Przyjaciele, znajomi, koledzy…

Obrazek użytkownika Brama
28.06.2013

Przyjaciół ma się zwykle jednego, dwóch, czasem kilku. Znajomych jest nieco więcej, dla każdego ich ilość może się różnić, czasem mocno, ale spokojnie można założyć, że nie jest to raczej liczba trzycyfrowa. Kolegów w ciągu całego życia można uzbierać mnóstwo. Skąd ta różnica?

przyjaciele, pies, młodzi, młodość Przyjaciele, fot. Aliaksandr Zabudzko

Czym jest przyjaźń? Nie jestem poetą, więc raczej nic odkrywczego tutaj nie napiszę. Przyjaźń to więź łącząca ludzi często na całe życie. Przyjaciel to ktoś, na kogo zawsze można liczyć i dla którego my też jesteśmy wstanie skoczyć w ogień. To powiernik naszych sekretów i problemów, ktoś z kim chcemy dzielić radość i ktoś do kogo idziemy gdy nam źle. Ciężko jest jednoznacznie zdefiniować przyjaźń, ale chyba każdy czuje czym ona jest.

Znajomi to po prostu paczka świetnych ludzi, których łączą (choć niekoniecznie) wspólne zainteresowania, gust muzyczny czy pochodzenie (nasze podwórko najlepsze!). Ale przede wszystkim chęć spotykania się, spędzania razem czasu i wymieniania poglądami. To ludzie, których znamy jak łyse konie i pomimo upływu lat wciąż chcemy spotykać. Czasem nawet gdy drogi się rozejdą i kontakt się urwie to spotykając się na ulicy po kilku latach zamiast udawać, że się nie zauważyliście, zatrzymujecie się i rozmawiacie ze sobą jakby ten czas nie minął.

Co do kolegów… cóż kolegów się nie wybiera. Począwszy od podstawówki (czy nawet przedszkola) są nam sukcesywnie „przydzielani”. Lądując w pierwszej klasie masz ich na dzień dobry już około trzydziestu. Potem jest już z górki: każda zmiana klasy, szkoły, pracy owocuje nowym zestawem. Oczywistym jest, że nie wszystkich polubisz. Czasem ta niechęć będzie się objawiała w sposób otwarty, czasem po prostu brakiem większych, niż to jest społecznie wymagane, wzajemnych kontaktów.

Część zaś z kolegów przypadnie Ci do gustu, ich poczucie humoru, styl bycia czy wspólne zainteresowania sprawiają, że chętniej odwiedzasz swoje miejsce robót przymusowych: szkołę, uczelnię czy pracę. Nie ma przeszkód, żeby kilkoro z nich nie awansowało stopień wyżej: na znajomego czy nawet przyjaciela, ale nie jest to proces automatyczny. Zmiana środowiska jest dla mnie swoistym miernikiem takiej szkolnej czy pracowniczej znajomości. Jeżeli pomimo zmiany pracy czy miejsca zamieszkania wciąż znajdujemy czas i ochotę by, pomimo różnicy rozkładów zajęć i innych czynników, spotykać się z byłymi kolegami to świadczy to o faktycznej zażyłości.

Do czego zmierzam? Do Facebooka oczywiście, oraz innych podobnych sieci społecznościowych. Nie neguję ich przydatności w niektórych aspektach, chociaż zazwyczaj są to zwyczajne pożeracze czasu. Ale nie to mi przeszkadza. Denerwuje mnie sposób w jaki dewaluują znaczenie słowa „znajomy” i „przyjaciel”. Nagle okazuje się, że można ich mieć dwustu, trzystu czy tysiąc. Koleżanka, której szczerze i otwarcie nie cierpiałem w dzieciństwie nagle po kilkunastu latach wysyła mi zaproszenie do grona znajomych. Na co liczy taka osoba? Kolega podpowiada mi, że może dorosłem. Może i dorosłem, już dawno nie chowam urazy i dawne animozje odkładam na bok. Ale nie czyni z nas to nagle znajomych.

Koledzy z liceum, z którymi kontakt urwał się tuż po maturze i którzy czasem mijają mnie bez słowa na ulicy wysyłają mi zaproszenie na facebooku. Dziewczyna, która pracowała kiedyś w tym samym miejscu co ja, z którą nigdy nie zamieniłem ani słowa i nawet nie wiedziałem jak się nazywa chce być nagle w kręgu moich znajomych. To tylko niektóre przypadki. Co chcą osiągnąć? Jakie są ich intencje? Pogodzić się, odnowić znajomość czy może przezwyciężając nieśmiałość nawiązać takową? A gdzie tam! Za zaproszeniem nie idzie żadna wiadomość, nie ma ani słowa od nich. „Jak żyjesz?”, „Kopę lat!” czy „Gdzieś się podziewał?” – nic z tych rzeczy. Nic ich nie obchodzi kim teraz jestem, jak żyję, co lubię. Nie chcą się spotkać na piwo.

Ich licznik „zajebistości” już dawno przekroczył dwieście czy trzysta znajomych, liczą na to, że tak jak większość bezrefleksyjnie i automatycznie przyjmę każde zaproszenie. Jestem dla nich tylko dodatkowym numerkiem, iteracją, która ma świadczyć jacy to oni są fajni i lubiani. Sorry, pokemony zbierałem w podstawówce. Najciekawsze, że tak naprawdę nie zależy im na mojej odpowiedzi, nie ogarniają tej liczby znajomych i nie są wstanie zauważyć, że zaproszenia nie przyjąłem. A facebook nie informuje ich o tym, trochę szkoda bo może to skłoniłoby ich do nawiązania prawdziwego kontaktu.

I tu dochodzimy do kolejnego kuriozum jakim jest, dla mnie, instytucja „znajomych znajomych”. Domyślne ustawienia prywatności pozwalają takim „znajomym drugiego stopnia” przeglądać prywatne zdjęcia i posty, które są przeznaczone dla bliskich. A biorąc pod uwagę, że większość przyjmuje zaproszenia nawet od ledwo znanych osób to taki „znajomy znajomego” to już zupełnie obca osoba, która w rzeczywistości może być złodziejem szukającym zamożnej ofiary. I jeszcze to natrętne podpowiadanie znajomości – ok, jeżeli kilku moich znajomych zna kogoś to jest całkiem prawdopodobne, że ja również przynajmniej pobieżnie znam tę osobę. Ale, do jasnej Anielki, skąd pomysł, że skoro jedna osoba wśród moich znajomych zna Krzyśka Ibisza (akurat) to ja też go mogę znać i że w ogóle chcę? Albo jakiegoś Toma z New Hampshire? Jak ja tam nawet nie byłem?

Portal społecznościowy może być fajnym narzędziem do szybkiego przekazywania informacji, dzielenia się ze światem swoją twórczością czy radościami. I owszem potrafi też pomóc w podtrzymaniu kontaktu, ale z ludźmi z którymi faktycznie ten kontakt chcemy utrzymać, w miarę możliwości nie tylko online. Nic mi po tym, że będę miał tysiąc znajomych, których nie znam, jeżeli nie będę miał tych kilku faktycznych z którymi chcę spędzać czas. Niektóre stare kontakty warto odnowić, ponownie się spotkać, powspominać, ale wysłanie pustego zaproszenia to dla mnie żaden sposób. Jak również to, że masz pięciu nowych "znajomych" na Facebooku nie znaczy, że właśnie poznałeś pięć nowych osób.

Słyszałem, że na zachodzie Facebook jest już passé, że ludzie odchodzą od niego. Kiedy i u nas dokona się kolejna wolta i wszyscy masowo przesiądą się na nowy wynalazek, ponownie od początku budując bazę „przyjaciół”, ja zlikwiduję konto bez żalu i strachu, że utracę moich znajomych. Nie będę musiał ich mozolnie zbierać z powrotem bo wiem, że tych prawdziwych mam zawsze na wyciągnięcie ręki. I nie jest mi do tego potrzebny żaden portal internetowy.