Jak polska reprezentacja w piłkę nie grała

Obrazek użytkownika Filip Krause
26.06.2018

To nie będzie tekst głęboko analityczny. Nie będzie też w nim wywodów potwierdzających ten czy inny punkt widzenia na temat narodowej piłki kopanej. Te kilka poniższych zdań to jedynie chęć wyrażenia tego, co siedzi gdzieś głęboko i szuka ujścia.

Dmitry Sadovnikov - soccer.ru (CC BY-SA 3.0)

Reprezentacja Polski w piłce nożnej pod trenerskim okiem Adama Nawałki, to zjawisko, którego doświadczałem z nieukrywanym zadowoleniem. Jako ojciec pięciolatka poznającego świat, patrzyłem jak w jego oczach budzi się podziw i szacunek. Robert Lewandowski został jednym z jego pierwszych idoli obok Marshalla, dalmatyńczyka-strażaka z Psiego Patrolu oraz Batmana, tego właśnie Batmana. Pierwsze zajęcia piłkarskie w przedszkolu i zabawa z kolegami musiały być dla niego urzeczywistnieniem tej heroicznej opowieści, podsycanej przecież na tysiące sposobów. Poza reklamami, figurkami i naklejkami była przecież i gra w piłkę; dobra gra w piłkę. Zaczęliśmy się przyzwyczajać do tego, że nasza drużyna wygrywa i to miało być już pewnikiem.

Jak nie kibicujemy?

Nadeszły mistrzostwa i przerwały tę bajkę. Zamieniliśmy „wygrywamy” na „przegrywają” i pochowaliśmy szaliki i koszulki. Uogólniam, bo tego wymaga ten tekst, ale niestety więcej dało się słyszeć bluzgów i przyrzeczeń, że „trzeciego meczu już nie oglądam”, niż dopingu, jaki sobie wyobrażaliśmy jeszcze tydzień wcześniej. Ogromny zawód nie wynika wcale z nadmiernie nadmuchanego balonika (przecież chcieliśmy go dmuchać, bo na tym polega wielkie kibicowanie). Frustracja pojawiła się, bo kolejny raz potwierdziła się żartobliwa prawda o konieczności poniesienia klęski w najważniejszym momencie.

Jak nie wygrywamy?

Polska drużyna jest jedną z najgorszych na obecnym mundialu. Nie tylko przez statystyki i miejsce w tabeli. Zawiedzeni kibice życzyliby sobie, aby porażkę można osłodzić dumą, jaką czuć mogą choćby Marokańczycy, czy Irańczycy. Prawdziwą radość na biało-czerwonych trybunach wywołałby widok drużyny, która zgodnie z wielomiesięcznymi obietnicami i zaliczką nadziei z mistrzostw Europy pokazałaby, że odpadnięcie z grupy to przypadek, nieszczęśliwy zbieg okoliczności i że w sumie brakowało niewiele. Nasza drużyna pokazała, że brakowało wiele, przez cały czas.

Dlaczego Lewandowski nie może strzelać bramek?

Trener przekonuje, że postawa zawodników w dwóch pierwszych meczach była bardzo dobra, a kapitan drużyny wyjaśnia, że nie wytrenowano go tak, by sam mijał przeciwników i strzelał gole; że żyje z asyst i nie miał okazji do wykorzystania dobrych okazji. Nie podejmę się wchodzenia z panami w polemikę. Są pewne niemiłe myśli, które nasuwają się nawet najbardziej zatwardziałym kibicom. Jest też zapewne wielu takich, którzy potraktują takie wyjaśnienia jako dowód bolesnej ale jednak prawdy. Oznaczałoby to niestety, że bardzo dobra postawa w takim wykonaniu to o wiele za mało na aspirowanie do grupy tych najlepszych reprezentacji, a przekonanie o swojej wartości pana Roberta, idola dużych i małych, nie pozwoli na dalszy rozwój, co kłóci się z nadziejami.

Dlaczego nie zagraliśmy meczu o honor?

We wczorajszym meczu pobity został niechlubny rekord najmniejszego dystansu, który przebiegła cała drużyna. Polscy zawodnicy pokonali łącznie 80 km, a o wynik ten "starali się" głównie w ostatnich 10 minutach meczu. O ile jestem zrozumieć (choć niechętnie) drużynę Japonii, dla której wynik był wystarczający do awansu z grupy, brak jakiejkolwiek próby podjęcia gry spowodowała jedynie niesmak. Udało się zaserwować widzom najbrzydszy mecz na mundialu, w którym Japonii wystarcza jednobramkowa przegrana, a Polska broni tego wyniku nie angażując się w grę. Niech całość podsumowana zostanie sytuacją z ostatnich sekund meczu, kiedy niemoc jest tak duża, że Kamil Grosicki symuluje coś na granicy rażenia piorunem i ugryzienia przez jadowite zwierzę, aby móc na chwilę przerwać mecz.