Ja dłubię te swoje książki

Obrazek użytkownika Filip Krause
22.10.2012
Notatniki płócienne z pracowni Jacka Tylkowskiego| fot. Jacek Kordus

Czasami zastanawiam się w jaki sposób budzi się w nas pasja. Co każe poświęcić mnóstwo czasu, sił i pokonywać przeciwności dla czegoś, co kiedyś nas zauroczyło. Mam ogromny podziw dla każdego, kto swoje zauroczenie potrafi przekuć w prawdziwą miłość i z całego serca się jej poświęca. Jacek Tylkowski postanowił pewnego dnia, że będzie tworzył oprawy. Nie zwykłe oprawy, ale takie, za które miłośnicy książek oddaliby wiele. I to wszystko właśnie z wielkiej pasji.

W pewnym momencie miałem dość opraw komercyjnych, klepania prac magisterskich, druków urzędowych, pracy która kojarzyła mi się z tą przy taśmie w fabryce samochodów. To mi nie przeszkadza, bo szanuję każdą pracę. Jeśli ktoś robi coś dobrze, to to inaczej wygląda. Tylko że mijały lata, a ja robiłem tylko to i coraz bardziej traciłem radość z pracy, chciałem czegoś innego.

Jest taka szkoła w Asconie, w Szwajcarii, Centro del bel libro, najlepsza na świecie. Przyjeżdżają tam ludzie w różnym wieku, z całego świata. Może przyjechać 70-latek, albo młody człowiek, który jeszcze nie wie co chce w życiu robić. Drzwi otwarte. A jeżeli masz w swoim CV, że skończyłeś kurs w Centro del bel libro, to to już coś znaczy; że coś musisz umieć - coś w głowie zostaje.

Ascona to urokliwe miasteczko. Jest tam piękne jezioro, stare domeczki, Alpy. Jak pójdziesz na spacer, zupełnie się wyciszasz, widzisz ludzi popijających kawkę w ogródkach. W takim klimacie chce się tworzyć, można zajmować się właśnie oprawą książek.

Długo się przygotowywałem żeby tam pojechać. To było w 2004 roku, miałem już naprawdę dość tej odtwórczej pracy, wysłałem zgłoszenie. Wybrałem sobie jakiś temat kursu, bodajże „12 technik dekorowania brzegów książek”. Zapisałem się na rok przed tym kursem i poduczałem się przez ten czas angielskiego, chociaż uczą w kilku językach, głównie w niemieckim i francuskim. No i tu się strasznie zawiodłem. Dostałem maila, że na kurs, który wybrałem zapisało się 3 Francuzów i pan Edwin Heim, który miał prowadzić zajęcia postanowił poprowadzić to właśnie po francusku. Nie mogłem uczestniczyć w tym kursie nie znając francuskiego. Było trochę tak, jakbym dostał młotkiem w głowę. Przecież był to okres, kiedy wszystko podporządkowałem właśnie temu, przygotowywałem się finansowo i merytorycznie, a później od razu cios i koniec. Nie wiedziałem co mam dalej robić; co teraz?

Stałą cechą wielkiej pasji jest upór. Nie da się osiągnąć czegoś wielkiego bez pewnego zaparcia; bez postanowienia, że chociaż zrobiło się już wiele, wciąż można o wiele więcej. Oczywiście pomaga to uczucie niesprawiedliwości, że na długiej drodze, którą podążamy wyrasta nagle mur. Prawdziwą siłą jest umiejętność zburzenia go, albo po prostu przeskoczenia.

Trochę ochłonąłem, zacząłem szukać czegoś nowego. Moja żona, Aldona, bardzo mnie dopingowała. Przez przypadek znalazłem na stronie kanadyjskiej organizacji introligatorskiej link do Jana Soboty. Wszedłem na jego stronę, poczytałem. Pomyślałem że warto spróbować się do niego zgłosić, zwłaszcza, że to blisko bo w Czechach. Szukałem wtedy informacji o Janie i okazało się ze jest bardzo ceniony ze względu na swoje umiejętności i prace, znany na całym świecie. Zgłosiłem się i dostałem odpowiedź od jego żony, Jarmili, że oczywiście zapraszają i że z Polski nikogo jeszcze nie mieli, więc może być ciekawie. I tak trafiłem do Loket. To kolejna urokliwa mała miejscowość. Wokół jest fosa, na wzgórzu stary zamek, a wewnątrz małe miasteczko. I tylko przez mały murowany most można tam wjechać; wszędzie brukowane ulice, gołębie, Czesi piją sobie swoje pilznerki, jakiś zegar bije co godzinę coś innego... ale nie słychać tego jako szumu, jest cisza i spokój. To prawdziwe zagłębie artystów, nie tylko introligatorów.

Wygląda na to, że teraz zaczyna się prawdziwa historia pasji Jacka. Udało się dotrzeć w tej opowieści do właściwego miejsca i, co najważniejsze, do właściwej osoby – Jana Soboty, czeskiego mistrza introligatorstwa artystycznego, prawdziwego czarodzieja w swoim fachu.

Jan Sobota wyemigrował do Stanów na prawie 20 lat. Był tam w Dallas kierownikiem dużej biblioteki, zajmował się konserwacją starodruków. Pozycję miał ugruntowaną. Wymyślił wtedy swój typ oprawy, tzw. strukturę sobotovą ( Sobotova vazba ). Niestety stało się tak, że musiał wrócić do Czech. Jego dzieci chorowały na schizofrenię. Zdaje się że nie miał tam w USA jakiegoś ubezpieczenia i szybko zbankrutował opłacając lekarzy. Gdyby nie pomoc znajomych, nie miałby nawet za co wrócić do Czech. W Czechach odbudował się finansowo i założył organizację o nazwie Spolecenstvo Ceskych Kniharu.

U Jana Soboty byłem na kursie trzykrotnie, po raz pierwszy w 2005 roku i kolejnych, a w 2008 już jako jego asystent. Zawsze próbowałem się przygotować merytorycznie, kiedy do niego jechałem. Drukowałem sobie jego wszystkie oprawy, zrobiłem sobie katalog. Chciałem to znać i zadawać wiele pytań. Widziałem wszystko na zdjęciach ale nie miałem pojęcia jak to wszystko jest zrobione. Chciałem go zapytać o to wszystko. Przy okazji miałem zdjęcia innych introligatorów, dla porównania, dlatego nazywał mnie crazy bookbinder. Kiedy wszedłem do jego pracowni po raz pierwszy, zaniemówiłem. Buzię miałem pewnie otwartą. Po pierwszym dniu byłem w szoku. Dotychczas myślałem że dużo już wiem. Przecież robię to od 15 roku życia.

Studentów miał Jan głównie ze Stanów Zjednoczonych, bo na ten rynek był ukierunkowany, na to nastawiał swoje workshopy. I robił to do zeszłego roku. Niestety w maju tego roku zmarł. Wszystko się skończyło. Jarmilka, jego żona raczej nie będzie kontynuowała niczego, chociaż Jan ją wszystkiego nauczył. Śmierć Jana to był ciężki moment, bo on był moim kołem zamachowym. Introligatorstwo było dla niego wszystkim. Jak do niego jeździłem, długo rozmawialiśmy, siedziałem u niego do nocy i wypytywałem o wszystko, także o jego życie. Jego tata był bibliofilem. Oni mieli w domu książki na każdej wolnej ścianie, wszędzie półki, Jedynymi dziurami były okna i drzwi. Tata jeździł do Pilzna, do Karela Šilingera, gdy mu się jakieś książki rozwalały. Brał małego Jana ze sobą i tak zaszczepił to wszystko w jego głowie.

To był mój mentor, ja byłem w niego cały czas zapatrzony. Wiedziałem że mogę się od niego dużo nauczyć.

Jacek starał się rozwinąć swoją pasję, szukając wciąż nowych pomysłów i realizując projekty, które poznawał od artystów, takich jak on. Ciekawa jest zresztą ta wymiana myśli. To tak jakby natchnienie jednego artysty i jego dzieła inspirowały innych, by tworzyli coś innego, coś swojego. Taka nieskończona spirala pozytywnej energii, dzięki której rodzą się pomysły na kolejne prace. Dobrze jest tę wymianę trochę wspomóc – istotny jest nawet najprostszy pomysł.

Gdybym siedział na dupsku i się nie ruszał (podróżował) to żadnej z tych opraw nie byłbym w stanie zrobić. Nie nauczyłbym się wielu technik, gdybym nie kontaktował się z tymi wszystkimi z Zachodu i z Czech. Przecież niczym nie ryzykuję wysyłając maila.

Jan Sobota stworzył w Loket muzeum artystycznej oprawy książki, a że miał kontakty, introligatorzy z całego świata dawali mu swoje prace w prezencie. W tym muzeum jest przegląd technik introligatorskich z całego świata. Uwielbiam to miejsce, ładuję tam akumulatory, łapię inspirację. Kiedyś dziwiłem się skąd bierze się tyle pomysłów, jak się je znajduje. Jan mówił, że zrozumiem to za kilka lat. I rzeczywiście. Teraz budzę się, patrzę jak wygląda świat i coś mi się koduje, potem to łączę; pomysł z wczoraj może pasować do innego i tak to powstaje.

Wpadł mi do głowy pomysł, że wykorzystując moje skromne kontakty, też mogę zrobić taki zbiór i wystawę opraw. Zaczęło się od Zigora. Jemu spodobała się moja oprawa, ale nie chciałem jej sprzedać. Mnie spodobała się inna i postanowiliśmy się po prostu wymienić. Każdy z nas zrobił te oprawy raz jeszcze, żeby nie pozbywać się tych pierwszych. I tak to się zaczęło:

Teo jest z Portugalii...

Ale z pochodzenia jest Rumunką. Studiowała na jakiejś artystycznej uczelni w Bukareszcie, jej rodzice są malarzami. Ona sama specjalizuje się w tzw. vintage style. Wszystkie oprawy wykonuje w tym stylu, ręcznie dekoruje, spójrz na te mosiężne okucia. Zawsze mi powtarzała że jest „baby bookbinder”, że robi błędy, że jest na początku swojej drogi. I rzeczywiście mógłbym się gdzieś przyczepić, ale jej oprawy są bardzo ciekawe.

Lena ze Szwecji...

Wykonałem dla niej oprawę książki Bruno Schulza w technice wykorzystującej pergamin. Moja oprawa już do niej dotarła, ale ona właśnie się przeprowadza i ma problemy organizacyjne. Nadal czekam na jej oprawę. A ten mój pergamin z Czech to mercedes wśród materiałów introligatorskich. Natomiast jeżeli chodzi o skóry, to najczęściej używam tych również z czeskich garbarni. Są drogie jak na polskie realia, ale za to świetnej jakości. Najlepsze jak zwykle można kupić w krajach europy zachodniej, ale tutaj cena jest już bardzo wysoka...

Zigor z Hiszpanii...

I jego technika też jest czysto hiszpańska. Nazywa się techniką transferową. Dodatkowym pomysłem w jego oprawie są skrzydełka dorabiane do bloku książkowego, żeby się to lepiej otwierało i czytało. Od niego znam technikę stub binding - długo próbowałem się dowiedzieć co to w ogóle jest. Wysyłałem listy z opisem tej techniki po angielsku do znajomego , ale nie potrafił tego przetłumaczyć, tak specjalistyczne było słownictwo. Przeszukując internet trafiłem na Zigora. Super gość, niesamowicie przyjacielski. Robił zdjęcia telefonem komórkowym przy swojej pracy, krok po kroku i mi wysyłał; kilkadziesiąt zdjęć.

Nie zapytam już Jacka czy jest artystą, bo pewna naturalna skromność i pokora nie pozwolą mu odpowiedzieć wprost. Pytam więc inaczej, gryzę to od innej strony. Jacku, co myślisz o swoich pracach? Gdybyś ich chociaż trochę nie podziwiał, nie byłoby w tym sensu.

Jest taka zasada, że jesteś dobrym introligatorem i potrafisz zaprojektować to co będziesz robił, albo po prostu dobrym introligatorem i zawsze będziesz potrzebował pomocy; ten drugi typ współpracuje najczęściej z grafikiem, artystą, kimś, kto ma inne spojrzenie. Ja do tego podchodzę tak: Co roku biorę udział w spotkaniach czeskiej organizacji. Bo u nich to jest tak, że dostajesz tytuł mistrzowski, ale równie dobrze mogą ci go odebrać. On cię obliguje do tego, żebyś brał udział w każdej wystawie tej organizacji. Mogę się wymigać raz czy dwa, ale już będę na cenzurze. A ja mam takie tytuły dwa: za artystyczną oprawę książek oraz ręczną oprawę książek, chociaż ja bym to wszystko wrzucił do jednego koszyka, ale tak to sobie tam wymyślili.

Ktoś mi kiedyś powiedział: „Panie Tylkowski, te oprawy co pan robisz to będą popularne, ale może za 20 lat”. To jeszcze nie ten klimat. U nas najbardziej popularne są zwięzy na grzbiecie, podkreślone złotą linią, czyli taka stylizacja która dominowała w XIX/XX wieku. W porównaniu z Zachodem, jeżeli chodzi o projekty... to jest przepaść. To nie tak że u nich jest wszystko super a u nas nie, ale różnica naprawdę ogromna. Tam mało kto już tak oprawia. I ja patrzę na ten zachód i widzę jak wiele mi brakuje. Każdego roku mam nadzieję ze już trochę się do tego poziomu zbliżyłem, a oni wszyscy przecież też się rozwijają. Przy pierwszej lepszej witrynie z ich pracami myślę „kurcze, znowu mi uciekli”. Lepiej być dla siebie krytycznym, cały czas gonię króliczka. Wielu osobom podoba się mój styl oprawiania książek, ale ci którzy mnie tak oceniają widzieli mniej niż ja, tak myślę. W porównaniu z tą czołówką światową... nad moimi oprawami nikt by się nie rozczulał.

Ale ja robię swoje, dalej będę robił. Lubię swoją pracę, bardzo mnie uspokaja. A poza tym, jak się robi to, co się lubi, to się nie pracuje. Sam się na tym łapię. Mam w domu taką małą pracownię. Aldona schodzi czasem w środku nocy, mówi „Przestań, skończ z tymi książkami”. A ja jeszcze tylko chwilę, jeszcze tylko skończę to, czy tamto. Jestem ciekawy jak to będzie wyglądało... nie sprawdzam czasu, nie pilnuję się. Zamiast iść na spacer, albo spędzić z rodziną trochę czasu, dłubię te swoje książki. No, to taką historię wam opowiedziałem.

Polecamy także pierwszą rozmowę z Jackiem Tylkowskim.