"Ognie na Skałach" - Rafał A. Ziemkiewicz

Recenzja książki

Obrazek użytkownika Marek Adamkiewicz
28.05.2013

Trzykrotny laureat najważniejszej nagrody w polskiej fantastyce (w tym dwa razy za powieść), Rafał Ziemkiewicz, swego czasu zrobił sobie dosyć długą przerwę od opisywania wymyślonych światów. Jednak ciągnie wilka do lasu i można było się spodziewać, że prędzej czy później ów zew okaże się na tyle silny, że coś się z niego urodzi. Taka sytuacja zaistniała w 2005 roku, kiedy to po siedmiu latach od ukazania się „Walcu stulecia”, na półkach księgarni pojawiła się powieść „Ognie na Skałach”. Oczekiwania były duże i jak się później okazało, część czytelników poczuła się nieco zawiedziona efektem finalnym. Jednak, gdy popatrzymy na sprawę chłodniejszym okiem i bez wielkich oczekiwań, okaże się, że dostaliśmy w swoje ręce książkę przynajmniej dobrą.

Fabuła wygląda dosyć prosto. Oto najemny żołnierz, niejaki Żegost, trafia do nadmorskiego królestwa Ruerhu. W wiejskiej gospodzie dowiaduje się od tamtejszych rybaków, że tegoroczne połowy są dalece niesatysfakcjonujące z uwagi na nieobecność w okolicznych wodach łososia, królewskiej ryby, która w znacznej mierze utrzymuje mieszkańców wioski. Szybko wychodzi na jaw, że sprawa może w pewien sposób wiązać się z księciem krainy, Zamborgiem, oraz jego żoną, Khielve, uwolnioną przed laty z niewoli u zamieszkującego na odległej północy maga. Uwikłany przypadkiem w spór z książęcą szlachtą, Żegost, zmuszony jest zająć się sprawą, która kładzie się cieniem zarówno na życiu mieszkańów zamku, jak i miejscowych rybaków.

Czego zazwyczaj spodziewamy się, gdy bierzemy do ręki powieść z gatunku fantasy? Odpowiedź, zawierająca w sobie pojęcia takie jak „przygoda”, „magia”, „akcja”, będzie jak najbardziej uzasadniona. I właśnie brak większego natężenia tych konkretnych składowych zaskakuje chyba najbardziej. Jednak, paradoksalnie, jest to przy okazji najmocniejsza strona „Ogni na Skałach”. Ziemkiewicz zdecydował się na swoistą kameralność w świecie, w którym istnieje magia, zdając się na moc swojego pisarskiego stylu. Wyszło mu znakomicie. Historia, mimo że prosta jak konstrukcja cepa i praktycznie od samego początku dosyć przewidywalna, posiada w sobie coś, co nie pozwala się nudzić i narzekać na brak większego zapętlenia.

Akcja rozwija się dosyć powoli. Taki zabieg może wydawać się dosyć dziwaczny, gdy spojrzymy na nie największą objętość powieści, lecz w ostatecznym rozrachunku okazuje się, że autor wie co robi. Wydarzenia wynikają logicznie jedno z drugiego i do niczego nie jest im potrzebne zawrotne tempo. Tutaj bardziej chodzi o bohaterów i ich wzajemne relacje. Żegost powoli odkrywa, że to co najważniejsze kryje się właśnie w relacjach między księciem Ruerhu, a jego żoną.

Od konkretnego czytelnika zależy jak będą postrzegani bohaterowie. Bardziej zainteresować się można w zasadzie tylko jednym, tym głównym. Należy przy tym jednak zauważyć, że i o Żegoście nie dowiadujemy się wiele. Przez cały czas owiany jest on mgiełką tajemnicy. Co i rusz otrzymujemy sugestie, że może być kimś więcej, niźli zwykłym żołdakiem, jednak autor w żaden sposób nie rozwija tego tematu. Takie rozwiązanie dla jednych może być rozczarowujące, jednak ja odbieram je bardziej jako coś intrygującego. Dostajemy coś, nad czym sami możemy pogłówkować i dopowiedzieć sobie resztę. Bywa, że takie rozwiązanie jest ewidentnie wynikiem wynikiem braku dobrych pomysłów jak daną postać poprowadzić, jednak w tym przypadku idzie odczuć, że to nie w tym rzecz. Ten bohater miał taki być, jego owiana tajemnicą przeszłość miała stanowić dla czytelnika frapującą zagadkę. Wyszło znakomicie.

Bez pośpiechu, kameralnie i z dużymi niedopowiedzeniami. Tak ostatecznie jawią się „Ognie na Skałach”. Wyszło nietypowo, ale także bardzo dobrze. Opowiedziana historia miała w sobie to przysłowiowe „coś”. A świat, w którym rozgrywała się akcja powieści, ma w sobie spory potencjał, i mimo świadomości, że raczej była to zamknięta całość, przyznam, że ze sporą przyjemnością przeczytałbym kolejne umiejscowione w nim opowieści. Jednak nawet jeśli do tego nie dojdzie, nie będę płakał. Są bowiem „Ognie na Skałach”, do których zawsze można wrócić, ciesząc się obcowaniem z tą, przez lakoniczność silną historią.

Ognie na Skałach

Przekład:
Wydawca:
Rok wydania:
2005
Liczba stron:
240
ISBN:
83-89011-81-6
Ocena:
8
10
Zrecenzował: