Kawiarnia na kołach

30.08.2012

Z nieba leje się żar, chociaż pochmurny poranek nie zapowiadał takiej pogody. Przedzieram się przez rozryte remontami miasto; potrzebuję kawy. Zbliża się godzina 16, nie chcę się spóźnić na spotkanie, zawszę szanuję czas swój i rozmówcy, tak bardzo go czasem brakuje.

Mobilną kawiarnię dostrzegam już z daleka, jest bardzo charakterystyczna. Pod poznańskim Zamkiem Cesarskim prezentuje się niezwykle ciekawie. Jestem pewien, że każdy przechodzeń rzuca ciekawskie spojrzenia.

Słońce operuje coraz złośliwiej, próbuję ukryć się chociaż na chwilę w cieniu kawiarni. Bez mrożonej kawy nie zacznę sensownej rozmowy. Zamawiam taką z orzechowym syropem, jest wyśmienita. Już wiem, że było warto tu przyjść, a kiedy pojawia się Pan Marcin, tylko się w tym upewniam, to niezwykle sympatyczny człowiek. Siadamy w cieniu pobliskiego parku, chcę się dowiedzieć jak najwięcej o Bike Cafe. Wiem, że kawiarnia na rowerze była stworzona rękoma Pana Marcina – to godne podziwu.

Wiem, że to banalne pytanie i słyszy je Pan często, ale jak zaczęła się ta cała historia?
Zaczęło się rok temu, kiedy byłem na wakacjach w Kopenhadze. Zauważyłem człowieka, który sprzedawał kawę na ulicy. To był wózek, a nie rower. Stałem tam długo, nawet 20 minut, ale kawa była fantastyczna. Zacząłem się zastanawiać: dlaczego tego nie ma w Polsce, dlaczego tego nie ma w Poznaniu?! Już wracając do domu, wiedziałem co trzeba zrobić. Postanowiłem połączyć dwie fantastyczne kultury: rowerową, oraz kawową, które bardzo szybko się w Polsce rozwijają.

Miał Pan wcześniej do czynienia z kawą, z kawiarnią?
Pracowałem w kawiarni, ale dopiero gdy zacząłem pracować nad tym projektem, zagłębiałem się w całą sztukę parzenia kawy, bo okazało się, ze jest to ogromna sztuka. Nie wystarczy mieć ekspres, młynek i kawę. W to trzeba włożyć dużo pracy, umiejętności i serca. Piłem kawę, ale tak naprawdę poznałem ją dopiero teraz.

A pomysł żeby połączyć kawę z rowerem?
To przypadek, zupełny przypadek. Wiedziałem, że nie ma to być zwyczajna kawiarnia w jednym miejscu, że musi być mobilna. A czy jest coś bardziej mobilnego niż rower? Po powrocie zacząłem szukać, kombinować, rozglądać się, pomysł dojrzewał w Poznaniu.

A co z samą kawą? Co jest w niej takiego wyjątkowego?
To kawa Mundo Novo z hiszpańskiej palarni Dibar, stuprocentowa arabica. Jest wyjątkowa, jesteśmy ekologiczną rowerową kawiarnią, a ta kawa ma certyfikat ekologicznego rolnictwa nadawany przez Komisję Europejską.

Mamy więc rower, mamy kawę…
Jest też ekspres. Nie jest to typowy ekspres jaki możemy znaleźć w każdej kawiarni. To klasyczny ekspres ciśnieniowy, który posiada dźwignie, nie ma w sobie praktycznie w ogóle elektroniki; nie ma żadnego przycisku, a o wszystkim decyduje barista. Ten ekspres robi sporą różnicę.

Jest i ekologia.
Nasze kubki są robione z papieru, mamy tekturki, mieszadełka są drewniane.

Idzie Pan więc na pewne ustępstwa: kubek zamiast filiżanki, mobilność zamiast stałego miejsca.
To działa. Kubki są nowoczesne, bo papierowe, ale nie chcieliśmy być normalną kawiarnią. Kultura picia kawy na ulicy się dopiero rozwija. Polacy mają coraz mniej czasu, a żeby napić się dobrej kawy, trzeba to robić w miejscach, które mają możliwości. W kawiarni trzeba usiąść, poczekać na kelnera, to trwa. U nas kawę robi się tak samo długo, ale dostaje się ją od razu. Można też usiąść, dzięki CKZ mamy leżaki, w okolicy ulicy Święty Marcin mamy dwa piękne parki. Odchodzimy od stereotypu, że dobrej kawy można się napić jedynie siedząc we wnętrzu kawiarni.

Można się napić kawy na rowerze, z rowerowej kawiarni.
Można podjechać na rowerze. Organizujemy rowerowe weekendy, rowerzyści mogą wtedy liczyć na atrakcyjne zniżki. Chodzi też o to, żeby zachęcić do jeżdżenia na rowerze. To w mieście często najszybszy środek transportu i zdecydowanie najzdrowszy. Można do nas podjechać i ciekawie spędzić wolny czas w fajnych miejscach.

Co to za miejsca? Często ruszacie się spod Zamku?
Jeśli jest wietrznie, przenosimy się na róg Fredry z Niepodległości . Spotkać nas też można na różnego rodzaju eventach, imprezach. Był Transatlantyk, był Ethnoport, był Festiwal Dobrego Smaku; w najbliższy weekend będą Targi Mody i Designu w Starej Rzeźni, Wieczorem będziemy na koncercie Artura Andrusa, tutaj w Zamku.

Stawiacie więc na kulturę.
Przy okazji takich wydarzeń kawa traktowana jest często okropnie, podawana z termosów. A przecież kawa, zaraz po piwie jest najpopularniejsza w takich miejscach. Nasz pomysł sprawdza się na tego typu imprezach.

Co z przyszłością Bike Cafe?
Ambicje są duże. Jeszcze za wcześnie, żeby o tym mówić. Bardzo ważny jest zrównoważony rozwój. Mamy założone pewne cele i udaje nam się je spełniać. Polacy uczą się dopiero picia kawy; tej rozpuszczalnej nie powinno się nazywać kawą. Uczą się więc, próbują. Coraz więcej Polaków zamawia espresso, czyli tak naprawdę esencję kawy, cieszy mnie to; oczywiście są tacy, którzy proszą o ekspresso, dostają coś małego, nie wiedzą co z tym zrobić, wodą zapijają smak. Staramy się tłumaczyć, uczymy.

Wiem, że jesteście częścią Fyrtla. Co to znaczy?
To fantastyczna inicjatywa Pawła Głogowskiego, która powinna być promowana, nawet przez władze miasta. Projekt zrzesza lokalnych mikroprzedsiębiorców. Kiedy zepsuje mi się rower, korzystam z usług człowieka polecanego przez Fyrtel; mam ochotę na truskawki – jadę na Rynek Jeżycki. Jestem zupełnie inaczej traktowany. Takie firmy to nie sieciówki, każdy klient jest traktowany wyjątkowo. W Poznaniu powstaje wiele centrów handlowych. Takie też są potrzebne, ale jest ich za dużo; dobrze jest promować tych małych, lokalnych przedsiębiorców, którzy wkładają w prace wiele serca. Trzeba się wspierać. W Fyrtlu wspieramy się nawzajem.

Proszę zdradzić tajemnicę…
Na nic mnie pan nie naciągnie. Wiele osób pyta jak jest zasilana nasza kawiarnia. To nasza słodka tajemnica, absolutnie tego nie zdradzę.

Trudno, nie wygram.
Po prostu zapraszam wszystkich do spróbowania naszej kawy i poczucia tego niezwykłego klimatu.

Kończymy rozmawiać i pić kawę, jeszcze tylko dźwięk migawki daje nam znać, ze spotkanie się nie skończyło. Jacek zmienia to co widzimy na fotografie; zapisuje cześć tego, czym jest Bike Cafe, bo muszę przyznać, że strona wizualna projektu to prawdziwy majstersztyk, łącznie z ubiorem Pana Marcina i jego towarzyszki. „Tak, to powrót do retro, powrót do klasyki. Cały ten projekt miał być ogromnym urozmaiceniem miasta, myślę że się udało” - wyjaśnia Pan Marcin. Ja też myślę że się udało. Żałuję tylko, że nie możemy przekazać zapachu kawy.

Żegnając się słyszymy jeszcze rozmowy: „A co będzie zimą?”, „Przeniesiemy się gdzieś pod dach, będziemy działać”. Ośmioletni Cezary z kubkiem słodkiego mleka w dłoniach pyta „Wrócimy tu jeszcze, tato?”, Jacek uśmiecha się chowając aparat; „Pewnie”.

Z Marcinem Łojewskim, pomysłodawcą i właścicielem Bike Cafe, rozmawiał Filip Krause,
fotografował Jacek Kordus

www.bikecafe.pl