Nie jesteśmy sami!

Obrazek użytkownika besek
1.09.2012

Szukamy życia i obcych cywilizacji daleko w kosmosie, a na zwykłej ulicy nie potrafimy pamiętać o tym, że nie jesteśmy sami. Coraz częściej uczestnicy ruchu wchodzą sobie w drogę i coraz więcej dyskusji na ten temat pojawia się w mediach. A w dyskusjach szuka się winnej grupy. I tak piesi złorzeczą na kierowców i rowerzystów, rowerzyści na pieszych i kierowców, a kierowcy na pieszych i rowerzystów. Problem jednak w tym, że to nie grupa jako taka jest czemukolwiek winna. Jeśli chama wsadzisz do samochodu, na rower albo chodnik, zawsze pozostanie chamem.

fot. scalesy

Obserwując to, co dzieje się na ulicach, dochodzę do jednego wniosku - głupota i chamstwo są na porządku dziennym. I to najczęściej w zestawie, bo jedno wynika z drugiego. Niezależnie od tego, do której grupy człowiek należy, z reguły myśli bardzo krótkowzrocznie i... wyłącznie o sobie. A wystarczyłaby odrobina wyobraźni i dobrej woli oraz dostrzeżenie tego, że w mieście nie jesteśmy sami. Wszystkim żyłoby się lepiej i wygodniej.

Rowerzysta

Wyruszam w drogę do pracy rowerem. W końcu tak jest zdrowiej, bardziej ekologicznie i często po prostu szybciej. Infrastruktura rowerowa w polskich miastach pozostawia wiele do życzenia i lata miną zanim to się zmieni. Korzystam więc z tego, co jest dostępne. Do najbliższej drogi rowerowej mam około kilometr. Pokonuję go, zgodnie z prawem, jadąc ulicą. Przepisowo mija mnie kilkanaście samochodów, zachowując rozsądny odstęp. Jednak i tak znajdzie się jeden, który przemknie obok mnie na "grubość lakieru" i pogna dalej przed siebie, przyprawiając mnie równocześnie o stan przedzawałowy. Jadę jednak dalej, zastanawiając się jak bardzo temu człowiekowi musi brakować wyobraźni. Rower sam w sobie nie jest szeroki, ale warto pamiętać, że rowerzysta potrzebuje przestrzeni na manewry. Zwłaszcza gdy natknie się na dziurę lub inne uszkodzenie jezdni - o co wcale nie jest trudno.

W końcu jest - droga rowerowa. Wykonanie nie zachwyca, szczególnie, że od chodnika oddziela ją tylko namalowana biała linia. Liczę jednak na rozsądek pieszych. Po chwili okazuje się, że się bardzo myliłem. Kobieta z wózkiem dziecięcym postanawia nagle się zatrzymać. Ale nie robi tego na chodniku, po którym cały czas szła, o nie. Żeby było wygodniej sięgnąć coś z torby, obraca wózek o dziewięćdziesiąt stopni i ustawia w poprzek... drogi rowerowej. Tylko refleks i dobre hamulce pomagają mi uniknąć uderzenia w wózek. Pytam panią czy wie co by się stało gdybym jechał chwilę wcześniej - wepchnęłaby wtedy wózek z dzieckiem wprost pod koła. Kobieta patrzy na mnie przez kilka sekund, po czym bez odpowiedzi wraca do swoich zajęć. A ja zastanawiam się jakim cudem fakt narażenia własnego dziecka na takie niebezpieczeństwo, nie robi na niej najmniejszego wrażenia.

Dalsza droga do pracy przebiega w miarę spokojnie. Kilku pieszych wchodzi na drogę rowerową - część słysząc dzwonek wraca na chodnik, część nie rozumie o co chodzi. Później jeszcze dwóch skręcających w prawo kierowców wymusza na mnie pierwszeństwo, a starszy pan krzyczy na mnie, że "rower to się przeprowadza!". Owszem, szanowny panie. Przeprowadza się przez przejście dla pieszych, a nie przez przejazd rowerowy, na którym to pan nie miał się prawa znaleźć.

Ostatni odcinek drogi pokonuję znów ulicą. I znowu refleks i sprawne hamulce ratują mnie z opresji - tym razem spowodowanej przez stojącego na chodniku taksówkarza, który bez patrzenia w lusterko otwiera nagle drzwi by wyjść na ulicę. Na jego twarzy widzę zmieszanie, a z ust wydobywa się ciche "Ups.".

Dotarłem do pracy. Żywy. I mimo wszystko, pełen wiary w ludzkość, odzyskanej dzięki pewnej starszej pani, która co prawda władowała mi się pod koła na ścieżce rowerowej, ale szybko dostrzegła swoją winę i przeprosiła "młodego człowieka".

 

Pieszy

Rowerem nie było łatwo, dziś poruszam się więc pieszo. I tu też łatwo nie będzie. Pierwsze przejście dla pieszych, bez świateł. Czekam aż któryś kierowca zatrzyma się by umożliwić przedostanie się na drugą stronę ulicy. Trwa to jednak dłuższy moment, a po chwili czeka nas już cała gromadka. Kierowcom jednak nie przychodzi do głowy ułatwienie życia innym. W końcu się jednak udaje. Bezpiecznie możemy jednak dotrzeć tylko do osi jezdni. Pomimo, że jesteśmy już na przejściu, co według prawa o ruchu drogowym daje nam pierwszeństwo, nie możemy zejść. Dwóch kierowców ma trochę odmienne zdanie o przepisach i przejeżdża przed nami. Dopiero trzeci się zatrzymuje.

Wydaje mi się, że na chodniku jest bezpieczniej. Jak bardzo jestem naiwny pokazuje mi pewien rowerzysta, który z ogromną prędkością przemyka obok mnie tak, że czuję pęd powietrza. Szczegół, że w tym miejscu nie ma drogi dla rowerów. Rozumiem, że może pan czuje się na ulicy niebezpiecznie, jednak jeśli już postanawia wbrew przepisom korzystać z chodnika, odrobina ostrożności by nie zawadziła.

Kolejne przejście dla pieszych jest już ze światłami. Czyli powinno się udać przejść bez ryzyka. Okazuje się, ze to nie takie proste. Przekonuje mnie o tym kierowca, który korzystając z zielonej strzałki postanawia przemknąć między pieszymi przechodzącymi na zielonym świetle.

Kierowca

Wbrew pozorom, kierowcy też łatwo nie mają. Głupota i brak wyobraźni innych uczestników, wpływają także na nich. Zaczynając od innych kierowców, którzy w poważaniu mają nie tylko kulturę jazdy, ale i przepisy. Jeden przemknie na "jeszcze żółtym, choć już trochę czerwonym, ale jeszcze nie aż tak bardzo", drugi wymusi pierwszeństwo wyskakując z podporządkowanej, a trzeci zablokuje całe skrzyżowanie ("co z tego, że nie mogę zjechać? miałem zielone!").

Rowerzyści też potrafią nieźle napsuć krwi kierowcom. Wielu z nich zachowuje się tak jakby obowiązek sygnalizowania manewrów w ogóle ich nie dotyczył. Używanie oświetlenia po zmroku też jest przez wielu uważane za całkowicie zbędne. Nie wspominając już o takich pomysłach jak obowiązek korzystania z drogi rowerowej, jeśli jest ona dostępna. Po co, skoro można przyblokować trochę ruchu na jezdni?

Nie bez grzechu są też piesi - czerwone światło im nie straszne - jeśli inni idą, to ja też. Przebieganie przez jezdnię przed nadjeżdżającym samochodem wydaje się nierozsądne, ale dla wielu osób jest dozwolone jeśli akurat spieszymy się na tramwaj, który wjeżdża na przystanek. Wtedy - klapki na oczy i można biec.

Człowiek

Jako człowiek, który porusza się po mieście na różne sposoby, apeluję o jedno. O włączenie myślenia. Nie tylko o sobie, ale przede wszystkim o innych. Uczestnicząc w ruchu nie jesteśmy i nie będziemy sami. Warto o tym pamiętać i może, zamiast utrudniać sobie nawzajem życie, zacząć je czynić łatwiejszym?