Liga Mistrzów sportu i biznesu

Obrazek użytkownika Willy
5.09.2012

Wyobraźmy sobie, że Puchar Europy dla najlepszej klubowej drużyny kontynentu w jednym z następnych sezonów podniesie kapitan Steauy Bukareszt lub Crveny Zvezdy Belgrad. Brzmi jak czysta fantastyka, prawda? Tyle, że... w zasadzie dlaczego nie? W końcu piłka nożna to sport, w każdej drużynie gra 11 zawodników, każdy wynik jest możliwy. Przecież wymienione kluby wcale nie tak dawno świętowały już zwycięstwo w tych rozgrywkach. W 1985 roku drużyna z Bukaresztu pokonała w finałowej batalii samą Barcelonę! Z kolei kibice w Belgradzie oszaleli z radości po zwycięstwie swoich idoli nad Olympique Marsylia w roku 1991. Dlaczego więc w dzisiejszej rzeczywistości kolejne triumfy Steauy, Crveny Zvezdy i wielu innych mniejszych pilkarskich firm wydają się tak mało prawdopodobne? Odpowiedzieć można jednym słowem: pieniądze.

fot. code1name

W historii zwyciezców rozgrywek o najważniejsze trofeum klubowe na starym kontynencie znajdziemy oprócz wspomnianych ekip takie drużyny jak: Hamburger SV, Aston Villa, Feyenoord Rotterdam czy Celtic Glasgow. Rożne kraje, różne kultury piłkarskie, inni zawodnicy, systemy gry. Jednak dużo istotniejsze są podobieństwa. Wszystke zwycięstwa były epizodami. Żadna z tych drużyn nie zdołała powtórzyć swojego wyczynu. Żadna nie utrzymała się na dłużej w ścisłej europejskiej czołówce. Wreszcie najważniejsze – cała szóstka zwyciężała w erze przed Ligą Mistrzów.

Od 1992 roku UEFA Champions League to najbardziej prestiżowe i komercyjne piłkarskie przedsięwzięcie na świecie. Również najbardziej wymagające pod względem sportowym, dodajmy. Sporo tych naj.... Nie bezpodstawnie. Formułę tych rozgrywek zmieniano kilkakrotnie, tworząc w efekcie produkt perfekcyjny niemal pod każdym względem. Już nie tylko mistrzowie poszczególnych krajów, ale również, w przypadku najsilniejszych federacji, drużyny zajmujące drugie, trzecie, a nawet czwarte miejsca w końcowej tabeli najwyższego szczebla ligowego mają prawo startować w wyścigu o miano najlepszej drużyny w Europie. Gęste sito kwalifikacji, rozgrywki grupowe, wreszcie faza pucharowa powodują, że końcowe zwycięstwo staje się wyzwaniem ekstremalnie trudnym nawet dla największych potęg klubowych. Dowód? Od momentu utworzenia Ligi Mistrzów żadnej z drużyn nie udało się obronić trofeum. Co więcej, kilkakrotnie mistrzowie europejscy płacili za swoje zwycięstwa przeciętnością w kolejnym sezonie ligowym. Nic dziwnego – utrzymanie formy piłkarzy, gra na najwyższym poziomie na kilku frontach (rozgrywki europejskie, krajowa liga i puchar) przez długi okres czasu jest zadaniem najtrudniejszym z możliwych. Nawet dla tuzów z Manchesteru, Londynu, Madrytu czy Barcelony.

Coraz wyraźniej futbolowa Europa dzieli się na Dawidów i Goliatów. Dla tych pierwszych sam awans do rozgrywek grupowych LM jest – pozostając w biblijnych porównaniach – niczym dostanie się do raju. Finansowego raju. UEFA za sam awans płaci kilka milionów euro, każdy punkt zdobyty w grupie to także spory zastrzyk gotówki. Dodajmy do tego wpływy z tzw. dnia meczowego, gdy przeciwnikiem jest słynny rywal i otrzymamy całkiem pokaźną pulę, która w wielu przypadkach jest najważniejszym składnikiem klubowego budżetu. Dla największych klubów to tylko kilka procent gigantycznych przychodów. Manchester United, Real, Bayern i inni wielcy to dziś prężne koncerny, zatrudniające setki ludzi, świetnie zarządzane, generujące olbrzymie zyski z wielu źródeł. Kontrakty reklamowe, wpływy z biletów, gratyfikacje od UEFA, sprzedaż praw do transmisji telewizyjnych, gadżetów to tylko niektóre z nich. Wystarczy wspomnieć, że aby stać się jednym z tytularnych sponsorów Interu Mediolan, polska firma Oknoplast musiała pokonać sporą konkurencję! Nawet niezbrukane jak dotąd reklamą koszulki Barcelony musiały uznać zwycięstwo ekonomii nad tradycją i w efekcie już kolejny sezon podziwiamy Quatar Foundation na tle barw katalońskiego klubu.

Jak zatem konkurować z futbolowymi rekinami? Finansowo – niemożliwe. Sportowo – niełatwe, skoro piłkarskie talenty są wyławiane przez rozległą sieć skautingu wielkich, ewentualnie kupowane za sumy, które dla mniejszych klubów są nie do odrzucenia.

Co nas czeka w nadchodzącym sezonie bitwy o Puchar Europy? Grupą śmierci okrzyknięto grupę D, jedyną w której spotkało się czterech mistrzów krajowych: Real Madryt, Manchester City, Borussia Dortmund i Ajax Amsterdam. Pozostałe grupy mają swoich bardziej lub mniej wyraźnych faworytów do gry w fazie pucharowej. Dla takich zespołów jak Nordsjaelland, BATE Borysow czy CFR Cluj już sam awans do tych rozgrywek to ogromny sukces.

Jasne, jeszcze niejednokrotnie będziemy świadkami niespodzianek w postaci zwycięstw maluczkich nad wielkimi współczesnej piłki klubowej. Jednak najczęściej będą to niestety pojedyncze wypadki potwierdzające regułę. W decydujących fazach pucharowych zapewne znów zobaczymy czołowe drużyny Hiszpanii, Anglii, Niemiec czy Włoch. Powtórzę: niestety – romantyczne triumfy zespołów pokroju Steauy czy Crveny Zvezdy zdarzą się nieprędko. Szkoda, bo niespodzianki, zaskakujące wyniki i nieoczekiwane wygrane są esencją sportu, a piłki nożnej w szczególności. Nieprzewidywalność to piękno tej dyscypliny. Ta cecha odchodzi powoli do lamusa. W zamian obejrzymy kolejne pojedynki gigantów, toczone na fantastycznym poziomie sportowym. Będziemy podziwiać gwiazdy w starciach Realu z Manchesterem City, niesamowite tempo graczy Chelsea i Juventusu, popisy techniczne zawodników Barcelony i Benfiki. Czy to źle? Oczywiście, że nie. Czasami jedynie żal tych mniejszych. Takie są brutalne prawa rynku, realia futbolowego świata i nie zmienią tego odważne, potrzebne reformy Michela Platiniego, pozwalające klubom z zaplecza Europy skosztować tortu o nazwie Liga Mistrzów.
Cóż, coś za coś.

P.S.
Na udział polskiego klubu w fazie grupowej Ligi Mistrzów czekamy kilkanaście lat. Jesteśmy największym krajem Europy, który może „pochwalić” się tak długoletnią egzystencją poza najważniejszymi rozgrywkami w Europie. Zastanawiające, że w tym okresie wielu uczestników Champions League zdołało awansować dysponując porównywalnym lub wręcz znacznie mniejszym budżetem od mistrza Polski. Jak widać ekonomia nie zawsze ma istotny wpływ na wynik sportowy. Tyle, że jest to raczej kolejny wyjątek od reguły. W rodzimym futbolu, niestety, smutny.