"Płyńcie łzy moje, rzekł policjant" - Philip K. Dick

Recenzja książki

Obrazek użytkownika Brama
10.06.2013

Biorąc do ręki „Płyńcie łzy moje, rzekł policjant” stanąłem przed dylematem jaki, zapewne, trapi każdego recenzenta mającego „oceniać” klasykę. Czy mam prawo to zrobić? Niby tak, w końcu każdy ma prawo do własnego zdania, jednak Philip K. Dick to pisarz o ugruntowanej pozycji, wręcz otoczony kultem. Czy zatem jeżeli książka mi się nie spodoba i napiszę negatywną recenzję to nie wystawię się na pośmiewisko? To trochę tak jakby powiedzieć, że Mona Lisa to żadne dzieło sztuki. Czy zatem powinienem się tego podjąć?

Muszę się przyznać, z twórczością Philipa K. Dicka nie miałem do tej pory styczności. A przynajmniej nie bezpośrednio, bo pośrednio owszem – poprzez ekranizacje jego książek czy opowiadań takie jak kultowy Łowca Androidów, równie kultowa (dla niektórych) Pamięć absolutna z Arnoldem Schwarzeneggerem, czy bardziej współcześnie Raportem mniejszości oraz remakem Pamięci Absolutnej z Colinem Farrellem w roli Arnolda. Zwyciężyła zatem ciekawość i chęć poznania klasyki gatunku SF.

Sięgając po książkę spodziewałem się ciężkiej i mało przystępnej lektury, jednak napisaną w 1970 roku powieść czyta się zdumiewająco lekko. Autor okazuje się humanistą, a nie umysłem ścisłym, nie zanudza nas teoriami naukowymi i nie męczy opisami zasad działania futurystycznych wynalazków. Nie znaczy to, że lektura nie zmusza czytelnika do myślenia, wręcz przeciwnie: Dick jest filozofem, bada skomplikowaną ludzką naturę. Czytelnik musi nadążyć za jego myślami. Atrybuty science fiction są tu obecne, ale pełnią jedynie rolę tła. Mieszkańcy latają ślizgaczami, ale równie dobrze mogły by to być dorożki.

Akcja rozgrywa się w niedalekiej, dla autora, przyszłości bo w 1986 roku, niestety Dick nigdy nie przekonał się co do słuszności swoich „przepowiedni” – zmarł cztery lata wcześniej w wieku 54 lat. A wizja ta nie jest bynajmniej optymistyczna. Stany Zjednoczone to mocarstwo podnoszące się z kolan po wyniszczającej wojnie domowej. W imię bezpieczeństwa władzę przejęła policja, która w sposób nieograniczony inwigiluje społeczeństwo. Upadły uczelnie, studenci są wyjętymi z pod prawa wyrzutkami żyjącymi w komunach na terenach kampusów. Ci, którzy podpadną władzy wysyłani są do obozów pracy.

Jason Taverner jest showmanem i piosenkarzem, jego cotygodniowy program śledzi każdorazowo 30 milionów widzów. W tym ponurym świecie żyje jak pączek w maśle. Pewnego dnia budzi się w obskurnym pokoju podrzędnego hotelu. Nie wie jak się tam znalazł, nie ma przy sobie dokumentów, na domiar złego okazuje się, że nikt go nie zna. Jego agent nigdy o nim nie słyszał, kochanka nie rozpoznaje, w bazie danych nie ma o nim żadnej wzmianki a jego audycji próżno szukać w programie telewizyjnym. Jedyne co mu pozostało to spora sumka gotówki, którą miał przy sobie, inteligencja oraz urok osobisty.

Świadomy tego, że brak dokumentów to dla niego niemal pewny wyrok, a rozmieszczone co kilka ulic stacje kontrolne nie pozwolą mu przejść, decyduje się na desperacki krok. Przekupuje recepcjonistę hotelu aby ten skontaktował go z fałszerzem, który podrobi dla niego dokumenty. Pechowo, gdyż ten okazuje się policyjnym informatorem. Jasonwi udaje się z tego wytłumaczyć, ale nieszczęśliwie zwraca na siebie uwagę wysoko postawionego oficera policji, Feliksa Buckmana, który w braku jakichkolwiek informacji o Tavernerze we wszechwiedzących bazach danych dopatruje się kryminalnego źródła i szeroko zakrojonego spisku.

W książce stosunkowo mało jest akcji, główny bohater próbując rozwikłać zagadkę gubi się, miota, zrezygnowany zdaje się na łaskę dopiero co poznanych postaci. Nie należy tego jednak postrzegać jako wadę czy brak inwencji autora. W ten sposób doświadczamy na własnej skórze bezsens i beznadzieję otaczającego świata, w którym jednostka jest nic nie warta. Dla równowagi Dick umieścił w powieści ciekawe, autentyczne postacie kierujące się własnymi motywacjami. Dużym atutem są także soczyste i niewymuszone dialogi, momentami wulgarne, ale bez przesady.

Na uznanie zasługuje też piękne wydanie, w twardej oprawie z obwolutą, okraszone okładką i świetnymi rysunkami Wojciecha Siudmaka - polskiego malarza - utrzymane w stylu realizmu fantastycznego.* Czytelnicy Po Przecinku powinni już znać jego prace - zdobią one również nowe wydania książek z cyklu Diuna opisywane przez Marka. Samą powieść, niezbyt obszerną, poprzedza przedmowa Tima Powersa (innego autora fantastyki), który poznał osobiście autora. Dowiadujemy się z niej o niezwykłej i niezamierzonej paraleli pomiędzy perypetiami bohatera a losami autora już po napisaniu powieści. Przedmowę zatytułowaną "Serce przeszyte strzałą" polecam jednak przeczytać po, a nie przed przystąpieniem do głównego dania.

Zakończenie. Coś wypadało by na nie napisać. Wbrew moim obawom książka okazała się świetna i równie świetnie się ją czyta. Zadziwiająco współczesny wydaje się być język jakim jest napisana biorąc pod uwagę, że powstała ona ponad 40 lat temu. Philip K. Dick roztacza przed czytelnikiem wizję ponurego świata atmosferą i klimatem zbliżonego to tego przedstawionego w filmie Blade Runner, jeżeli ktoś zna (ktoś nie zna?) ten obraz to bez problemu odnajdzie się także i tutaj. Dick wskoczył u mnie na wysoką pozycję na liście autorów, których należy znać. Z pewnością przy najbliższej okazji nadrobię moje zaległości w twórczości tego autora.

* Nie staram się być na siłę mądry - tę informację znaleźć można na obwolucie książki :-)

Płyńcie łzy moje, rzekł policjant

Rok wydania:
II 2013
Liczba stron:
312
ISBN:
978-83-7510-994-8
Ocena:
8
10
Zrecenzował: