Looper - recenzja

Obrazek użytkownika Marek Adamkiewicz
12.11.2012

Tematyka podróży w czasie zawsze fascynowała filmowców. W dzisiejszych czasach, w dobie dobrze rozwiniętych efektów specjalnych, istnieją spore możliwości, by efektownie przedstawić to zagadnienie, dodając przy okazji interesującą fabułę. I taką, zwłaszcza przed seansem wydaje się być „Looper”. Prawie zewsząd płyną bardzo pochlebne opinie o tym obrazie, a z telewizji krzyczą do nas trailery, zachęcające potencjalnych widzów do seansu. Marketingowo wygląda to znakomicie. Solidna reklama, popularni aktorzy. Nic, tylko oglądać. Jednak czy w istocie jest to film aż tak godny uwagi?

Looper kadr z filmu "Looper"
  • Looper
  • plakat Loopera

Akcja rozgrywa się w 2042 roku. Joe pracuje jako looper – zabójca, likwidujący regularnie przysyłanych z przyszłości ludzi, skazanych na śmierć przez organizacje przestępcze. Pewnego razu jednak egzekucja nieoczekiwanie się komplikuje. Przysłana osoba to bowiem sam Joe, tyle że starszy o 30 lat. W wyniku splotu okoliczności mężczyzna ucieka przed swoim potencjalnym mordercą i rozpoczyna poszukiwania dziecka, które w przyszłości ma stać się groźnym przestępcą. W tym czasie jego młodsza wersja nawiązuje kontakt z chłopcem i jego matką. Rodząca się między nimi nić porozumienia, może doprowadzić do ostrego konfliktu interesów między starszym i młodszym Joe.

Mimo, że na pierwszy rzut oka, fabuła wydaje się być dosyć skomplikowana, w istocie jest całkiem przystępna. Autorzy, mając chyba na uwadze niską tolerancję większości widzów na zagadnienia okołonaukowe, nie wgłębiają się za bardzo w specyfikę podróży w czasie. Jeśli ktoś ma nadzieję na przedstawienie jakichś urządzeń ku temu służących, lub objaśnienie mechaniki skoków, będzie sporo zawiedziony. Nacisk jest bowiem położony na bohaterów i ich perypetie.

Jak już przy nich jesteśmy, trzeba przyznać, że kreacje aktorskie to jedna z mocniejszych stron „Loopera”. Obaj aktorzy wcielający się w postać Joe odwalili kawał dobrej roboty. Bruce Willis nie szarżuje i gra ze sporym wyczuciem, sprawiając, że emocje targające jego postacią wydają się być wiarygodne. Bardzo dobrze umie oddać ból bohatera po utracie kobiety swojego życia, potrafi też pokazać, że iluzja naprawienia przyszłości może przynieść wiele złego i sprawić, że cierpieć będą niewinni ludzie. Te fragmenty bywają poruszające. Także Joseph Gordon-Levitt spisuje się nad wyraz dobrze. Aktor, będący ostatnio na fali popularności po rolach w „Incepcji” i ostatnim „Batmanie”, po raz kolejny pokazuje się z dobrej strony, tworząc tym razem kreację osoby powoli dojrzewającej do człowieczeństwa. Z każda kolejną minutą seansu widać wręcz rosnącą w jego bohaterze umiejętność empatii.

Niby dobrze wiadomo, że nie należy ufać trailerom, jednak z drugiej strony, sformułowania w nich użyte powinny też w jakimś stopniu odzwierciedlać rzeczywistość. W zajawce „Loopera” słyszymy cytat z jakiegoś magazynu, czy strony: mówiący o „Matrixie tej dekady”. Na litość boską, gdzie tu „Matrix”? Takie porównanie jest sporym nadużyciem. To tak, jakby mówić o T-Mobile Ekstraklasie w kontekście piękna piłki nożnej i twierdzić, że poziomem jest tak samo wysoko jak Premier League. Odrobina rzetelności, nawet w reklamówkach, byłaby bardzo wskazana.

Cieszy fakt, że autorzy „Loopera” z dużą dozą wstrzemięźliwości używają efektów specjalnych. Nie stoją one na pierwszym planie, ustępując miejsca bohaterom i fabule. We współczesnym kinie s-f takie podejście nie jest za często spotykane. Oczywiście, znajdziemy w filmie fragmenty, gdy uwagę widza przykuje jednak efektowna akcja, jednak są one wtopione w fabułę z wyczuciem, za co chwała.

Z drugiej strony można też powiedzieć, że w ostatecznym rozrachunku „Looper” jest jednak lekkim rozczarowaniem. Mimo rozsądnego użycia efektów, to tej całkiem interesującej historii zabrakło jednak większego zdecydowania. W paru momentach wydaje się, że zmierzamy w stronę filmu, który naprawdę może skłonić do myślenia, poruszyć parę interesujących zagadnień. Jeśli jednak miałby taki być, to nacisk kładziony na uczucia bohaterów powinien być parokrotnie większy. Problem jest taki, że więcej jest tu obiecywane, niż w rezultacie dostajemy.

Czym zatem jest najnowszy obraz Riana Johnsona? Chyba mimo wszystko filmem zmarnowanej szansy. Bo owszem, ogląda się go miło i w ostatecznym rozrachunku da się go ocenić jako całkiem dobry, jednak odnieść można przy tym wrażenie, że można było z niego wycisnąć o wiele więcej. Stworzyć dzieło naprawdę niezapomniane. A tak, jest to prawdopodobnie film z gatunku tych „jednorazowych”, który co więcej, prawdopodobnie wypadnie z głowy dosyć szybko, gdy tylko obejrzy się coś lepszego.

6/10