Prometeusz (reż. Ridley Scott) - Recenzja

Obrazek użytkownika Marek Adamkiewicz
9.08.2012

Najnowszy obraz Ridleya Scotta to nie tylko jedna z najbardziej oczekiwanych premier tego roku. Na ten film fani czekali od momentu, gdy pojawiły się pierwsze informacje o planowanym prequelu serii „Obcy”. Oczekiwania sięgnęły bardzo wysokiego pułapu, gdy okazało się, że za kamerą ma stanąć reżyser pierwszego filmu z tego kultowego już dzisiaj cyklu. Zaczęły też pojawiać się pytania, czy Scott, który od dłuższego już czasu nie miał kontaktu z kinem science fiction, poradzi sobie z presją i da widzom kolejną niezapomnianą podróż do kosmicznej krainy - pełnej strachu, ale także emocji i zaskoczeń. W końcu taki był pierwszy „Obcy” i tego też wielu oczekiwało po „Prometeuszu”. Jednak czy warto wchodzić dwa razy do tej samej rzeki?

fot. www.prometheus-movie.com

Osią fabuły filmu jest historia statku „Prometeusz”, lecącego w misji badawczej, na pewną odległą planetę. Na tym globie naukowcy, z dr Elizabeth Shaw i jej partnerem, dr Charliem Hollowayem na czele, mają nadzieję znaleźć odpowiedzi na pytania skąd wzięła się ludzkość i co łączy ją z tajemniczymi malowidłami, znajdowanymi na całej szerokości naszej planety. Niektórzy z członków ekspedycji wiedzą oczywiście więcej, przygotowani są więc na to, że to, co mogą znaleźć u celu podróży, niekoniecznie musi być tym, co spodziewa się odkryć grupa badaczy. Android David wydaje się mieć inne plany, bardziej służące celom korporacji, która stoi za rejsem „Prometeusza”, niż czystej chęci odkrywania. To, z czym załoga statku zetknie się w odległym świecie, może okazać się zarówno wspaniałym naukowym odkryciem, jak i ostateczną zgubą ludzkości.

Bez wątpienia jednym z najmocniejszych punktów filmu są znakomite zdjęcia. Odpowiedzialny za nie Dariusz Wolski wykonał świetną robotę. Niektóre ujęcia po prostu zapierają dech w piersiach, są niezwykle sugestywne i czarują widza majestatem. W tym miejscu wypada przyznać, że w znaczący sposób pomogła w tym technologia 3D. Zazwyczaj jestem sceptyczny wobec jej używania w kinie, gdyż najczęściej scen w trzech wymiarach nie tylko jest tyle, co kot napłakał, ale w dodatku ich jakość pozostawia wiele do życzenia (chwalebnym wyjątkiem jest „Avatar”, jedyny chyba film, którego nie wyobrażam sobie bez 3D). W warstwie wizualnej „Prometeusz” jest zatem filmem niezwykle „miodnym”. Problemem jest tylko fakt, że inne elementy dzieła nie są już tak perfekcyjne…

Weźmy jako przykład kwestię aktorstwa. Nie będę ryzykował żadnych tez, że aktorzy zagrali słabo, co to, to nie. Gdybym tak powiedział, zwyczajnie minąłbym się z prawdą. Chodzi o to, że nie uświadczymy tu żadnych kreacji wybijających się ponad przeciętność. Nie znajdziemy charakterów, gotowych swoją siłą pociągnąć cały film do przodu. Gdzież bowiem takiej dr Shaw równać się z niezapomnianą Ellen Ripley? Toż to zwyczajnie nie ten kaliber. Niby w obu przypadkach mamy do czynienia z twardymi kobietami, lecz jeśli chodzi o sympatię widza, wygrywa tylko jedna z nich. I to przez nokaut. Także inni bohaterowie nie są w stanie przyciągnąć uwagi widza, ich losy oglądamy z dużą dozą obojętności. Na plus wyróżniłbym jedynie Michaela Fassbendera, jako androida Davida. Tego bohatera udało się uchwycić w ciekawy sposób. Niby wie, że jest androidem, ale jego rozważania przypominają nieco dylematy, jakie Scott zaprezentował ongiś w „Łowcy Androidów”. Taki stan rzeczy to, jak dla mnie, duży plus. To jednak standard w tej serii. Postacie mechanicznych ludzi zawsze były odgrywane perfekcyjnie. Wspomnijmy chociażby Bishopa, czy Asha.

Sporym rozczarowaniem jest także warstwa fabularna „Prometeusza”. Scott chyba nie do końca wiedział, w jakim kierunku chce podążyć. Panuje tu swoisty przesyt pomysłów. Raz mamy wrażenie, że oglądamy horror, za chwilę znowu film wyciszony, chcący pozować na obraz ambitny, stawiający pytania o pochodzenie ludzkości. Przy tym wszystkim reżyser koniecznie chciał sprawić radość fanom i niejako na siłę wprowadził parę scen mocno nawiązujących do sagi o Obcym. Myślę, że bez nich „Prometeusz” mógł sprawiać lepsze wrażenie.

Czym więc jest najnowszy obraz Ridleya Scotta? Wydmuszką. Pięknie pomalowaną pustą powłoką. Chociaż oczywiście nie neguję tego, że można się na nim mimo wszystko dobrze bawić. Jednak radzę nie oczekiwać arcydzieła, bo tym po prostu ten film nie jest. Niestety. Jeśli traktować go jako część sagi, to bez dwóch zdań jest w niej najsłabszym ogniwem. Nie wiem, być może planowane sequele przyniosą lepsze wrażenia, jednak póki co, trzeba go oceniać nie bacząc na możliwe kontynuacje. I patrząc w taki sposób, „Prometeusz” jest po prostu do bólu przeciętny. Ponowne wejście do tej samej rzeki tym razem nie przyniosło oczekiwanych rezultatów.

5/10

Reżyseria: Ridley Scott
Scenariusz: Jon Spaihts, Damon Lindelof
Zdjęcia: Dariusz Wolski
Czas trwania: 2 godz. 4 min.
Data premiery: lipiec 2012 (Polska); maj 2012 (świat)