać piractwu i dbać o to by pieniądze z monetyzacji filmików trafiały do prawowitych właścicieli prezentowanych w nich treści. Innymi słowy chodzi o ochronę prawa autorskiego, jeżeli dana firma stwierdzi, że któreś wideo narusza jej własność wysyła roszczenie a „YouTuber” nie może czerpać już z niego zysków (zamiast tego - w niektórych przypadkach – kasa automatycznie ląduje na koncie roszczącej firmy). No przynajmniej do rozpatrzenia lub wycofania roszczenia.

W teorii jest to świetne narzędzie, które chroni prawa autorskie legalnych twórców. Ale niestety wiemy jak to jest z teorią i praktyką – rzadko idą w parze. Okazało się, że nagłe wprowadzenie systemu doprowadziło do kuriozalnych sytuacji, w których autorzy filmów nie naruszający żadnego prawa są pozbawieni zarobku ze swojej ciężkiej pracy z powodu absurdalnego roszczenia.

Rozważmy taką sytuację: opublikowałem w serwisie filmik zawierający recenzję gry czy filmu. Oczywiście mógłbym usiąść przed kamerą i w kilkunastu słowach, bez tła, podkładu muzycznego czy innych efektów, po prosu opowiedzieć co mi się spodobało a co nie i dlaczego. Ale wątpię, żeby taki filmik zyskał sporą popularność, a tym bardziej mógł mi przynieść jakiekolwiek profity. Dlatego do mojego wideo wplatam kadry z gry (czy filmu), jakieś urywki z gameplayu lub fragment traileru i okraszam to fragmentem ścieżki dźwiękowej z prezentowanego tytułu. Nie złamałem żadnego prawa, recenzuję dany produkt i mam prawo poprzeć moje wywody stosownymi argumentami – czyli pokazać kawałek filmu czy gry. Spędzam kilka godzin na montażu, dodaniu efektów i czym tam jeszcze, wrzucam moje arcydzieło na YT i czekam na odzew społeczności.

Następnego dnia okazuje się, że moje wideo zgromadziło sporą widownię, ale ja nie dostanę ani grosza bo wideo zostało „oflagowane” – czyli ktoś zgłosił roszczenie o naruszeniu praw autorskich. Sprawa jest o tyle śmieszna, że przecież użyłem tylko i wyłącznie materiałów z omawianej przeze mnie produkcji i to nie w całości a jedynie fragmentów. Miałem do tego prawo. Kontaktuję się z dystrybutorem i dowiaduję się, że oni są równie zdziwieni jak ja i żadnych roszczeń nie wysyłali. Bądź co bądź ja nieodpłatnie reklamuję ich grę (i to niezależnie czy wychwalam ją pod niebiosa czy raczej punktuję słabości), wkładam godziny pracy w materiał prezentujący ich dzieło. Im też często na tym zależy.

Szukam więc dalej i okazuje się, że roszczenie wysłała jakaś firma fonograficzna, która w jakiś tam sposób maczała palce w powstaniu utworu muzycznego, który znalazł się na oficjalnej ścieżce dźwiękowej gry, a w moim wideo znalazł się fragment, który leci w tle rozgrywanego przeze mnie etapu. Fragment. Będący podkładem muzycznym ocenianej przeze mnie gry, jej integralnym elementem. Kilka sekund muzyki, której być może nawet nikt nie zauważy bo w tym czasie omawiałem jakiś aspekt gry, a cała kasa z mojej pracy leci gdzieś indziej.

Czyli problem mają ci, którzy w pewnym, większym lub mniejszym stopniu bazują na materiałach udostępnionych bądź stworzonych przez innych? Otóż nie tylko. To oczywiste, że proces ten jest w dużej mierze automatyczny i „zajmują się” tym boty, ale system jest na tyle niedoskonały, że oflagowane zostają również materiały, w których autorzy prezentują swoje autorskie treści z wykorzystaniem od A do Z tylko i wyłącznie własnych materiałów. Albo też takie, których autorzy wykupili licencję na wykorzystanie danego utworu w swoim wideo. Ok, to da się (zapewne) odkręcić, udowodnić bezpodstawność roszczenia, albo firma, która nieświadomie zablokowała nasz film sama wycofa się z niego, ale szkoda już się stała…

Ktoś mógłby pomyśleć: Wielkie mi co, jakiś dzieciak nie dostanie kilku groszy za filmik, to może zajmie się czymś pożytecznym. Ale wiele osób postanowiło postawić na tę kartę. Rzuciło pracę i przez kilka ostatnich lat zarabia na życie systematyczne dostarczając na YT wysokiej jakości treści i budując potęgę jaką teraz jest serwis. A jak YouTube teraz dziękuje im za to? Wypinając się na nich.

Oczywiście pozostaje duże pole do dyskusji, bo np. kto ma prawa autorskie do filmiku typu let’s play – czyli filmu z przechodzenia gry pokazującego jak dokładnie ją przejść – osoba, która gra w tę grę i pokazuje (a często również omawia) jak to zrobić, a więc wkłada swoją pracę czy tylko producent gry? Albo w przypadku puszczenia trailera, omówienie jego zawartości, rozkładając go na czynniki pierwsze i snucie na tej podstawie spekulacji i domysłów? Filmiki tego typu cieszą się sporym zainteresowaniem a wielu opiniotwórczych YouTuberów zbudowało na nich swoją popularność. A co z coverami czy parodiami? Czy dojdzie do sytuacji w której nie będzie można umieścić w swoim nagraniu fragmentu muzyki czy filmu lub zdjęcia z jakiejś produkcji, żeby nie narazić się na oflagowanie wideo?

Powstały chaos zdaje się nie do opanowania, a wielu autorów stoi przed dylematem co dalej z ich twórczością. Co prawda na początku przyszłego roku ma ruszyć funkcja weryfikacji filmów, ale proces ten potrwa nawet kilka dni, przez co twórca ryzykuje, że jego materiał straci na aktualności. Co to za news z dwudniowym poślizgiem? Ale albo to, albo brak zarobku z niezweryfikowanego wideo. Z drugiej strony nieuczciwe firmy szybko zwęszyły sposób na łatwe zarobienie pieniędzy kosztem czyjejś pracy. Samo YouTube dolewa oliwy do ognia, zamiast oczekiwanych przeprosin i rozwiązania sytuacji użytkownicy dostali pouczenie jak powinni tworzyć swoje filmiki. Niektórzy mówią wprost o zamachu na twórczą swobodę. Jak się rozwinie sytuacja? Na razie nie wiadomo...