Ola Trzaska o wszystkim

Obrazek użytkownika ekowalczyk
29.05.2013

 

Ola Trzaska - wokalistka, flecistka, songwriterka. Jednym słowem dusza artystyczna. Opowie nam o swojej pasji do muzyki. Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Olą, który przeprowadziła Ewelina Kowalczyk.

Ewelina Kowalczyk: Swoją muzyczną przygodę rozpoczęłaś w wieku 8 lat, grając na fortepianie. Skąd pojawił się pomysł u tak młodej dziewczynki, aby uczyć się gry na tym instrumencie?

Ola Trzaska: Pomysł w zasadzie nie był mój... Ja wtedy bawiłam się we wszystkie „dziewczyńskie” zabawy. Moi rodzice zadecydowali o tym, co ze mną będzie od samego początku. Zaczęłam od zajęć umuzykalniających w przedszkolu i to miało mnie przygotować do muzycznej szkoły gdzie zwykle rozpoczynało się od fortepianu, albo od skrzypiec. Padło na fortepian bo od dziecka miałam go w pokoju. Rodzice oboje ściśle związani byli z muzyką – nie wyobrażałam sobie wtedy innej drogi... Za tę decyzję kłaniam się im w pas po dziś dzień.

EK:  Mimo gry na fortepianie bardziej znana jesteś z gry na flecie, który towarzyszy Ci do dnia dzisiejszego, jak natrafiłaś na ten instrument. Co on zmienił w Twoim życiu?

OT: Z powodu układu (śmiech). Moja mama bardzo surowo podchodziła do ćwiczenia na instrumencie - Jako muzyk wiedziała ile czasu należy mu poświęcić, a ile poświęcałam go ja.  Dla zwiększenia efektywności gry na pianinie, ćwiczyła ze mną  - czego obie nie znosiłyśmy. Bez wątpienia był to konflikt interesów. Mama wymyśliła, że idziemy na pewien układ. Miał on polegać na tym, że ona przestanie ćwiczyć ze mną, ale mam wybrać sobie inny instrument (o zmianie szkoły nie było mowy - uwielbiałam ją). Wybrałam flet. I rzeczywiście wiele zmienił. Nic innego nie nauczyło mnie tak mocno co znaczy systematyczność, poświęcenie, pasja, mobilizacja, niezależność i... prawdziwa rzemieślnicza praca. Razem z nim przechodziłam wszystkie fascynacje muzyczne, dojrzewałam emocjonalnie. Flet i „muzyka”  okazały się szeroką drogą. Rzadko kto zdaje sobie z tego sprawę, ludzie myślą, że  sprowadza się to jedynie do wykonywania jednej rzeczy np. gry na intrumencie, podczas gdy buduje się kręgosłup emocjonalny człowieka, który ma istnieć całe życie. Wszystkie zdarzenia muzyczne, rzeczy których w szkole czasem nie chcemy znać – okazują się potrzebne i procentują - siedząc w podświadomości. To jest świat, którego można tylko pozazdrościć.

EK: Czy wspólne ćwiczenia z mamą nie psuły waszych relacji?

OT: Psuły, to naturalne. Każde dziecko zachęcane na różne sposoby do pracy, w którymś momencie nie reaguje na „sposoby” po prostu ma dość i chce robić coś innego. Ja  tak miałam w  wieku 7-10 lat. Obecnie kontakt z mamą mam wyśmienity i wiele jej zawdzięczam. Silna i mądra kobieta.

EK: Kiedy pomyślałaś, że śpiewanie jest tym co chcesz robić w życiu?

OT: Jak miałam 15, albo 16 lat. Pojechałam  do Warszawy na warsztaty jazzowe, które prowadziła Dorota Miśkiewicz. Wyrwałam się ze szkoły pod pretekstem ostrej grypy na jedną z ważniejszych wycieczek, które mi się przytrafiły. Akompaniował grupie wokalnej Bogdan Hołownia, który w tak piękny sposób opowiadał o spotkaniach z muzykami z całego świata i o jazzie, że nie chciało się słuchać niczego innego. To była teoria. Praktyką zaopiekowała się Dorota. Kupili mnie oboje – i nadal to robią. Duży ukłon należy się również Uli Dudziak. Pracowałyśmy ze sobą cztery lata i bardzo się do siebie zbliżyłyśmy. Powiedziała mi kilka słów, które zaważyły o tym gdzie jestem teraz. Potem było już tylko lepiej. Na mojej drodze stanęła znakomita kobieta i jedyna polska swingująca wokalistka jazzowa Iza Zając. Postawiła przysłowiową kropkę nad i.

Co to były za słowa?

OT: Bardzo osobiste, nie mogę się tym podzielić :)

EK: Za sobą masz wiele festiwali, który z nich wspominasz najlepiej?

OT: Żaden. Nie lubie festiwali, konkursów, w kontekście śpiewania, czy grania.  Nie odpowiada mi panująca tam atmosfera. W świecie zawodowy, w którym jestem zdarza się, że ludzie przegrywają ze swoim ego. Bardzo nad tym ubolewam, to skutecznie utrudnia zbudowanie normalnych relacji, a na tym opieram swoje istnieje. W kontekście spotkań na polu prywatnym to już inna historia. Wspólne biesiadki zawsze powodują pękanie wszelkich szwów i to pasuje mi bardzo.

EK: Co chcesz przez to powiedzieć mówiąc, że przegrywają z własnym ego?

OT: Wypowiem się patrząc na to zjawisko bardzo ogólnie, nie tylko podczas wyjazdów konkursowo festiwalowych, ale w kontekście wspomnianego świata zawodowoego. Padają ofiarą samego siebie. Ciągłe zainteresowanie ich osobą dla celów nakarmienia ego - obsesja na własnym punkcie. Całe to przewrażliwienie i brak dystansu do siebie. Takich znajomości w ogóle nie traktuję poważnie. Nie tracę czasu.

EK: Uczysz śpiewu. Powiedz, w jakiej roli lepiej się sprawdzasz, jako instruktorka śpiewu czy też jako wokalistka, artystka?

OT: To są zupełnie różne doświadczenia. Nauka pomaga w rozwoju nie tylko ludziom z zewnątrz, ale też mnie. Żeby nauczyć trzeba wiedzieć jak się to robi, a sposobów jest tysiące, ludzi, którzy śpiewają tyle samo, a droga jedna, do każdego indywidualnie dobrana. Scena z kolei jest weryfikacją tego wszystkiego co opisałam wcześniej. A jak się sprawdzam? Poświęcam temu tyle samo uwagi – zapraszam na koncerty!

EK: Co kryje się pod tajemniczą nazwą projektu Sextet?

OT: Nie jest to raczej tajemnicza nazwa. Stworzyłam skład zespołu zamykający się w sześciu osobach i nie znalazłam w swojej głowie innego pomysłu jakby to krótko opisać.

EK: Kim są te 6 osób tworzące z Tobą zespół?

OT:  Bardzo dobre pytanie! Cieszę się, że zapytałaś, bo Ola Trzaska sextet, to nie tylko ja i zawsze to podkreślam. Nigdy nie stworzyłabym takiego projektu, gdyby nie te duszyczki. Dobierając skład brałam pod uwagę nie tylko umiejętności, ale również relacje z człowiekiem. Zespół, koncerty, próby to część mojego życia – tego codziennego. Nie wyobrażam sobie ciągłego spięcia albo krążącej mendozy z muzykiem tylko dlatego, że jest świetny. Energia między ludźmi jest podstawą tworzenia, gwarancją udanej wpsółpracy. Takim szczęściem chwalę Marcina Piękosa, Michała Tomaszczyka, Andrzeja Święsa, Sebastiana Kuchczyńskiego i naszego gościa specjalnego Nathana Williamsa.

EK: Jesteś autorką tekstów, piszesz w języku angielskim. Czy takie tworzenie w obcym języku nie wymaga przypadkiem dwojakiego skupienia?

OT: Nie zastanawiam się nad tym. Angielski mi leży spójniej z linią melodyczną, dzięki czemu bliższy jest efektowi jaki słyszę w głowie, a z polskim to już zawikłana historia.

EK: Łatwo jest przełożyć to, co siedzi w głowie na obcy język?

OT: Dla mnie łatwiej. Wychowałam się na muzyce pochodzącej zza oceanu. Wszystkie frazy, kolory harmoniczne wyniosłam stamtąd. Może dlatego jest mi to bliższe. Na razie nie umiem tego tak zgrabnie łączyć i się tym bawić. Od tego są, przynajmniej powinni być, ludzie, którzy się w tym szkolą latami. Poza tym nie skupiam głównej uwagi na tekscie. Pozostawiam to gatunkowi poezji śpiewanej. Oczywiście staram się go nie bagatelizować, ale cel jaki sobie stawiam w moich utowrach to spójność tekstu i muzyki. Dlatego piszę często jednocześnie.

EK: Jak głoszą wszelkie wieści pracujesz nad swoją solową debiutancką płytą, jaka ona będzie, i kiedy możemy jej się spodziewać?

OT: Będzie wspaniała, to na pewno!!! Będzie wymagała uwagi i skupienia o co będę zabiegać wszelkimi sposobami. Planujemy wydać ją już jesienią.

EK: Skąd czerpiesz wzorce muzyczne?

OT: Inspiruję się wszystkim, co wartościowe, staram się tym otaczać. Oczywiście mam swoich idoli, ale to tylko sfera postrzegania tego co dopiero ma nadejść.

EK: W takim razie czyją twórczością fascynujesz się, kim są twoi idole?

OT: Zachwyca mnie styl i fraza Steviego Wondera wracam do Michaela Jacksona - to jest po prostu ponadczasowe. Wokalnie przeszłam też przez Gino Vanelli, Chaka Khan - bezbłędni. Poza tym zawsze otwarta jestem na takich jak Gregory Porter, Nancy Wilson, Carmen McRea, a tematy Billy  Harpera - o każdej porze!!! Potańczyć lubie zawsze tylko przy Earth, Wind and Fire, Isley Brothers, Marvyn Gaye. Ubiegły rok minął pod hasłem Glasper i Spalding, wspaniali. Rockową częścią serca jestem przy the Police i TOTO - podobno przyjeżdżają do Łodzi w lecie, jestem zachwycona i chciałabym tam być!

EK: I może tak na koniec. Jakie plany na najbliższe miesiące?

OT: Koncerty i przygotowanie płyty. Chciałabym w planach uwzględnić wiele wydarzeń z nią związanych, ale uzależnione jest to od hojnych kulturoholików. Pozdrawiam ich i zapewniam, że chętnie odbiorę od nich telefon. I oczywiście zapraszam na najbliższe koncerty.