Odchudzanie na zawołanie

Obrazek użytkownika Brama
9.09.2013

Wszyscy to znamy: siedzący tryb pracy, brak ruchu, złe nawyki żywieniowe. Wszystko to razem spowodowało, że od czasu skończenia liceum, gdzie po raz ostatni regularnie zażywałem ruchu, systematycznie przybywało mi kilogramów. Nigdy nie byłem chudzielcem, ale aktualnie ważę o jakieś 17 kilo za dużo, a co roku, w okresie świątecznym, przybywa mi około półtora kilograma. Może nie czuję się jakoś tragicznie i wciąż mieszczę się w drzwiach, ale kondycja już nie ta co kiedyś a i wystający coraz bardziej brzuch coraz trudniej mi ignorować.

Fitnes, ćwiczenia | fot. Benson Kua Aerobik w centrum Toronto | fot. Benson Kua

Czas coś z tym zrobić! Powiedziałem sobie, ale okazało się, że to nie tak łatwo. Początkowe nieśmiałe próby biegania spełzły na niczym. Co ciekawe to nie kondycja stanęła mi na przeszkodzie, ale uporczywy ból piszczeli. Byłem zdziwiony takim obrotem sprawy, dlaczego te piszczele tak mnie bolą? Ostatecznie bieganie porzuciłem, dopiero później przeczytałem, że to bolą mnie mięśnie piszczelowe (Szok, to ja mam takie?) i jak się okazuje, jest to częsta dolegliwość u początkujących biegaczy. Tymczasem wraz z początkiem lipca wsiadłem na rower. Postanowiłem wykorzystać go jako środek lokomocji w drodze do pracy. Dystans to ok 9 kilometrów, który pokonywałem w niecałe pól godziny, jakieś siedem razy w tygodniu. Dodatkowo niedawno zacząłem co któryś przejazd wydłużać o dodatkowe kilka – kilkanaście kilometrów.

Efekty? Raczej mało imponujące. Ważyłem się zawsze o tej samej porze, tuż po porannej toalecie, aby wyniki były miarodajne. Po jakimś miesiącu z okładem straciłem niecałe 2kg, czyli dość mizernie bo wystarczyłoby coś zjeść i wypić by praktycznie efektu nie było widać. Trzeba jednak zaznaczyć, że waga zaczęła iść w dół dopiero pod koniec tego okresu, przez niemal cały pierwszy miesiąc pozostając niewzruszoną na moje wysiłki. Być może był to „przełom” i od tego momentu wyniki miały być bardziej widoczne, ale i tak nie wiem czy w takim tempie do końca sezonu rowerowego znacząco schudnę, a potem co? Zamierzam jeździć tak długo jak pogoda na to pozwoli, innymi słowy tak długo jak o szóstej rano nie będę przymarzał do roweru. Potem powrócę, a przynajmniej spróbuję, do biegania, mając nadzieję, że poprawiona kondycja i rozruszane na rowerze mięśnie na to pozwolą.

Tymczasem ktoś polecił mi „odchudzającą wodę” czyli suplement diety rozpuszczany w wodzie, który ponoć mnie odchudzi. Podobno typowa kuracja trwa trzy tygodnie, ale akurat tego nie udało mi się potwierdzić u źródła, czyli na stronie producenta. Albo szukałem nie dość wnikliwie, bo różnego rodzaju artykuły o dietach i zdrowym trybie życia mnie nie interesowały, producent tak zbudował swoją stronę by przypominała portal o tematyce zdrowotnej.

Postanowiłem przetestować, dla siebie i dla was, ten suplement. Uznałem, że akurat 3 tygodnie to będzie odpowiedni dla mnie okres „kuracji”, po którym zdołam stwierdzić czy preparat jest faktycznie skuteczny czy może wyrzuciłem pieniądze w błoto. Wyniki będę na bieżąco zapisywać tak żebym nie tylko ja miał z tego jakiś pożytek.

Ale co ja właściwie zamierzałem przyjmować?

Wpierw postanowiłem to sprawdzić. Trzy podstawowe składniki to L-karnityna, ekstrakt z rośliny Garciniacambogia (źródło kwasu hydroksycytrynowego HCA) oraz chrom, którym przypisuje się właściwości wspomagające odchudzanie. Słowem kluczem jest tutaj „przypisuje się” – poszukałem nieco i okazuje się, że różne badania na temat ich skuteczności dają odmienne wyniki, nieraz sprzeczne. Wynikać to może z różnej metodologii tych badań czy faktu przeprowadzania ich na niedostatecznej liczbie osób. Jednak ogólna tendencja pozwala wysunąć wniosek, że każda z tych substancji z osobna może wspomóc w jakimś stopniu odchudzanie. Zastosowane wspólnie powinny dać lepszy efekt.

Samo się i tak nie zrobi, ale informacja, że środek tylko wspomaga odchudzanie przemycana jest w reklamie telewizyjnej mimochodem, a hasło reklamowe wręcz sugeruje, że wystarczy przyjmować preparat, a waga spadnie. Co producent tłumaczy tym, że kwas HCA ma hamować apetyt, zaś chrom ma wspierać metabolizm. Zaś L-karnityna uzupełnia dietę osób aktywnych fizycznie. O, czyli jakaś sugestia, że należy też ćwiczyć jednak jest. Oczywiście im głębiej się wczytać w stronę producenta tym wyraźniej widać, że bez diety i ćwiczeń ani rusz.

A co z bezpieczeństwem?

HCA uważana jest za substancję bezpieczną a bardzo rzadkie skutki uboczne ograniczają się do bólu brzucha. Może natomiast obniżyć cholesterol. Podobnie nieszkodliwa jest L-karnityna, która produkowana jest także przez ludzki organizm, jest nam niezbędna do życia i pomaga w spalaniu tłuszczu, jej przedawkowanie może prowadzić do przemijających biegunek czy nudności a jej nadmiar jest usuwany wraz z moczem. Jej suplementacja zalecana jest u osób z nadwagą i u sportowców, w innych przypadkach potrzebna ilość dostarczana jest z pożywieniem. Inaczej wygląda sprawa z chromem, który ma ułatwiać kontrolowanie poziomu cukrów, co może zapobiegać atakom głodu i zmniejszać apetyt na słodkie. Niestety przyjmowanie chromu może wiązać się ze skutkami ubocznymi, takimi jak bóle głowy, wahania nastrojów, niedobory żelaza czy bezsenność oraz inne. W zbyt dużych ilościach może być rakotwórczy i niszczyć DNA komórek.

Na szczęście zastosowana w moim preparacie dawka jest stosunkowo niska (75 mcg), a co za tym idzie bezpieczna, również dawki HCA i L-karnityny nie są jakieś kosmiczne. Oczywiście należy podkreślić, że jest to preparat dla osób, które wraz z przyjmowaniem specyfiku zamierzają prowadzić regularną aktywność fizyczną. Mogę zatem założyć, ze przyjmowanie suplementu w zalecanej dawce (jedna saszetka dziennie) jest całkowicie bezpieczne i o ile nie przyjmę całej kuracji jednorazowo to nie powinienem zmutować w wielkiego żelka. Również sposób dawkowania, czyli rozpuszczenie dziennej porcji w 1,5 litra wody i popijanie przez cały dzień, w moim odczuciu, zwiększa bezpieczeństwo preparatu i zmniejsza ryzyko wystąpienia skutków ubocznych.

A zatem jedziemy!

Dzień 1

Waga wyjściowa: 87 kg

Cóż mogę napisać w pierwszy dzień? Po pierwsze walory smakowe wody przyprawionej specyfikiem: woda robi się nieco słodkawa, jakby z posmakiem wanilii, smak nie jest nieprzyjemny, jednak na dłuższą metę robi się mdły, więc następnym razem dodam do wody również trochę cytryny, to powinno pomóc. Druga rzecz: nie zauważyłem, żeby moje zapotrzebowanie na jadło się obniżyło czy żeby uczucie głodu było mniejsze niż zwykle. W tej materii bez zmian, ale to dopiero pierwszy dzień, zobaczymy co będzie dalej.

Może warto też napisać o dodatkowych założeniach jakie podjąłem: otóż postanowiłem ograniczyć spożycie napojów gazowanych, które niestety uwielbiam, na rzecz wody źródlanej. Nie zamierzam się głodzić, ale ograniczę wielkość spożywanych porcji. Co do aktywności fizycznej to wciąż będę jeździł do pracy na rowerze. Tyle mogę obiecać. Mógłbym tez napisać, że więcej owoców, warzyw, mniej białego pieczywa, zero słodyczy (których swoją drogą i tak wiele nie jem) itd. Ale nie chcę rzucać słów na wiatr. Tym niemniej postaram się.

Dzień 4

Pierwsze „oficjalne ważenie” :-) To oczywiście jeszcze zbyt wcześnie, żeby wyciągać ostateczne wnioski. Przez te trzy dni zrzuciłem ok. kilograma. Dużo? Mało? Nie wiem, wiem natomiast, że przez tydzień przed rozpoczęciem kuracji schudłem mniej więcej podobnie, więc jak by nie było postęp, kilogram nie w tydzień a w pół tygodnia.

Z innych obserwacji: dodanie do wody nieco cytryny faktycznie pomaga, napój nie jest tak mdły. Dalej, zmian w odczuwaniu łaknienia nadal nie zauważyłem, głód odczuwam tak samo, pojawia się nawet szybciej niz zwykle, ale to pewnie ze względu na mniejsze porcje, za to spożywane częściej. Ogólnie jem nieco mniej niż zwykle, za to podzielone na więcej porcji w ciągu dnia, staram się też nie jeść zbyt późno. Za to zdaje się potwierdzać, choć to może być przypadek, wpływ suplementu na lepszą przemianę materii – chodzę za „grubszą potrzebą” rzadziej niż zwykle, czyli mniej materii się marnuje. Mam nadzieje, że nikt nie jadł w czasie czytania tego akapitu :-)

Dzień 10

Weekend, dużo się działo. Jeszcze w piątek, w drodze do miasta, najechałem mocno na krawężnik i przebiłem oponę w tylnym kole, na szczęście miałem gdzie zostawić rower, ale musiał tu zaczekać do poniedziałku, zanim go odebrałem i przetransportowałem do domu. Mam nadzieję, że wystarczy nowa dętka i obędzie się bez wymiany felgi, żebym mógł jak najszybciej wrócić do treningów. W sobotę w końcu udało się wypaść nad jeziorko, wiec trochę popływałem. A wieczorkiem impreza z dawno nie widzianym kumplem (pozdro Krzychu!), więc było kilka piwek, ale wszystko wytańczyłem. Zazwyczaj wiązałoby się to też z kebabem na mieście, czy dwoma, ale tym razem powstrzymałem się od jedzenia po nocy. A w niedzielę rano do pracy, nie ma lekko :-)

Zobaczmy czy i jeżeli tak, to jak, te wydarzenia wpłynęły na moja wagę. Kilogram mniej. Chyba nieźle, jeżeli wziąć pod uwagę, że przez te 4 dni moją podstawową aktywność fizyczną zastąpiłem pluskaniem w wodzie i imprezowaniem. Ogólnie od początku eksperymentu schudłem około czterech kilogramów. Ale i tak najbardziej schudł mój portfel - dzisiaj (wtorek) odebrałem nowe koło, stare niestety się już nie nadawało - musiałem najechać na ten krawężnik już bez powietrza w oponie. Stówka w plecy.

Dzień 18

Piętnastego dnia czekały na mnie dwie niespodzianki, jedna miła, druga już nie koniecznie. Zacznijmy chronologicznie, od tej drugiej: po dwóch tygodniach systematycznego tracenia na wadze nagle wskazówka się zatrzymała i nie chciała iść w dół. Podobno tak się zdarza, że organizm po utracie mniej więcej 10% wagi broni się przed dalszym spadkiem i robi się trudno. Nie wiem na ile to prawda, ale to by pasowało idealnie do mojego przypadku.

A ta miła niespodzianka? Postanowiłem stopniowo wrócić do biegania, żeby zastąpić nim rower, czyli aktualnie moją główną aktywność fizyczną, w momencie kiedy na rower będzie już za zimno (lub rano za ciemno). Po bólach mięśni piszczelowych, których doświadczałem przy wcześniejszych próbach biegania nie było śladu! Mogłem biegać! Nie za daleko co prawda, ale zawsze! Bo biegi to sport znacznie bardziej ogólnorozwojowy niż rower, gdzie pracują głównie nogi. Tym razem to płuca, a nie dolne kończyny, wyznaczały dystans jaki mogłem przebiec.

Dzień 22

Wczoraj przyjmowałem suplement po raz ostatni. Mogę stwierdzić, że uczucie głodu przez ten okres towarzyszyło mi tak jak zwykle, preparat nie spowodował, że stałem się niejadkiem. Przyzwyczaiłem się do smaku „ulepszonej” wody, nie miałem z tym problemu. Poza rzadszymi wizytami w toalecie (co akurat mi nie przeszkadza, ale może też być efektem zmniejszonych "racji żywieniowych") nie zaobserwowałem żadnych skutków ubocznych. Trzecia ręka mi nie wyrosła.

Dobrze, dzisiaj się ważymy: waga przez ostatni tydzień utrzymywała się mniej więcej na stałym poziomie. Drobny spadek jeszcze udało się uzyskać, jednak nie udało się mi przekroczyć „magicznej bariery” poniżej osiemdziesięciu kilogramów. Waga pokazuje osiemdziesiąt i ani grama mniej. Jak łatwo obliczyć straciłem podczas kuracji jakieś 7 kg. To dużo jak na trzy tygodnie? Myślę, że to dobry wynik, może nie rewelacyjny, ale dobry.

A po tygodniu…

…waga wróciła do normy :-( Żartowałem! Udało się jeszcze zrzucić kilogram, stąd też zszedłem z wagą poniżej 80 kilogramów, z czego jestem bardzo zadowolony. Widać, ze dynamika utraty wagi już nie ta sama co wtedy gdy brałem preparat, ale zupełnie się nie zatrzymała. Łącznie straciłem 10 kilogramów, z czego 2 przed rozpoczęciem kuracji, siedem w trakcie trzech tygodni jej trwania i kilogram w tydzień po jej zaprzestaniu. Cieszę się z (być może chwilowego) braku efektu jo-jo, którego się obawiałem. Jeżeli zachowam dotychczasowy "kierat" to powinienem tę wagę utrzymać. 

Czyli co? Odchudzanie na zawołanie?

Chyba jednak nie. Pewnie, suplement diety mi pomógł, z pewnością można tak napisać, myślę, że zawdzięczam mu przynajmniej połowę z tych siedmiu kilogramów.  Jednak to nie było ot tak, nie można  zlekceważyć reszty moich wysiłków. W samym sierpniu przejechałem ponad 300 km rowerem, w lipcu niewiele mniej, jeździłem niemal co dziennie. Zaczął się wrzesień i wciąż jeżdżę, a do tego biegam (idzie mi coraz lepiej). Forma wraca.

Zmieniłem też swoje przyzwyczajenia żywieniowe. Dotychczas lubiłem zacząć dzień w pracy od zupki chińskiej, potem dwie buły z obkładem na śniadanie, duży obiad i kolejne dwie buły na kolację, zazwyczaj dość późno. I jeszcze podjadałem. Teraz na śniadanie owoce, względnie jakiś pomidor; na drugie bułka, w miarę możliwości razowa czy inna pełnoziarnista; obiad podzielony na dwie tury i znowu bułka na kolację. Daje to pięć posiłków dziennie co jakieś 2,5 godziny. Nie jem na noc. Widać, że jest tego mniej, ale co ciekawe nie chodzę głodny, nie muszę podjadać. Dostarczam organizmowi pożywienie akurat wtedy, gdy tego potrzebuje, nie wrzucam „na zapas”. Jeszcze dwa miesiące temu nie pomyślałbym, że otwierając lodówkę i widząc colę oraz wodę źródlaną sięgnę właśnie po tą drugą.

Podobno widać, że schudłem. I czuję się lepiej. Brzusio jeszcze jest i być może nigdy się go do końca nie pozbędę (bo towarzyszył mi zawsze, już taką mam figurę), ale już tak nie odstaje, nawet ja widzę różnicę. Najbardziej się cieszę z częściowo odzyskanej formy, zamierzam dalej biegać, nawet zimą, choć może tylko raz w tygodniu, żeby nie stracić jej do przyszłego roku. Najciężej jest zacząć. Tak naprawdę to w czym najbardziej pomógł mi ten suplement to w znalezieniu motywacji. Bo skoro już go przyjmowałem to chciałem zdziałać jak najwięcej, postarać się. Jaki byłby z tego pożytek dla mnie i dla Was, gdybym olał sprawę, a potem napisał „suplementy diety to ściema, nie wierzcie w to” bez faktycznego sprawdzenia tego jak należy?

Zatem polecam? Napiszę jedynie, że w moim przypadku się udało, dlaczego nie miało by się udać komuś innemu? Dużo osób, którym mówiłem, co przyjmuję twierdziło, że to nie zdrowe, że chemia i można się pochorować, że lepiej tego nie brać, bo szkodzi. Każdy coś, gdzieś, od kogoś słyszał, że to nie dobre. Ja czuję się dobrze. Myślę, na podstawie tego co przeczytałem (ale nie chcę uchodzić za specjalistę), że taki preparat jest bezpieczny. Ostrożność jednak nie zaszkodzi: jeżeli już to niech będzie przyjmowany przez krótki okres i z zachowaniem odpowiednich dawek. I oczywiście z pewnego źródła. Ja nie zamierzam jednak ponawiać kuracji, pomogła mi zrobić pierwszy krok, dalej zobaczę gdzie sam jestem w stanie dojść…