Nie zmienia się nic

Obrazek użytkownika Marek Adamkiewicz
9.02.2013

W Sejmie odbyło się głosowanie nad odwołaniem z funkcji wicemarszałka pani Wandy Nowickiej. Sam projekt, by kobietę nadużywającą publicznego zaufania wywalić na zbity pysk, był oczywiście godny pochwały. Tym bardziej, że posłanka Ruchu Palikota przez dłuższy czas nawet nie zająknęła się o możliwości zrzeczenia się bezzasadnie otrzymanej gratyfikacji. Wynik głosowania wskazuje, że rozrzutność Prezydium Sejmu można pozostawić bez napiętnowania. W dobie kryzysu, gdy wielu ludzi ledwie wiąże koniec z końcem, jest to co najmniej dyskusyjne, jeśli nie kontrowersyjne… Można jednak odnieść wrażenie, że w całej sprawie kryje się coś innego. A intencje i motywacje poszczególnych partii wydają się w tym przypadku dosyć oczywiste.

fot. DrabikPany/flickr (CC BY 2.0)

Nad sytuacją, która zapoczątkowała cały ten cyrk nie ma potrzeby się specjalnie rozwodzić, historię o premiach przyznanych samym sobie przez członków Prezydium Sejmu zna każdy, kto choć trochę śledzi bieżące wydarzenia polityczne. Chodzi o samą zasadę.

Jeśli przyjrzeć się dokładnie dzisiejszemu głosowaniu, nietrudno dostrzec, dlaczego wynik był taki, a nie inny.

PO i PiS najzwyczajniej w świecie nie chciały dopuścić do sytuacji, gdy trzeba by głosować za lub przeciw kandydaturze Anny Grodzkiej. W przypadku największej partii opozycyjnej jest to jak najbardziej zrozumiałe. PiS od początku nie chciał poprzeć kandydatury Grodzkiej, dlatego pewne było, że jeśli może coś zrobić, by sprawa w ogóle nie trafiła pod głosowanie, to tak właśnie postąpi. I mimo, że ta motywacja jest oczywista i po części też zrozumiała, to mimo wszystko pozostaje lekki niesmak. Brak poparcia dla odwołania Nowickiej oznacza poniekąd akceptację jej postawy, a dla partii walczącej o sprawiedliwość społeczną, może okazać się to decyzją bardzo niekorzystną, zwłaszcza w oczach wyborców.

Z kolei dla PO dopuszczenie do głosowania o powołaniu Anny Grodzkiej na stanowisko wicemarszałka mogłoby się skończyć kolejną katastrofą wizerunkową. Gdyby „frakcja Gowina” jeszcze raz przeciwstawiła się wodzowskiej strategii Donalda Tuska, rysy na wizerunku Platformy mogłyby pogłębić się jeszcze bardziej. Dlatego podczas głosowania w PO panowała dyscyplina. Co jak co, ale Premier wie, jak dbać o wizerunek i zrobi wszystko, by nie dopuścić do sytuacji, mogących grozić rozłamem.

SLD z kolei głosowało przeciwko, bo zapewne nie chce być kojarzone z populistami z RP. Chcąc zachować silną pozycję na lewej stronie sceny politycznej, ugrupowanie musi dystansować się od pretendujących do bycia lewicą posłów Ruchu.

45 posłów głosujących za przyjęciem wniosku Ruchu Palikota i 245 przeciw, to wynik świadczący o potężnej porażce ugrupowania, prowadzonego przez posła-chorągiewkę. Czy stało się dobrze? Z jednej strony na pewno tak. Ocali nas to bowiem, przynajmniej na jakiś czas, od kolejnej światopoglądowej wojenki, którą na pewno rozpętałby Sejm, gdyby posłom przyszło decydować czy powołać Grodzką, czy też nie. Patrząc jednak z drugiej strony, przykre jest, że ludzie wchodzący w skłąd Prezydium Sejmu, mający w tak dużym poważaniu naród, nie doczekali się żadnej kary poza medialną nagonką. Takie sytuacje będą sprzyjały w przyszłości pojawianiu się kolejnych Brunonów K. Niestety.