Jak śmiać się dla kogoś?

Obrazek użytkownika katboc
13.02.2013

Zacznijmy ten wywiad tak: Dr nauk humanistycznych, tłumacz, wolontariusz ruchu doktorów klaunów, prelegent, podróżujący nauczyciel esperanto, autor rewelacyjnych książek, myślę że człowiek zajęty, bo aktywny ponad miarę. O kim mowa?  Przemysław Paweł Grzybowski. Intrygująca postać łącząca świat nauki i społecznego działania.  Inspiracją do tej rozmowy stała się ostania książka Przemysława Grzybowskiego "Doktor klaun! Terapia śmiechem, wolontariat, edukacja międzykulturowa", nagrodzona przez jury i internautów.

Fot. Ewa Kęsik

Katarzyna Bocheńska-Włostowska: Jest Pan człowiekiem pogodnym, prawda?

Przemysław Paweł Grzybowski: Pogodę ducha mam w genach po rodzicach. Ot, rodzinna tradycja, przyjemne obciążenie i zarazem sposób radzenia sobie z kolejami losu.

 

KBW.: W swojej książce, nie waha się Pan udowadniać, że śmiech ma ogromną siłę sprawczą, skąd to przekonanie?

PPG.: To rezultat wielu doświadczeń życiowych. Miałem wielkie szczęście spotykać na swej drodze ludzi, którzy w różnych okolicznościach zmagali się z trudnymi sytuacjami z uśmiechem. Śmiechem starali się pokrywać niepokój, smutek, cierpienie, wywołane rozmaitymi przyczynami. Śmiech mimo wszystko, nawet śmiech przez łzy to nie tylko odwieczne naturalne „lekarstwo” ludzkości na codzienne problemy, ale także opisany przez współczesnych badaczy niezbędny czynnik poprawy jakości życia. Podobnie jak słowo i miłość jest bezpłatny, oraz - co najważniejsze - mnoży się, gdy dzieli się go z innymi. To frazes, jednak bardzo trafny.

 

KBW.: Kiedy zaczynał Pan swoją przygodę jako wolontariusz ruchu doktorów klaunów Patcha Adamsa, czy było coś co Pana tak silnie poruszyło, że zostało do dzisiaj?

PPG.: Z pewnością nie wolontariusza, który by bardzo nie przeżywał spotkań z podopiecznymi. Dla mnie - podobnie jak dla wielu moich przyjaciół i znajomych doktorów klaunów, zawsze niezwykle poruszająca jest chwila, gdy początkowo nieśmiały, wystraszony lub bardzo źle się czujący podopieczny odpowiada spojrzeniem lub gestem na wezwanie doktora klauna i odtąd zaczyna się ich dialog. Takie chwile są niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju, głęboko osadzone w kulturze danego miejsca i często się je później wspomina, powraca do nich w dyskusjach, podczas warsztatów, wykładów itp.

 

KBW.: Pytałam o to, jak się Pan domyśla, nie bez powodu. Bycie doktorem klaunem to pozornie lekkie i przyjemne zadanie. Prawda jest chyba jednak inna…

PPG.: Każdy ma swoją prawdę i niepowtarzalne motywacje działania. Nie spotkałem jednak ani jednego doktora klauna, który by traktował to, co robi na zasadzie umartwiania się, czy swoistego masochizmu. Jeśli już ktoś decyduje się na wyjście z czerwonym nosem i uśmiechem do ludzi, którzy często są chorzy (w szpitalach), samotni (w domach starców), ubodzy (w dzielnicach nędzy), cierpiący z różnych przyczyn (w miejscach klęsk żywiołowych i katastrof humanitarnych), to nie oczekuje atrakcji jak w wesołym miasteczku, lecz liczy się z nawiązaniem niekiedy trudnych relacji z kimś zwykle widzianym pierwszy raz w życiu. Jeśli spotkanie jest jednorazowe, to zarówno dla podopiecznego, jak i doktora klauna stanowi akt wymiany w krótkim czasie potężnej dawki pozytywnej energii: radości życia, uśmiechów, śmiechu, kolorów, przyjaznych gestów itp. Kiedy jednak spotkania kontynuuje się regularnie - na przykład odwiedzając tych samych podopiecznych na oddziale onkologicznym lub w hospicjum, to prędzej czy później pojawia się magia bliskości, przyjaźni, miłości, wzajemnego poznawania i współdzielenia sobą. W takich chwilach często doświadcza się zwierzeń, które są dowodami zaufania. Wolontariusz staje się niejako członkiem rodziny podopiecznego i zaczyna brać udział w jego świecie. Wszystko to wiąże się ze świadomością, że oto skończyła się już tylko zabawa z balonikiem i pierdzącą poduszką, a zaczęło się uczestnictwo w codziennym życiu, które nie zawsze jest łatwe i przyjemne. Jednak bycie wolontariuszem, a zwłaszcza doktorem klaunem na siłę, z przymusu, nie miałoby sensu. Są więc osoby, którym to odpowiada i angażują się w taką działalność z przyjemnością. Są też i takie, które mają inny sposób na życie i własną pasję, która przez nas może być postrzegana jako trudna i nieprzyjemna. Wszystko zależy więc od punktu widzenia.

 

KBW.: Jakie cechy i postawy muszą charakteryzować tych, którzy chcą przemierzać korytarzami szpitalnymi i leczyć śmiechem?

PPG.: Przede wszystkim otwartość, poczucie humoru i spory dystans do rzeczywistości, który umożliwia spojrzenie na świat i ludzi niejako w krzywym zwierciadle. Niekiedy potrzeba też odrobiny radosnego szaleństwa i odwagi, by celem wywołania uśmiechu u podopiecznych przekroczyć granice lub złamać tabu (np. wyściskać serdecznie ordynatora, którego wszyscy się boją, albo pocałować w policzek policjantkę). Doktorzy klauni nie powinni być ponurzy i marudni, bo efektów takich cech ich podopieczni doświadczają na co dzień od innych i starają się ich unikać. Na ogół jednak wystarczy już sama chęć założenia klaunowych portek, czerwonego nosa i plecaka pełnego tajemnic, by w dobrym towarzystwie zespołu wolontariuszy brać udział w tej jedynej w swoim rodzaju przygodzie. Reszty można się z czasem nauczyć.

 

KBW.: Doktor klaun równa się chore dziecko, to chyba uproszczone widzenie…

PPG.: Oczywiście. To piękny stereotyp upowszechniony dzięki filmowi pt. „Patch Adams”, w którym jest kilka wzruszających scen z udziałem dzieci. Doktorzy klauni działają zwykle w większych grupach i niejako dzielą się środowiskami, w których pobyt najbardziej im odpowiada, ze względu na umiejętność nawiązania kontaktu z osobami w konkretnym wieku i kondycji. Jedni wolą masowe zabawy z dziećmi (np. w domu dziecka, przedszkolu lub szkole); inni lepiej czują się na szpitalnych korytarzach, gdzie spotyka się chorych, odwiedzających i personel w różnym wieku; jeszcze inni specjalizują się w pracy z mieszkańcami domów starców czy hospicjów, gdzie zwykle przebywają osoby u schyłku życia. Są też niesamowite zespoły „szybkiego reagowania”, w skład których wchodzą bardzo doświadczeni wolontariusze i profesjonaliści jeżdżący w rejony dotknięte nędzą, skutkami klęsk żywiołowych, wojen itp. W każdym z tych środowisk jest zapotrzebowanie na uśmiech i śmiech. Często o wiele bardziej potrzebują ich dorośli, niż dzieci. Oni bowiem na ogół zdają sobie sprawę z powagi sytuacji i zmagają się z różnymi „dorosłymi” problemami.

 

KBW: Na jakie trudności w Polsce i świecie najczęściej napotykają wolontariusze chcący śmiać się dla kogoś?

PPG.: Hmm, właściwie tu działa zasada „dla chcącego nic trudnego”. Jeśli tylko jest się odpowiednio przygotowanym do pracy w określonych warunkach, działa się w doświadczonym zespole i traktuje klaunowanie jako pasję, to ewentualne trudności (np. materialne, organizacyjne itp.) zwykle udaje się pokonać. W Polsce kłopotliwa bywa swoista niedojrzałość niektórych organizacji pozarządowych (zwłaszcza fundacji), które niekiedy nie chcą podejmować wspólnych działań tylko dlatego, że traktują działalność podobnych instytucji jako konkurencyjną. Moim zdaniem beznadziejne jest, gdy ktoś nie chce współuczestniczyć w realizacji jakiegoś przedsięwzięcia tylko dlatego, że mógłby przyczynić się do tego, iż „konkurencja” zyska przy okazji sponsora lub więcej środków z 1% podatku. To chyba taki przykry element polskiego piekiełka - w innych krajach nie spotkałem się z tego rodzaju dylematami. Na szczęście zdarzają się bardzo rzadko. No i jeszcze fatalna sprawa „wolontariatu na siłę” zafundowanego przez polityków uczniom szkół średnich, którzy chcąc mieć więcej punktów przy przyjęciu do szkół wyższego szczebla, muszą wykazać się aktywnością w pracy społecznej. Wskutek tego do grup wolontaryjnych zgłasza się masa dzieci i młodzieży (czasem robią to za nich rodzice!), którym zwykle zależy głównie na zaświadczeniu o udziale w wolontariacie, a nie na samych doświadczeniach życiowych. Stąd się bierze niesystematyczność, słomiany zapał i często kiepska opinia, jaka zostaje po takich wolontariuszach.

 

KBW.: A lekarze? Czy oni  widzą potrzebę takich działań? Bo często się mówi, że nie prawda?

PPG.: Tu Panią zaskoczę. Wbrew opiniom niektórych konserwatywnych przedstawicieli środowiska akademickiego i uzależnionych od nich studentów, w żadnym ze szpitali, w których pojawiali się doktorzy klauni nie spotkałem się z głosami krytyki, czy niechęcią. Owszem, niektórzy lekarze czy psycholodzy, za wszelką cenę starają się podważać naukowość wykorzystania śmiechu w terapii, bagatelizować jej efekty, wręcz wyśmiewać jako niepoważnych kolegów, którzy pozytywnie wypowiadają się o doktorach klaunach. Niemniej jednak większość lekarzy, pielęgniarek, terapeutów i innych pracowników, których spotykamy na oddziałach dla dzieci, w instytucjach paliatywnych, placówkach opiekuńczych itp., zwłaszcza tych obserwujących regularne odwiedziny doktorów klaunów zauważa, że wpływają one korzystnie na atmosferę i przyczyniają się do poprawy jakości życia przebywających tam osób - także personelu. Doskonale pamiętam, jak wiele lat temu zaczynaliśmy pracę wolontaryjną na jednym z oddziałów chirurgii dziecięcej. Na początku niektórzy patrzyli nieufnie na wolontariuszy, za bardzo nie wiedząc co wyniknie z ich wizyt. Jednak już po kilku miesiącach jeden z lekarzy powiedział coś, co dodało nam skrzydeł: „Przychodźcie częściej, bo gdy tu jesteście, to dzieciaki nam szybciej zdrowieją.” - To jest dla nas i dla wielu innych osób wystarczające uzasadnienie, by klaunować właśnie w takich miejscach. A jeśli komuś się to nie podoba - no cóż, nie ma nic na siłę. Wolontariusze nigdy się nie narzucają i zawsze można ich wyprosić z sali lub oddziału. Nawet na odchodnym na pewno zostawią tam uśmiech.

 

KBW.: Czy doktor klaun Przemysław Paweł Grzybowski  potrzebuje czasami innych klaunów, by uleczyć smutki, czy też wtedy ucieka do jakiejś samotni?

PPG.: Każdy człowiek potrzebuje czasem klauna, a innym razem samotni. Tu nie ma reguł. No i zawsze można zjeść dobrą czekoladę! (śmiech)

 

KBW.: Doktor klaun to człowiek bogaty duchem, otoczony przez życzliwych ludzi… stereotyp czy prawda?

PPG.: Stereotyp. Doktorzy klauni to zwyczajni, najzwyczajniejsi ludzie z pasją. Niektórzy klaunują z wielkim poświęceniem gromadząc życiowe doświadczenia - inni po prostu świetnie się bawią; a są też i tacy, którzy stają się wolontariuszami z czerwonymi nosami, bo to dla nich wyzwanie (np. zmaganie z własną nieśmiałością). Mają lepsze i gorsze dni. Każdy doktor klaun ma jedyną w swoim rodzaju, niepowtarzalną opowieść o sobie, swoim życiu, działaniu, napotkanych ludziach. Jednak podobne opowieści mają też inni pasjonaci: filateliści, wędkarze, miłośnicy gier komputerowych itp. Doktorów klaunów zwykle charakteryzuje może odrobinę wybujała fantazja, zamiłowanie do (u)śmiechu oraz otwartość w podejściu do ludzi i cierpienia. Zapewniam jednak, że nie są to cechy wyjątkowe, a życzliwości z jaką się spotykają, doświadcza wiele osób w rozmaitych okolicznościach. Ot, na przykład strażacy! No, ale oni nie noszą czerwonych nosów na gumce...

 

KBW. Urzekła mnie zamieszczona w Pana książce modlitwa klauna, jak to idzie? „Panie: Jestem śmieciem, ale kocham Cię…”

PPG.: Zaiste, piękny tekst. Zawiera niezwykły wątek więzi sacrum i profanum, której fundamentem jest miłość. Patch Adams zawsze powtarza, że jest rewolucjonistą miłości. Obecnie zwłaszcza w nauce to kategoria pojęciowa trudna do określenia i operacjonalizacji, zaś media sprowadziły ją do poziomu wyświechtanego tematu brukowca. Gdyby jednak spojrzeć z dystansu, bez pozytywistycznego „szkiełka i oka” na kontakty międzyludzkie, to można by dojść do wniosku, że ani pedagogika, ani medycyna nie istniałyby właśnie bez miłości, która jest pierwotnym źródłem troski o drugiego człowieka, zainteresowania jego dobrym samopoczuciem i rozwojem. Wspaniale jest więc, że doktor klaun (jak każdy inny wolontariusz) ma prawo powiedzieć i okazać swemu podopiecznemu, że go kocha - i zrobi to bez skrępowania, które tak często ogranicza lekarzy, czy nauczycieli.

 

KBW.: A więc klaun kocha bezgranicznie, bezinteresownie… i…

PPG.: ... i na dodatek sprawia to przyjemność zarówno jemu, jak i jego podopiecznym. To chyba bardzo dobre połączenie przyjemnego z pożytecznym - a jeśli przy okazji można jeszcze dobrze się bawić i mimo siwych włosów (tak tak, mamy sporo doktorów klaunów seniorów!) bywać radosnym dzieckiem w doborowym towarzystwie, to już po prostu szczyt samorealizacji. Naprawdę warto spróbować.