„Obława” - partyzantka w nowej formie

Obrazek użytkownika Roman Krzywiński
13.05.2013

Donośne ujadanie watahy wilczurów. Szczęk przeładowywanych karabinów i tupot dziesiątek żołnierskich stóp, chrzęszczących po zmarzniętym leśnym poszyciu. Zbliża się niemiecka obława, a wraz z nią Marcina Krzyształowicza próba walki z polskim mesjanizmem. Reżyser i scenarzysta w jednej osobie nie jest nieopierzonym debiutantem lecz, wprost przeciwnie, posiada w swoim dorobku już dwa pełnometrażowe obrazy (Eukaliptus i Koniec wakacji), nominowane do nagrody Złote Lwy, aczkolwiek przyjęte przez publiczność dosyć sceptycznie. Z takim oto doświadczeniem Krzyształowicz postanowił zmierzyć się z bliżej nieokreślonym czasem II wojny światowej i partyzanckiej walki żołnierzy Armii Krajowej, otaczanymi zwykle bezgraniczną czcią przez Polaków. Kolejna historia kolejnych żołnierzy próbujących radzić sobie w czasie wojny na wszelkie dostępne sposoby, niekiedy też te amoralne. Za swoją próbę reżyser doczekał się w końcu uznania rzeszy krytyków, obwieszczających Obławę jednym z najciekawszych polskich filmów ostatnich lat, oraz nagrody Srebrnych Lwów na tegorocznym Festiwalu Filmowym w Gdyni, przegrywając jedynie z filmem Agnieszki Holland - W ciemności.

Obława Kadr z filmu "Obława" | Dystrybucja: Kino Świat

 

Wydarzenia, o których opowiada Obława, dzieją się głównie w lesie oraz małym pobliskim miasteczku, w czasie II Wojny Światowej. Już od początku reżyser buduje w nas poczucie niepewności, wprowadzając głównego bohatera nie bezpośrednio przed ekran, a za pomocą odgłosów niezobowiązującej rozmowy dwóch mężczyzn, których nie możemy od razu zidentyfikować. Dopiero później okazuje się, że jednym z nich jest kapral Wydra (Marcin Dorociński), prowadzący na egzekucję śląskiego żołnierza SS. Jego głównym zadaniem jest wykonywanie wyroków śmierci na kolaborantach i schwytanych Niemcach. Jednak następne zlecenie będzie dużo bardziej skomplikowane, gdyż dotknie osobiście przeszłości Wydry. Konfidentem, którym ma się następnie „zająć”, jest właściciel młyna, Kondolewicz, jego dawny kolega ze szkoły (Maciej Stuhr). Kapral zostanie zaproszony do niego do domu, gdzie spotka jego żonę (Sonia Bohosiewicz), a potem zabierze Kondolewicza na tradycyjną przechadzkę po lesie, poprzedzającą egzekucję. Od tego momentu zaczynamy się zastanawiać co tak naprawdę dzieje się w tej historii.

Marcin Dorociński, odtwórca głównej roli kaprala Wydry (wzorowanej na autentycznej postaci ojca Krzyształowicza), opowiada w wywiadzie dla Wirtualnej Polski, że filmem zainteresował się głównie z powodu ciekawego scenariusza, opartego na nielinearnej narracji. Warto by się przy tym zabiegu technicznym na chwilę zatrzymać, gdyż niewątpliwie przyciąga uwagę widza, który może być znudzony długimi ujęciami we wstępie dosyć prostej historii. Zabawa retrospekcjami, nie chronologicznym układem zdarzeń, przedstawianiem rozmaitych perspektyw i punktów widzenia różnych bohaterów, pobudza widza do dalszego zagłębiania się w fabułę. Początkowo bowiem przedstawiane fragmenty historii z przeszłości powodują chaos i zagmatwanie, a dopiero z czasem, uzupełnione o dalsze elementy układanki, ujawnią motywy bohaterów. Pytanie czy taka igraszka z zabiegami kojarzonymi raczej z filmami akcji, wpłynie pozytywnie na postrzeganie całości obrazu przez widza. Moim zdaniem jest to zabieg o tyle ryzykowny, że w kontekście filmów wojennych mamy do czynienia z niewielką ilością motywów, jakie mogą być wykorzystane w przywoływanych retrospekcjach. Albo dobry bohater schodzi na złą drogę, gdyż powodują nim pobudki egoistyczne, jak np. chęć zysku, albo jest do tego zmuszony, w innym razie bowiem ucierpią jego najbliżsi. Podobnie jest ze złym bohaterem. Taką sytuację mamy w Obławie. Zabieg achronologicznej narracji wydaje się być w tym wypadku niepotrzebny, wywołując tym samym wrażenie sztuczności, poprzez nieprzystawanie do konwencji kina wojennego. Mimo to jest on dosyć efektowny, wyróżniając tym samym Obławę spośród rzeszy podobnych mu filmów, rozliczających się z przeszłością.

W filmach zagrała czołówka naszych aktualnie najlepszych, młodych aktorów, którzy dobrze spisali się na planie. Niezwykle uznana kreacja Marcina Dorocińskiego, czyli kaprala Wydry, jest rzeczywiście godna pochwały. Przedstawia on swoją osobą człowieka zmęczonego życiem, wypranego z emocji i sumienia, wykonującego bez pytania rozkazy zwierzchnictwa, ale jednocześnie mierzącego się z uczuciem, którego nie potrafi wyrazić. To dobra rola, choć można odnieść wrażenie, że nie wykorzystuje on wszystkich środków wyrazu, na które go stać. Rzeczywiście wybija się postać kreowana przez Macieja Stuhra, któremu pierwszy raz powierzono rolę czarnego charakteru. Poradził sobie z nią znakomicie, do tego stopnia, że w pewnym momencie opowieści zaczynamy odczuwać wobec niego współczucie. Uczłowieczył tę postać, która nie jest jednoznacznie czarna, a jednak wciąż zła i wzbudzająca negatywne emocje. Swoją szansę wykorzystała również Weronika Rosati, której tym razem w wyrażaniu emocji nie przeszkadzał makijaż, a ciało nie było jedynie obiektem seksualnym. Mnie osobiście rozczarowała jedynie Sonia Bohosiewicz, która odegrała swoją rolę poprawnie, aczkolwiek nie miała większego wkładu w rosnące napięcie fabularne.

Co niezwykle przyciąga uwagę w tym filmie to na pewno warstwa wizualna. Elementy inscenizacji oraz świetne zdjęcia Arkadiusza Tomiaka pogłębiają klimat depresyjnej surowości czasów wojny. Warto także zwrócić uwagę na ciekawe wyeksponowanie warstwy dźwiękowej. Wybija się ona już od samego początku, gdy na ekranie widzimy panoramę lasu, w którym ukrywają się partyzanci i słyszymy jedynie głosy bohaterów oraz chrzęst liści, po których chodzą. Ostre i wyraźne dźwięki będą nam towarzyszyć aż do końcowych minut filmu, przy minimalizacji muzyki, skomponowanej przez Michała Woźniaka, co zdaje się być zabiegiem świadomym i udanym. Chcąc jak najbardziej zbliżyć się do prawdziwego oblicza obozu partyzanckiego, Krzyształowicz starał się we wszystkich elementach zachować ascetyzm, tak w dźwiękach, jak i w kostiumach. Jedyne co mogło mu się nie udać to dialogi, które momentami brzmią zbyt współcześnie i nienaturalnie.

Obława to zgrabna kompozycja. Można zarzucić jej drobne potknięcia, takie jak gonitwa Wydry za Kondolewiczem w lesie, której ujęcia przystają bardziej do przeciętnej przygodówki. Warto jednak przekonać się na własnej skórze o wyniku eksperymentu z formą jakiego dopuścił się Krzyształowicz, nawet jeśliby nie był do końca udany. Co innego tyczy się tematyki. Mam niejasne wrażenie, że jako Polacy cierpimy na niebezpieczną chorobę, zwaną „ciągłym rozliczaniem się z przeszłością”. Mamy tendencję do nurzania się w historii i popadania ze skrajności w skrajność. To hołubimy polskich cierpiętników i żołnierzy, którzy walczyli za nasze bezpieczeństwo, odczłowieczając ich i wznosząc do rangi świętych, pozbawionych wad. To znowu staramy się wyrwać z zarzucanej nam miłości do martyrologizmu i ukazać tę złą stronę Polaków, co niekoniecznie nam wychodzi, gdyż zawsze

znajdzie się w tle jakieś rozgrzeszenie, którego łapiemy się jak tonący brzytwy. Nie twierdzę, że to źle czerpać z naszych przeszłych doświadczeń i upamiętniać bohaterów, których na pewno przewinęły się tysiące na naszych ziemiach. Jednakże Polska to również kraj, którego tradycja i folklor są podziwiane przez zagranicznych gości, a poruszające historie można usłyszeć na każdym kroku. Możne jednak warto zacząć szukać inspiracji także w tych źródłach miast powielać na nowo cierpiętniczy schemat naszej polskości.

Tytuł: Obława
Reżyseria: Marin Krzyształowicz
Obsada: Marcin Dorociński, Maciej Stuhr, Sonia Bohosiewicz, Weronika Rosatti
Produkcja: Polska 2012