„Moc Wyzwolona” - Sean Williams

Recenzja książki

Obrazek użytkownika Marek Adamkiewicz
31.12.2012

Pod nazwą „Moc Wyzwolona” kryje się multimedialny projekt, w którego skład wchodzą m.in: książka, gra i soundtrack. Po jednym przedstawicielu różnych mediów, połączonych pod jednym szyldem. Rozwiązanie na pewno interesujące, ale wcale nie nowatorskie. Jeśli spojrzymy ładnych kilka lat wstecz, naszym oczom ukazuje się bowiem podobne przedsięwzięcie. Były to pamiętne „Cienie Imperium”. Eksperyment ten okazał się na tyle skuteczny i zapadł w pamięć fanów, że po raz kolejny uznano, iż warto sięgnąć po taki schemat. Znowu wzięto też na tapetę najbardziej interesujący okres w historii uniwersum Star Wars, czyli okolice wydarzeń, przedstawionych w Starej Trylogii. 

 

Darth Vader potajemnie kształci ucznia, niejakiego Starkillera. W planach Mrocznego Lorda, figuruje on jako pomocnik, który pewnego dnia odegra znacząca rolę w obaleniu Imperatora. Fabuła przedstawia nam Starkillera, poddawanego przez Vadera serii prób, podczas których musi on mierzyć swoje siły z ocalałymi z wielkiej czystki Jedi. Pojedynki na śmierć i życie mają zahartować ucznia i ukształtować jego charakter, mocno zanurzając go przy okazji w Ciemnej Stronie Mocy. Jednak Galen Marek (bo tak brzmi prawdziwe nazwisko ucznia) okazuje się mieć silniejszy charakter, niż Vader przypuszczał i zaczyna myśleć samodzielnie. A kolejne zadanie, powołanie do życia Sojuszu Rebeliantów, nieoczekiwanie staje się być przełomowym momentem w jego życiu.

Już na samym początku czytelnik dostaje do smakowania interesującą ciekawostkę. Słowo Starkiller miało bowiem być pierwotnie wykorzystane zamiast Skywalker, jako nazwisko Luke'a – ostatniej nadziei Jedi w czasach Rebelii. Ostatecznie wybrano „chodzącego po niebie”, rezygnując z „zabójcy gwiazd”. W przyrodzie jednak nic nie ginie i Starkiller zagościł w rozległym gwiezdnowojennym świecie. To miano również trafiło do bohatera młodego i targanego wątpliwościami, a poszukiwanie nawiązań do Luke'a i porównywanie tych dwóch postaci, powinno stanowić dodatkową zabawę dla fanów, podczas lektury „Mocy Wyzwolonej”.

Na dobrą sprawę do końca nie wiadomo komu przyznać miano głównego bohatera powieści. Niby oczywistym wydaje się, że jest to właśnie uczeń Vadera, jednak lepiej poprowadzoną postacią jawi się Juno Eclipse, pilotka Starkillera. Bez dwóch zdań jest to bohaterka bardziej przekonująca i mimo, że większość przygód nie staje się jej udziałem, to jest ona wiarygodniejszą osobą. Duży nacisk położono bowiem na przeszłość pani kapitan, jej rozterkom nadano nutki tragicznego posmaku przeszłości, dzięki czemu bez dwóch zdań, to z nią można się bardziej zżyć, niż z nieco zbyt enigmatycznym Starkillerem. On dopiero pod koniec powieści zyskuje sobie więcej sympatii, jednak wtedy jest już za późno na zmianę stanowiska czytelnika. Do tej pory Juno Eclipse kradnie większość show Galenowi.

Ta dwójka tworzy interesującą parę, warto jednak wspomnieć, że towarzyszy im ktoś jeszcze. Czy to w filmach, czy innych dziełach ze świata Star Wars, często duży nacisk kładziono na bohaterów... mechanicznych. A w tym uniwersum roboty to nie tylko bezmyślne bojowe maszyny, ale przede wszystkim towarzysze głównych bohaterów, w dodatku często bezdyskusyjnie godni sympatii. Nie inaczej jest tym razem. W „Mocy Wyzwolonej” poznajemy niejakiego Proxy'ego, robota towarzyszącego Starkillerowi w jego wojażach. Jego główne oprogramowanie mówi o nieustannych próbach zabicia swego pana, dzięki czemu trening Galena ciągle trwa. Jednak pomijając to specyficzne zadanie, Proxy jest troskliwym towarzyszem, dobrym duchem, dbającym o to, by poza nim samym, nikt inny nie zaszkodził Starkillerowi.

Cała fabuła to właściwie jedna wielka przygoda. Akcja ani na chwilę nie ustaje, i jest to paradoksalnie mały mankament powieści. Jedyne chwile, kiedy tempo nieco spada, to zasługa postaci Juno Eclipse. Jej rozterki i koszmary dają czytelnikowi chwile wytchnienia, jednak tych chwil jest za mało. Idealna rozrywka powinna bowiem, poza czystą zabawą, nieść ze sobą chociaż szczyptę refleksji. Najlepsze powieści z tego uniwersum łączyły te dwie cechy, dzięki czemu mieliśmy okazję poznać takie perełki jak „Wektor Pierwszy” czy „Ja, Jedi”. W „Mocy Wyzwolonej” te elementy nie zostały wymieszane w odpowiedniej proporcji, przez co nie sposób ocenić jej wyżej, niż jako poprawna i dosyć satysfakcjonująca.

Imponować może kreatywność Williamsa w ukazaniu pewnych wątków. Chodzi mi zwłaszcza o obraz początków Rebelii. Teza, że za wielkim powstaniem przeciwko władcom galaktyki stało samo Imperium, jest z jednej strony dosyć ryzykowna, ale z drugiej niezwykle zaskakująca. Kwestia tylko, czy jest to zasługa samego autora, czy też taki stan rzeczy powstał w głowie kogoś innego, przy tworzeniu głównych założeń fabularnych projektu. Jak by nie było, pomysł ten jest bezsprzecznie godny pochwały, wnosi bowiem nowe fakty do mitologii Star Wars.

Czy warto sięgnąć po „Moc Wyzwoloną”? Cóż, książka przynosi czytelnikowi parę chwil rozrywki, niewymagającej zbytniego wysiłku intelektualnego, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że z pomysłu nie wyciśnięto wszystkiego, co oferował. Z jednej strony patrząc, w kategoriach intensywności akcji, wiele jej zarzucić nie można, ale też porównując ją do innych pozycji z Expanded Universe, widać pewne mankamenty. To wszystko nie zmienia jednak faktu, że czytadłem powieść Williamsa jest naprawdę satysfakcjonującym.

Moc Wyzwolona

Przekład:
Wydawca:
Rok wydania:
2009
Liczba stron:
271
ISBN:
978-83-241-3397-0
Ocena:
7
10
Zrecenzował: