Okiem Czesia - rozdział II historii pewnego kota

Obrazek użytkownika Iwona Łapińska
17.04.2013

Witam się ponownie z pokłonem do kolan. Słyszałem, że moja historia wzbudziła w sieci sporo emocji. Oczywiście spodziewałem się tego, ale i tak jestem bardzo miło zaskoczony. Jak już wspominałem wcześniej, nie zamierzam spocząć na laurach i poprzestać na pierwszej części. Z przyjemnością zapraszam zatem do lektury kolejnego rozdziału mojej biografii.

kocia łapka Czesio z innej perspektywy | fot. Iwona Łapińska
  • koty

 

Zaczynamy w miejscu, w którym moja piękna Ciemnowłosa dumnym krokiem wynosi mnie z niezbyt przyjemnych działek, aby podarować mi moje nowe, cudowne życie. Życie, o którym marzyłem i na które oczywiście zasłużyłem. To jasne, że członek hrabiowskiego rodu nie może na stałe mieszkać w altanie. Wyglądaliśmy razem jak Bonnie i Clyde. Razem gotowi na wszystko – a najchętniej na gotowaną rybę. Dzisiaj wiem, że te pierwsze 6 miesięcy mojego życia były tylko krótkim okresem przejściowym, ale wtedy ciągnęły się jak flaki z olejem. W przeciwieństwie do kolejnych 6 lat, które minęły mi już nie tylko znacznie szybciej, ale przede wszystkim w iście królewskim stylu. No może tylko czasami wydarzyło się coś nietypowego. Ale o tym za chwilę.

Droga z ogródków działkowych do mojego nowego pałacu nie była długa. W zasadzie to jakbym się dobrze przyjrzał to było go widać z altany, w której ostatnio mieszkałem. To musiało być przeznaczenie, ze moi poprzedni Dorośli przywieźli mnie aż tutaj. Inaczej Ciemnowłosa mogłaby nie mieć tyle szczęścia, żeby mnie odnaleźć. Szliśmy oddalając się od działkowej bramy. Ja z dumą oglądałem się za siebie, czy na pewno wszyscy moi koledzy widzą, jakie mnie szczęście spotkało. No i patrzyli, tyle że wcale nie wyglądali na zazdrosnych. Zauważyłam nawet jakieś niemrawe uśmieszki. Jakby się cieszyli, że już nie będę zajmował im miejsca w altanie. Ale to przecież niemożliwe! Na pewno później za mną tęsknili. Przecież dobrze urodzony kot w towarzystwie to prawdziwy skarb.  Ale cóż miałem zrobić, przecież nie mogłem tam zostać w imię dobra ogółu działkowych kotów. Od tego dnia liczyła się już tylko Ciemnowłosa i wszystko, co z nią związane. Chociaż wtedy jeszcze nie wiedziałem, co takiego wiązać się z nią może. Chwilę później miałem już okazję trochę tego wszystkiego zasmakować.

Krótkim, ale bacznym spojrzeniem ogarnąłem wnętrze mojego nowego pałacu. Metraż nie był jakiś olśniewający – może 60 m2 wszystkiego. Zdzisław na pewno by się tu nie zmieścił. Ale dla mnie – małego, ślicznego kotka przestrzeni wystarczyło aż nadto. Było pięknie – miękka kanapa, puszyste dywany i telewizor! Wszystko, czego potrzebowałem. A najważniejsze, że była tam specjalnie przygotowana na moje przybycie toaleta (ludzie nazywają ją kuwetą). W tych spartańskich warunkach, w jakich przebywałem ostatnio bardzo mi tego luksusu brakowało. Nie oglądając się na nic pobiegłem z niej skorzystać. Widziałem zdziwienie w oczach Ciemnowłosej. Ale musiałem to zrobić aby jej pokazać, że jestem cywilizowanym kotem i że załatwianie się w krzakach nie leży w mojej hrabiowskiej naturze. To tak na wszelki wypadek, jakby miała jeszcze jakieś wątpliwości co do mojej wyjątkowości. Po skorzystaniu z toalety postanowiłem rozejrzeć się po okolicy. Nagle, całkowicie się nie spodziewając, ujrzałem w kącie za drzwiami dwoje niezadowolonych oczu. Kto to? Pomyślałem. Przecież miało być tak pięknie – ja, Ciemnowłosa i wspólne wieczory przy National Geographic. A tu znowu ktoś mnie lubi. Wydawało mi się, że tego już za wiele.

Te niezadowolone oczy okazały się należeć do burej kotki. Już wiedziałem, że Ciemnowłosa nie jest jedyną, którą musiałem do siebie przekonać. Zaczęły się dobrze mi znane prychanie i syczenie. Miałem już doświadczenie w obłaskawianiu agresywnych kotów, więc i z tej nieszczęśliwej sytuacji postanowiłem wyjść obronną ręką. Znowu musiałem obudzić w sobie aktora. Niczym Król Lew, krokiem pewnym, acz nienapastliwym ruszyłem w jej (burej kotki) stronę. Niestety ta nieprzyjazna istota nie dawała się omamić moim urokiem. Wyglądała jak Arnold Schwarzenegger w pierwszej części Terminatora. Syczała coraz głośniej, aż w końcu pacnęła ostrym jak gilotyna pazurem w mój nos. Krew się polała i zabolało trochę. Nie będzie łatwo – pomyślałem. Natychmiast podjąłem decyzję, że nie będę się chwilowo narzucał. Przeprosiłem spojrzeniem i wycofałem się z gracją. Postanowiłem grzecznie poczekać, aż Mrunia (okazało się, że tak ma na imię) sama się do mnie przekona. Miałem nadzieję, że Ciemnowłosa również mi w tym pomoże. Tymczasem rozglądałem się dalej. Mniej więcej 10 minut zajęło mi zbadanie wszystkiego co tam było. Kanapa, meble, zlew, prysznic, stół – nic nie umknęło mojej uwadze. Matko, jaki ja byłem wtedy szczęśliwy! Wiedziałem, że już nigdy więcej niczego mi nie zabraknie. No może oprócz tej gotowanej ryby. Muszę przyznać, że nie za często dana jest mi ta przyjemność. Pierwsza kolacja w nowym domu nie była ani rybą, ani nawet zupą z kraba. Ciemnowłosa podała mi jakieś suche, twarde granulki, których dotychczas nie jadłem. Strasznie mnie po nich zasuszyło. Jednak z szacunku dla mojej wybawicielki zjadłem wszystko i nic a nic nie dałem po sobie poznać, że mi nie smakowało. Pomyślałem, że może to tak jednorazowo – na odrobaczenie czy coś. Później okazało się niestety, że miało to być moje codzienne jedzenie. Ale i tak nie marudziłem, bo przecież nigdy więcej już nie miałem być głodny. A że i tak dostaję niekiedy tuńczyka z puszki, to narzekać nie będę. Oprócz tego sam też potrafię upolować niezłe kąski. Szczególnie wtedy, kiedy Ciemnowłosa zapomni coś schować po ugotowaniu. Nie przeoczę żadnej nadarzającej się okazji. Jestem stale w pełnej gotowości na taką ewentualność. Ciemnowłosa niestety też i coraz trudniej o takie momenty. Ale ku mojemu szczęściu i jej czujność czasem zawodzi.

Przekonywanie Mruni zajęło mi około tygodnia. Z każdym dniem syczała coraz ciszej i rzadziej, aż w końcu chyba jej się całkiem znudziło (lub może zachrypła), bo przestała zupełnie.  Zaczęła nawet przechodzić obok mnie, ale zawsze z wysoko postawionym ogonem. Ja pozwalałem jej myśleć, że to ona jest tutaj najważniejsza. Choć nie ulega wątpliwości, że to właśnie ja jestem najfajniejszym kotem. Dumna była niebywale. Zresztą nie tylko wtedy. Jej charakter nazwałbym ostentacyjnie nadętym. Nie dawała się przekonać ani na wspólne zabawy, ani na wspólne spanie. Zawsze z dystansem obserwowała co robię. Ale wszystko do czasu. Swoim urokiem osobistym i zdolnościami aktorskimi pewnego pięknego dnia udało mi się niepostrzeżenie położyć tak blisko niej, że bliżej się już nie dało. Udawała, ze śpi. Widziałem jednak, że kątem oka spojrzała na mnie, po czym znów zamknęła oczy. Mruni już chyba też ten cały dystans przeszkadzał, więc pozwoliła mi tak niby niechcący przy niej zasnąć. Było super, ogrzewaliśmy się nawzajem całą noc – pierwszą, ale na pewno nie ostatnią. Potem było już tylko lepiej. Coraz więcej wspólnych zajęć i zabaw. Razem z Ciemnowłosą staliśmy się fanami Boba Marleya i horrorów. Każdy następny dzień przynosił nowe doznania a przy okazji stabilizację, której tak bardzo mi było potrzeba.

W ten oto sposób zyskałem kolejną przyjaciółkę – moją Mrunię! Okazała mi się prawie tak bliska jak Ciemnowłosa. Czasem nawet wydawało mi się, że jako osobnik mojego gatunku rozumie mnie lepiej. Ale nie będę tu porównywał. Obie odgrywały w moim życiu pierwszoplanowe role.

Ps. Tak właśnie zakończę drugi rozdział mojego pisania, ale zapewniam, że to dopiero początek. Już mi się ogon zawija, żeby opowiedzieć Wam resztę. Ale to później... Już i tak zaniedbałem domowe obowiązki tym moim pisaniem. Muszę trochę się poudzielać, żeby moi nie pomyśleli, że o nich zapomniałem. Miau!!!

Wasz Czesio