Kabaret Hrabi: "Trochę jesteśmy wampirami"

22.03.2013

Kabaret Hrabi - najczęściej są chwaleni za świetny kontakt z publicznością, bezpośredniość i oryginalność. Widowni dają ogromną dawkę pozytywnej energii. A co sami z tego mają? Jak sobie radzą w gorsze dni i dlaczego wolą tworzyć własny świat niż komentować rzeczywistość lub politykę?

Kabaret Hrabi
  • Joanna Kołaczkowska, Kabaret Hrabi
  • Dariusz Kamys "Kamol", Kabaret Hrabi
  • Tomasz Majer "Bajer", Kabaret Hrabi
  • Łukasz Pietsch "Lopez", Kabaret Hrabi

Bartłomiej Swojak: „Co jest śmieszne?” (program, przy okazji którego się spotykamy – red.) to nie jest nowy program. Widzowie, którzy oglądają go na żywo mogą traktować to jako nowość, ale dla was jest to coś, co się powtarza. Jak sobie z tym radzicie? Czy to nie jest dla was nudne?

Joanna Kołaczkowska: Nieee… Sama się zastanawiam i sama się temu dziwię. Całe moje życie kabaretowe, czas kiedy jestem w kabarecie i moje doświadczenie powinno temu przeczyć, a ja się wciąż dziwię, że da się tak grać, za każdym razem, żeby było w nas poczucie, że gramy to po raz pierwszy. Mimo tego, że gramy coś ponad sto razy, każdy występ jest inny. Inna jest widownia, zmieniają się okoliczności…

Łukasz Pietsch: W innych miejscach reaguje widownia, tu mocniej, tam słabiej…

Joanna Kołaczkowska: To są też rzeczy, które czasami zrobimy lepiej, a czasami gorzej. Jeżeli zrobimy lepiej, to nagle jest reakcja, jesteśmy zaskoczeni: „A więc tu może być śmieszniej, czyli do tej pory robiłam błąd”. Muszę się przypilnować: jeżeli zrobię coś tak, a nie inaczej, nie zmienię szyku zdania albo nie powiem tego z taką intonacją lub nie zrobię tutaj pauzy, to… ten żart nie wejdzie. To są nawet takie szczegóły. A czasami jest tak, że zrobimy coś nagle gorzej i jakiś żart nie idzie. W związku z tym, każdy spektakl jest inny. Jest dzień inny, jest inna aura, inna pogoda, inaczej się czujemy, towarzyszą nam inne okoliczności. Widownia nigdy nie jest taka sama, nawet jeśli jesteśmy w tym samym miejscu, w tym samym mieście.

To znaczy, że gdy przygotowujecie wcześniej tekst i zakładacie, że w danym miejscu będzie śmiesznie – weryfikuje to dopiero rzeczywistość?

Łukasz Pietsch: Śmieszne przeważnie jest, tylko jedna publiczność zaśmieje się intensywniej, druga troszkę mniej. A powody mogą być różne, na przykład, jak Aśka mówiła, zrobimy to gorzej tego dnia akurat.

Joanna Kołaczkowska: Tak, gorzej dykcyjnie, coś niewyraźnie wypowiemy…

Łukasz Pietsch: Albo zdarzy się za długa pauza… albo za krótka…

Joanna Kołaczkowska: I wtedy ten żart nie wchodzi. My na bieżąco reagujemy, już wiemy następnym razem: „Aśka, przypilnuj tego momentu, żeby to się nie powtórzyło”. I między sobą to rozważamy, także nigdy nie jest tak samo. Za każdym razem gdy jest reakcja, to nas cieszy: „A więc potwierdza się, ten fragment jest dobry, tak trzymajmy, tu róbmy to zawsze tak, a nie inaczej”.  To jest tak podniecające i tak ekscytujące, że nie ma możliwości, żeby nam się to znudziło.

Oczywiście, nie jesteśmy w stanie powiedzieć co by było gdybyśmy grali program pięć lat. Nie wiem, nie mamy takiego doświadczenia, bo jeszcze żadnego programu nie graliśmy tak długo. Robienie programu co rok nas tak odświeża, że jeszcze czujemy miłość, taką świeżą, do programu. W związku z tym, nie ma mowy żeby była nuda.

Czyli na okrągło możecie odkrywać na nowo to, co robicie?

Łukasz Pietsch: Mamy o tyle łatwiej, że gramy więcej niż jeden program w trasach. Jest zmiana, dzisiaj gramy „Co jest śmieszne?”, następnym razem „Gdy powiesz tak”, potem znowu…

Joanna Kołaczkowska: Gramy również program pt. „Pienia i Jęki – Hrabiego piosenki”, mamy duży płodozmian…

Łukasz Pietsch: To też nam pomaga zachować świeżość.

A zdarza się wam gorszy dzień, kiedy nie chce wam się tego robić, nie chce się wyjść na scenę? Jaka jest na to recepta?

Joanna Kołaczkowska: Zdarza się, ale przed. Czujemy coś takiego czasami przed spektaklem. Ja zawsze tak narzekam:  „Nie chce mi się, nie chce…”. Ale nie! Wybija ta sekunda kiedy wchodzimy na scenę i nie ma takiej sytuacji, żeby ktoś z nas nie oddał stu procent energii.

Wszystko złe znika, gdy wchodzicie na scenę?

Joanna Kołaczkowska: Oczywiście. Choroby, wszelkie problemy, smutki. Pamiętam, występowaliśmy w sytuacji gdy poszczególne osoby z naszego zespołu przeżywały silne stresy, duże problemy osobiste czy zawodowe i… nie miało to żadnego znaczenia. To się nie przekłada nigdy na jakość spektaklu.

Dariusz Kamys (dopiero wszedł i dołącza do rozmowy): Nie zgadzam się z tym. A o czym mówicie?

O tym co wami powoduje i co się w was zmienia gdy wychodzicie na scenę i mimo, że macie gorszy dzień – chcecie wystąpić.

Dariusz Kamys: Jest kilka takich rzeczy. Adrenalina, wiadomo, bo przed każdym występem ona się wydziela. Nawet kilka razy udało nam się grać będąc chorymi, nawet poważnie. Raz graliśmy gdy w trójkę mieliśmy koło czterdziestu stopni. 

Joanna Kołaczkowska: Tak, w Sławie.

Dariusz Kamys: I dla widowni to nie miało znaczenia. Oni, podejrzewam, nawet nie widzieli, że byliśmy chorzy. Po prostu wyszliśmy i zrobiliśmy swoje. Ale to jest tak, że jak pojawia się adrenalina, jak się człowiek spina, to w tym momencie gdy się wychodzi na scenę, nawet katar może przejść. I później wrócić.

Joanna Kołaczkowska: Niestety, nie jest w stanie przejść choroba krtani. Ostatnio Bajer przez całą trasę miał bardzo chore gardło i nie mógł śpiewać. No to recytował te piosenki.

Łukasz Pietsch: Albo był playback…

Dariusz Kamys: Złamania otwarte też się nie zrastają.

Żart czy to się wam zdarzyło?

Dariusz Kamys: Nie, nie, nie… Poza tym, jest jeszcze jedna rzecz. To jest duży szacunek do widowni. My bardzo lubimy swoją widownię, szanujemy i bardzo ją cenimy. To też dodatkowo nas motywuje do występu.

Joanna Kołaczkowska: Ale kabaretu nie da się robić tak, żeby grać na pół gwizdka, bo to nie będzie dobry kabaret. Jeżeli zagramy na pół gwizdka, to również od widowni dostaniemy pół gwizdka.

Dariusz Kamys: I to nie będzie tak, że razem da to cały gwizdek.

Joanna Kołaczkowska: Tak, to się nie sklei w cały gwizdek. To się sklei wyłącznie w pół gwizdka, a nawet jeszcze się po występie obniży i będzie z tego ćwierć gwizdka. Ludzie będą narzekać, że widać było po nas albo „A… olewali…”.

Dariusz Kamys: „Nie chciało im się”.

Joanna Kołaczkowska: To jest coś, czego widownia najbardziej nie lubi.

Dariusz Kamys: Tak, lekceważenie.

A gdybyście mieli coś powiedzieć ludziom, którzy chcą stworzyć kabaret? To nie jest tylko zawód, to coś większego?

Joanna Kołaczkowska: Powiem nawet, że czujemy taką, nie za dużą, nie za bardzo głęboką, ale jednak misję. Misję artystycznego podejścia do tego, co robimy. Jest to poczucie artyzmu, to nie jest tylko zarabianie. Chcemy zrobić coś na bardzo wysokim poziomie, bardzo dobrze. A bardzo dobrze to według nas, z zawodowego punktu widzenia, rozśmieszyć, ale też wzbudzić podziw, nawiązać kontakt. Dać energię i ją odebrać. Co tu dużo gadać – trochę jesteśmy wampirami.

Dariusz Kamys: Przede wszystkim traktujemy kabaret jako sztukę. Chcemy uprawiać sztukę i tylko to nas interesuje. Dla nas jest to forma kreacji artystycznej. Nie interesuje nas wyłącznie robienie dobrego rzemiosła i traktowanie tego wyłącznie jako sposobu na zarabianie pieniędzy. 

Joanna Kołaczkowska: Krótko mówiąc, moglibyśmy zrobić dużo mniej ciekawie, dużo mniej śmiesznie, a zarobilibyśmy tyle samo.

Dariusz Kamys: A może i więcej…

No właśnie, od wielu kabaretów odróżnia was poziom artyzmu. Nie łapiecie każdej okazji, nie pojawiacie się też najczęściej w telewizji. W jaki sposób selekcjonujecie to, gdzie się pojawiacie?

Dariusz Kamys: Tak, przede wszystkim najbardziej lubimy kontakt bezpośredni, czyli koncerty. Natomiast telewizję traktujemy jako środek do osiągnięcia pewnych celów. Uważając, że tworzymy sztukę, traktujemy telewizję jako okazję do pokazania naszej sztuki ludziom, którzy być może nas nie widzieli, a którzy mogą nas odkryć. Oglądając telewizję zobaczą: „o, to mi się podoba, na nich pójdę”. I dlatego nie interesuje nas bycie w telewizji dla samego bycia w telewizji, dla popularności czy dla zostania celebrytą. To nas nie interesuje. Jesteśmy normalnymi ludźmi i nie tęsknimy do takich fajerwerków.

Joanna Kołaczkowska: My, jako kabaret, jesteśmy zbyt wrażliwi na to, żeby romansować z telewizją albo romansować z tak zwanym show biznesem. Jesteśmy zbyt wrażliwi, żeby robić cokolwiek na pół gwizdka, bo to by nam zrobiło krzywdę. Staramy się tak postępować z telewizją, czy w ogóle z mediami, żeby też nam nie zrobiły krzywdy, bo my byśmy tego nie przeżyli.

Stąd też pilnowanie żeby nie filmować występów? Żeby nie trafiły do Internetu nagrania słabej jakości?

Joanna Kołaczkowska: Tak, ale to i tak się zdarza. Ostatnio graliśmy w Krakowie program „Gdy powiesz tak”, facet nagrał całą piosenkę i wrzucił ją do sieci. Poprosiliśmy żeby ją zdjął z YouTube’a. Jeszcze tego nie zrobił, ale mam nadzieję, że może w tym momencie się zreflektuje i zrozumie. Zdecydowanych środków jeszcze nie użyłam wobec niego, ale czekam na jego dobre zachowanie.

Dariusz Kamys: Ale Grisza i Iwan czekają…

A propos słabej jakości… „Syf i Malaria” to wasz program, który nie nadaje się do pokazania osobie, która was nie zna.

Joanna Kołaczkowska: To właściwie powinno być zakazane.

Dariusz Kamys: Ten program musi być poparty pewnym przygotowaniem.

Łukasz Pietsch: I pewną wiedzą na nasz temat. 

Dariusz Kamys: Widz musi wiedzieć, że Kabaret Hrabi jest kabaretem, który starannie przygotowuje spektakle, w którym takie rzeczy nie dzieją się z natury. Oglądając „Syf i Malarię” powinien wiedzieć, że to efekt artystyczny, zamierzony. To jest wyreżyserowane i tak ma być. I widz ma się tym bawić. Natomiast jeżeli on w to uwierzy, że to się faktycznie sypie, to nie ma zabawy.

Joanna Kołaczkowska: Pomyśli wtedy, że to banda amatorów, banda cieniasów. 

Dariusz Kamys: Albo się wkurzy, albo będzie przez cały występ zmartwiony: „Boże, jak im nie idzie”.

Martwi się o was?

Joanna Kołaczkowska: Tak, mieliśmy takie sytuacje. Graliśmy „Syf i Malarię” i choć byli ludzie, którzy nas znali, to jednak komentowali, że nam nie idzie.

Przyznaję szczerze, że gdy widziałem ten program na żywo, i gdy wszedł wasz menedżer jako pracownik techniczny, który naprawia scenę akurat w czasie występu, najciekawsze były komentarze publiczności. Ludzie mieli z tym spory problem.

Joanna Kołaczkowska: Ale to właściwie dobrze, że uwierzyli, bo o to nam chodziło. Chcieliśmy by uwierzyli, że facet naprawdę przerwał występ.

Dariusz Kamys: Żeby cały czas nie byli pewni czy to się dzieje naprawdę, czy to jest wyreżyserowane, czy faktycznie „coś im się zesrało”.

Joanna Kołaczkowska: O taką niepewność też nam chodziło.

A teraz, chyba najważniejsze pytanie: odcinacie się zupełnie od tematów bieżących, od polityki. To jest podstawowe założenie i to się nigdy nie zmieni?

Joanna Kołaczkowska: Wiadomo, że nigdy nie można mówić nigdy, ale nie sądzę.

Dariusz Kamys: Jakoś żyjemy sobie dobrze ze świadomością, że nie musimy takich rzeczy robić. Chyba nawet nie potrafimy takich rzeczy robić… Nigdy nie próbowaliśmy.

Joanna Kołaczkowska: Nie wyobrażam sobie, że robimy skecz gdzie nagle podejmujemy obecny temat, na przykład spotkania niezadowolonych czy… Duda… albo o Palikocie. Mi by to przez usta nie przeszło.

Łukasz Pietsch: Przede wszystkim takie tematy, pomijając sam smak, szybko się dezaktualizują. I co nam po programie, który za pół roku ktoś zobaczy…

Tomasz Majer: Jakie pół roku? Za miesiąc…

Łukasz Pietsch: Zmieni się kontekst polityczny i widz nie będzie wiedział o co chodzi, „jaki Palikot”?

Dariusz Kamys: A nasze programy…  gdybyśmy na przykład zagrali teraz „Terapię”… każdy z naszych programów spokojnie może być w każdej chwili odkurzony, zagrany i będzie wciąż aktualny.

Joanna Kołaczkowska: Myślę, że nie dotykając rzeczywistości, zapewniamy sobie trochę poetyckości. Trochę się nam wtedy poezji wkrada. Tak samo – piszę bloga i bardzo mi zależy, żeby nie pisać o sobie, o swoim dniu albo co przeżyłam, tylko kreuję i wymyślam. Dla mnie to jest poezja i o coś takiego również nam chodzi w kabarecie.

Dariusz Kamys: Po co mamy omawiać rzeczywistość, która istnieje, jak ciekawsze i fajniejsze jest kreowanie własnej?

Czyli ważne jest dla was tworzenie własnego świata?

Dariusz Kamys: Tworzymy pewien świat i zapraszamy do tego świata innych ludzi. A dlaczego ludzie przychodzą na kabaret? Myślę, że po to, żeby odpocząć. Od świata polityki, który nie jest światem ciekawym ani fajnym. A na pewno nie jest światem śmiesznym.

Joanna Kołaczkowska: Bardzo ważną zasadą jest różnorodność. Są zespoły, które podejmują tematy bieżące, ważne, ważkie… 

Łukasz Pietsch: I niech sobie podejmują.

Dariusz Kamys: Nie mówi się „ważkie” tylko „ważkę”.

Joanna Kołaczkowska:  My jesteśmy tacy. My nie będziemy posiadać wszystkich cech wszystkich zespołów, kabaretów albo wszystkich aktorów. Jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Owszem, będziemy się rozwijać we własnych kierunkach, ale raczej nazwałabym to taką kulą, wokół której my się obudowujemy, ale jednak w swój własny świat.

Dariusz Kamys: Nie wystrzelimy nagle w jakimś kierunku, daleko, hen.

Joanna Kołaczkowska: Tworzymy taką swoją planetę i raczej nie połączymy się z żadną inną. Tacy jesteśmy i tacy możemy być.

Dariusz Kamys: I tacy umrzemy! Tak napisz.

Tak, podkreślę to.

Dariusz Kamys: Z wykrzyknikami!

Joanna Kołaczkowska: Może się rozwiniemy, zmienimy, ale jednak, myślę, cały czas w ramach jednej kuli, jednej planety.

Czy właśnie dzięki temu nie macie zbyt wielu „hejterów”? Jakie zdarzają się negatywne reakcje?

Joanna Kołaczkowska: Nie spotkałam, zdarzyło się nam ostatnio tylko delikatnie…

Dariusz Kamys: Nie no, są, tylko najczęściej jest tak, że ci, którym się nie podoba najczęściej nie przychodzą i nie mówią o tym. Po występie zazwyczaj przychodzą ci, którym się podoba, którzy chcą pogratulować, porozmawiać. 

Joanna Kołaczkowska: A w necie, w necie mogłoby to być, ale… nie zauważyłam jakoś szczególnie. Jeżeli czytałam, to były to opinie na zasadzie „a mi się nie podobają”, „a ja ich jakoś nie kupuję”.

Łukasz Pietsch: Albo na przykład: „Ten program mi się najmniej podobał”, „Były lepsze”. I w tym stylu.

Dariusz Kamys: Ale nie było niczego z taką skrajną niechęcią.

Joanna Kołaczkowska: No i dobrze, że tak jest.

Dariusz Kamys: Ale były też: „ten skecz o Chińczyku mają świetny”.

No właśnie - często zdarzają się takie sytuacje? Gdy ktoś mówi „O, znam ten kabaret”, a tak naprawdę myli was z kimś zupełnie innym?

Joanna Kołaczkowska: Rzadko, rzadko.

Dariusz Kamys: W „Potemach” kiedyś tak było. Pamiętam, jak szliśmy z „Potemami” i przechodził taki łysy kark w dresie i mówi „O, Otto!”.

A czy to nie efekt waszego skeczu?

Joanna Kołaczkowska: Nie, to skecz był efektem. Po naszych doświadczeniach w Kabarecie Potem, gdy nas ludzie mylili, ktoś kiedyś powiedział „Ja wolę Otto”.  I to był autentyczny tekst.

Dariusz Kamys: Tak, cały skecz był złożony z autentycznych tekstów.

Joanna Kołaczkowska: „Kabarety nieroby” to również był autentyk. Powiedziała to taka babcia, starsza pani.

Byłem przekonany, że to wasza twórczość.

Joanna Kołaczkowska: Nie, to zdarzyło się w życiu, a my to przejęliśmy do skeczu.

Na koniec: czego życzy się kabareciarzom?

Joanna Kołaczkowska: Kontynuacji pasji i żebyśmy zawsze byli świeży.

Łukasz Pietsch: I pomysłów.

Dariusz Kamys: Jak będziesz życzył, żeby pasja nie wygasła, to pod tym hasłem wszystko się zmieści.

Joanna Kołaczkowska: No i zdrowia, żebyśmy byli zdrowi. Bo wiesz, możemy mieć furę pasji, a bez zdrowia… ciężko.

Dariusz Kamys: Tak, zdrowia, to jednak dwie rzeczy… I pieniędzy, to już trzy.

Zatem życzę wam tej pasji…

Dariusz Kamys: Zdrowej pasji!