Majówkowy koszmar w pociągu

Obrazek użytkownika greenlady
22.05.2014

Jako majówkowy cel obraliśmy z Małżonkiem wyspę Bornholm (o samej wyspie kiedy indziej). Po wyspie postanowiliśmy poruszać się rowerem, by jednak na nią dotrzeć musieliśmy skorzystać z promu oraz… pociągu. Majówka, ciepełko, pociąg. Taka kombinacja nie oznacza nic dobrego.

Pociąg Pociąg | fot. kaffeeeinstein (CC BY-SA 2.0)

Dworzec kolejowy Poznań Główny. Zapchany po czubek, bo majówka startuje. Ludzie tłoczą się na peronie, wyglądają pociągu, próbują zrozumieć cokolwiek z bełkotu płynącego z głośników. Można dosłyszeć jedynie "Kołobrzeg" i "opóźnienie 50 min". Wreszcie nadjeżdża. Oczywiście nie zatrzymuje się tam, gdzie się wszyscy spodziewali, wiec tłum podrywa się z ławek i pędzi do dalszych wagonów. Wchodzimy do środka, wieszamy rowery i można z ulgą opaść na dwuosobowe siedzenie w wagonie bezprzedziałowym.

Podróż mija spokojnie i leniwie (kolej polska nigdy przecież się nie spieszy). Słonko świeci za oknem, stukot kół uspokaja, bujanie pociągu kołysze. Cały ten przyjemny podróżny nastrój burzy w pewnym momencie natura. Nie, nie to! Zgłodnieliśmy. Małżonek poszedł do Warsu rozeznać się w sytuacji. Pierwsza próba - nieudana, gdyż dojeżdżamy do stacji i ludzie tłoczą się w przejściu. Druga próba - również nieudana, z dość podobnej przyczyny - tłum. Wreszcie głód wygrywa i Małżonek znika z przedziału. Po telefonicznych konsultacjach co do zamawianych potraw, w eterze zalega cisza, a Męża nie ma. Nie ma go 10 minut, 15, 20. Wraca po 28 minutach i próbując zachować spokój, między kolejnymi pierogami, zaczyna opowiadać.

"Opowiem ci dlaczego nie lubię tego konkretnego pociągu, w tym konkretnym terminie. Przeszedłem do najbliższego wagonu. Z każdego przedziału wystaje przynajmniej jeden kufer i przynajmniej jeden pasażer, niekoniecznie do kufra przynależący. Gdy mówię grzecznie „przepraszam”, wystawacze owi zamiast cofnąć się do przedziału, przyklejają się do szyby, licząc na to, że skoro głowa się przykleiła, to i zad również, przy okazji cudownie szczuplejąc. Pokonuję więc tę ścieżkę z milowymi kamieniami w postaci wypiętych zadów i przyklejonych do szyb głów, by wejść do kolejnego wagonu”.

Jak się potem okazało Wars oddalony był od nas o 6 wagonów.

„W kolejnym wagonie: wszystkie elementy występujące w poprzednim plus na każdym krzesełku między przedziałami przynajmniej jeden student (i jego wystające na cała szerokość korytarza kończyny dolne), powtarzający coś na zajęcia lub czytający lekturę umilającą podróż, choć trudno mi sobie wyobrazić, jaka lektura mogłaby taką podróż uprzyjemnić.

W trzecim wagonie, niespodzianka! Szpaler zadów i głów, ludzie na krzesełkach oraz rozkrzyczana i roześmiana wycieczka “młodzieży po 60tce”, w stanie wysoce wskazującym na spożycie. Na wysokości jednego z przedziałów zostaję zaatakowany przez krzepkiego jegomościa, który znienacka z owego przedziału wychodzi tyłem, zupełnie nie przewidując, że ktoś korytarzem może chcieć przechodzić. Po czwartym, wciąż ignorowanym (jegomość pokrzykiwał coś do kompanów w przedziale) grzecznym “przepraszam”, ryczę "PRZEPRASZAM!!!". Na co zdziwiony pan spojrzawszy na mnie mruczy pod nosem z pogardą "dzisiejsza młodzież".

Na marginesie dodam, że każda z grzecznie przepraszanych przeze mnie osób była ode mnie niższa co najmniej o głowę, także czas potrzebny do zakumania, że ktoś kieruje do nich jakieś słowa oraz zakumania, o co temu komuś chodzi, dodatkowo wydłużał fakt, że większość osób miała problem ze zlokalizowaniem mojej głowy. Ja rozumiem, że ci ludzie są zmęczeni, że niektórzy jadą z samego Krakowa, ale na boga, na coś są miejscówki. Miejscówki, a nie korytarzówki. Przy okazji dygresji podkreślę, że w każdym przejściu między wagonami moje nozdrza pieściły wspaniałe aromaty i zapachy pochodzenia ludzkiego, wskazujące na stan czystości toalet oraz mnogość płynów ustrojowych jakie z człowieka się wydostają. Ponadto gdyby klamki były tylko nieco bardziej klejące, znaleziono by mnie wieczorem przy wymianie taboru, wiszącego u drzwi któregoś przejścia.

Wchodząc do kolejnego wagonu, poza wszystkimi atrakcjami już spotkanymi, spostrzegłem na jednym z rozkładanych krzesełek śpiącą zakonnicę. Taka zakonnica (i jej kufer oczywiście) to nie lada wyzwanie i trzeba ją minąć z wyjątkową ostrożnością, bo nikt przecież nie wie, co się stanie, jak się obudzi zakonnicę. Kolejny wagon, albo raczej gabinet kosmetyczny. Dwie dziewoje siedzą na porozkładanych walizach, przepraszam kufrach, ułożonych niczym najwygodniejsze fotele i... malują paznokcie. Brakowało tylko lampy UV do utwardzania lakieru. A kiedy takie gwiazdy wstają, to nie mogą tego zrobić szybko, bo przecież lakierek, bo się dotknie, bo rozmaże i będzie brzydko, więc rozczapierzając łapki, starając się niczego nie dotykać, niczym po omacku przesuwają kufry i walizy, zapewne złorzecząc mi w myślach. W całym wagonie zapach lakieru do paznokci zniewala, silniejszy niż wyziewy z pobliskiej toalety. Z resztą może był to zamierzony efekt i mechanizm obronny tych młodych dziewcząt.

Wreszcie ostatni wagon do pokonania i już będę w Warsie. Nie będzie źle, myślę. Ale nie. Okazuje się, że zamiast do wagonu, wszedłem do ptaszarni. Ptaszków barwnych i wysoce egzotycznych. Przynajmniej tak to brzmiało, a była to jedynie banda rozwrzeszczanych, około ośmio-dziesięcioletnich dziewczynek, biegająca w te i nazad po korytarzu, prawie każda w różowych ciuszkach, w różowych bucikach, z różowymi gumkami i wstążkami we włosach, wymachująca rękoma, co czyniło je tym podobniejszymi do egzotycznych ptaków. Nagle z przedziału wychodzi dziewczynka na oko dwunastoletnia, wyraźnie tęższa od reszty i ryczy “do przedziału, wszyscy do przedziału!". W odpowiedzi na wołanie samicy alfa, różowe stadko wbiega do przedziału. Mijając go zaglądam do środka, a tam porozkładane różowe koce i w ogóle różowy kemping w centrum pociągu odchodzi na całego. Brakuje tylko różowych kucy uwiązanych do różowych drzewek, nieopodal różowego ogniska.

Wreszcie dotarłem do Warsu. Złożyłem zamówienie i dowiedziałem się, że muszę chwilę poczekać. Odchodzę kawałek, siadam, i czekam wraz z innymi, umęczonymi nieco podróżą pasażerami. Zmęczenie, oraz spożywany alkohol, niektórym powoli rzuca się na mózgi. Przy pobliskim stoliku toczy się zacięta dyskusja o losach tego kraju, piłce nożnej i innych sprawach najwyższej wagi. Rozmowa jest jednak nieco rozdarta. Dwóch panów o karkach szerokich i czerwonych, siedzących przy czteroosobowym stoliku, pokrzykuje basem do pozostałej dwójki, która z niewyjaśnionych przyczyn nie załapała się na miejsce przy owym stoliku i siedzi na krzesełkach przy barze. Przekrzykując hałas pociągu, męczą i tak zmęczonych współpasażerów. Na zwrócenie im uwagi przez kierowniczkę pociągu raczyli tylko odpowiedzieć, że ma im pokazać, gdzie w regulaminie pociągu jest, że musi być cisza. Ręce opadają.

Odebrawszy zamówienie ruszyłem w drogę powrotną w nastroju wisielczym, wiedząc, co mnie po drodze czeka. Zazwyczaj takie historie trzeba ubarwiać i koloryzować, by były interesujące dla postronnych. Niestety w tym przypadku opowiedziałem dokładnie to, co widziałem. Chciałbym przesadzać”.