Nowe egzaminy na prawo jazdy

Obrazek użytkownika besek
30.01.2013

Coraz więcej szumu związanego z nowymi egzaminami na prawo jazdy. Jedni się burzą, że nowa forma nie nadaje się do niczego, bo zdawalność spadła poniżej 15%. Inni natomiast uważają, że nowe egzaminy są zdecydowanie lepsze, bo kandydaci którzy przejdą test teoretyczny - w przeważającej większości radzą sobie podczas praktycznej weryfikacji umiejętności.

kobieta w samochodzie fot. YURY MARYUNIN

Z niektórych Wojewódzkich Ośrodków Ruchu Drogowego zaczęły napływać niepokojące informacje. Na Śląsku na przykład, w pierwszych dniach obowiązywania nowego egzaminu część teoretyczną zdało prawidłowo tylko 16 na 100 zdających. W Łodzi 5 na 33. A w Zielonej Górze dobrze poradziły sobie jedynie dwie osoby z 75, które podeszły do egzaminu. Co więcej, w tym mieście WORD zaprosił dziennikarzy na prezentację i próbny egzamin. Nie zdał żaden z zaproszonych reporterów, a każdy z nich jest czynnym kierowcą. W grupie zdających pokazowy test znalazł się też dyrektor Ośrodka. On również poległ na nowych pytaniach.

Czym różnią się nowe egzaminy od dotychczasowych? Przede wszystkim formą pytań. Zamiast dotychczasowej, dostępnej publicznie bazy pytań, mamy "tajną" pulę. Tajną, bo nie zostały one w żaden sposób udostępnione. W dodatku zamiast testu zawierającego 18 pytań, teraz jest ich 32. 20 to pytania ogólne, a 12 dotyczy kategorii, na którą zdajemy egzamin. Każde pytanie może być inaczej punktowane, w zależności od przypisanej mu ważności. I na każde z pytań mamy określony czas. Nie można też udzielić odpowiedzi, po czym przejrzeć test i poprawić zauważone błędy. Czas przeznaczony na odpowiedzi to 15 sekund na jedno pytanie w części ogólnej i 50 sekund w części związanej z kategorią prawa jazdy.

Autorzy i pomysłodawcy wprowadzonych zmian tłumaczą, że testy mają lepiej zweryfikować kandydatów pod kątem rzeczywistej jazdy po ulicach. Na drodze nie ma przecież "drugiej szansy". Dowodem na to, że egzaminy działają prawidłowo, są statystyki - większość osób, które przebrną przez test teoretyczny, radzi sobie bez problemu z praktyką. Ma to oznaczać, że przez gęste sito przedostają się tylko ci, którzy rzeczywiście nadają się już na kierowców.

Odnoszę wrażenie, że jest w tym sporo racji. Sam pamiętam swój kurs na prawo jazdy (a było to dobrych kilka lat temu). Absolutnie nie byłem przygotowywany do tego jak jeździć samochodem, a tylko jak zdać egzamin. To, że nadal jest tak samo, widać po głosach oburzonych, którzy skarżą się na forach internetowych na "zbyt trudne testy". Problem w tym, że większość nie zdaje zapewne dlatego, że ośrodki nauki jazdy przygotowały ich wyłącznie do zdania egzaminu. A co potem? Strach pomyśleć co się dzieje, gdy na ulice wyjeżdża kierowca, który nie zna przepisów i nie wie jak się zachować ani komu (i czy) powinien ustąpić pierwszeństwa, bo wykuwał jedynie na pamięć prawidłowe odpowiedzi.

Inna rzecz, że z "przecieków" od osób, które zdawały już egzamin na nowych zasadach, dochodzą też głosy o absurdalnych pytaniach, np. dotyczących minimalnej odległości od skrajni jezdni podczas jazdy na zakręcie. Skoro już oduczamy się wkuwania na pamięć, moglibyśny też pozbyć się nikomu niepotrzebnej, śmieciowej wiedzy. Ta i tak nie przyda się w praktyce, bo odległość powinna być zachowana taka, żeby bezpiecznie pokonać zakręt, a nie wyliczona z wyuczonej regułki.

Jednak, o ile rzeczywiście nowe wersje egaminów przyczynią się do poprawy bezpieczeństwa, bo na drogach znajdą się ludzie, którzy znają przepisy a nie wykuli odpowiedzi na test, to ja się podpisuję obiema rękami. Nawet, jeśli zdawalność miałaby drastycznie spadać. A może zwłaszcza wtedy? Należy pamiętać, że ideą egzaminu nie powinno być to, żeby go każdy zdał. Nie wszyscy mają talent do prowadzenia samochodu, tak samo jak nie wszyscy nadają się do tego by być dentystą.