"Second Hand” może wstrząsnąć czytelnikiem

Obrazek użytkownika katboc
21.03.2013

Wywiad z Joanną Fabicką pisarką, autorką  książek: "Bardziej cierpki smak" (tomik wierszy), "Szalone życie Rudolfa" (powieść dla młodzieży), "Świńskim truchtem, kontynuacja przygód zakompleksionego nastolatka", "Seks i inne przykrości", "Tango ortodonto, Idę w tango, romans histeryczny" oraz najnowszej „Second Hand”.

Joanna Fabicka, "Second Hand" Joanna Fabicka | fot. Rafał Masłow / Zwierciadło
  • Joanna Fabicka, Second Hand

Katarzyna Bocheńska-Włostowska: Zawsze, kiedy czytam Pani książki zastanawiam się nad sposobem, w jaki tworzy Pani swoich bohaterów? Może Pani uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć Czytelnikom, jak rodzą się na kartach Pani powieści tak bogate w doświadczenia  i ciekawe postacie?

Joanna  Fabicka:  Moje postacie są jak ruskie matrioszki - składają się  z warstw, którymi obrastają, niczym zwierzęta tłuszczem na zimę. Gdy zaczynam nad nimi pracę, to szlifuję je, poleruję i obrabiam  niemal  w nieskończoność. Dodaję im kolejne cechy, szczegóły, aż są już tak pękate, że prawie nie mogą się ruszać. Zawsze  muszę mieć najpierw imię. To ono stanowi punkt wyjścia, jest nośnikiem konkretnej energii - dopiero później obrasta ciałem. To dla mnie bezdyskusyjnie najprzyjemniejszy etap pracy, chwilami mam wrażenie, że moi bohaterowie są dużo ważniejsi, niż sama historia.  Zresztą to, w jaki sposób ona się wykluwa, w dużej mierze zależy właśnie od nich. Z biegiem czasu sama zaczynam  „mówić” i „ myśleć” moimi bohaterami,  na pewien czas zmienia mi się osobowość.

KBW.: Porozmawiajmy o Pani ostatniej powieści. „Second Hand” to przede wszystkim galeria postaci kobiecych. Niestety doświadczanych na każdym kroku. Co Panią zainspirowało do opowiedzenia tak a nie inaczej tej historii?

JF.: W tym przypadku, było znacznie trudniej. Od pewnego czasu chciałam napisać książkę o kobietach. O ich głębokiej, pierwotnej tęsknocie za wzajemnym, intymnym kontaktem oraz o lęku przed taką relacją. Jeżdżę często po Polsce na spotkania autorskie i widzę, jak my, kobiety do siebie lgniemy i jednocześnie, jak bardzo się siebie boimy.  To nieprawda, że najmocniej cierpimy przez mężczyzn. Cierpimy, bo same sobie zadajemy ból. Zamykamy się na niezwykły potencjał karmiącej, wspierającej energii.  Historia pisania tej książki jest też  historią mojej osobistej przemiany, drogi do własnej, ale też szerzej pojmowanej kobiecości. Ja przez lata na taki kontakt byłam zamknięta, miałam swój męski fanklub i tak było dobrze. Ale przecież nie da się stać w nieskończoność tylko na jednej nodze - musiałam się w końcu otworzyć. Musiałam i chciałam.

KBW.: Czy  ma Pani, jakiś szczególny stosunek do którejś postaci z ostatniej powieści?

JF.:  Do wszystkich mam szczególny stosunek. Ja ich po prostu bardzo kocham i głęboko rozumiem. W każdej z tych postaci jest wiele moich emocji, musiałam przecież w pewnym sensie, na jakiś czas   zamienić się z nimi miejscami. Niektórym, jak Femi oddałam własne sny. Jej obsesja lotniczej katastrofy towarzyszyła mi przez całe dzieciństwo. Udziałem fatalnej Marleny stało się moje doświadczenie ze studiów: w odcinaniu żabie puszki mózgowej i preparowaniu rdzenia kręgowego nie miałam, niestety, sobie równych. Ale bliskie są mi także postacie męskie. Bodzio, ksiądz Jeremi, Raul –  z każdym „miałam swoją bajkę”. Jednak najczulszy stosunek mam do Femi - to ona w tej książce uosabia wszystko, co zasługuje na ocalenie.

KBW.: Podczas czytania Pani książki „Second Hand” na początku wzbierała we mnie złość, zrodzona ze sprzeciwu wobec temu, czego doświadczają mieszkańcy Podlewa, potem dołączyło rozczarowanie, a  w końcu i zaskoczenie zrodzone naturalizmem, jaki wylewa się z powieści. To tylko niektóre emocje. I tu rodzi się pytanie. Czy tworząc tę książkę wyobrażała Pani sobie jakoś reakcje Czytelników mierzących  się z tekstem?

JF.: Nigdy nie wyobrażam sobie takich reakcji, bo za nimi zawsze stoją jakieś oczekiwania. Wraz z tą książką powierzam Czytelnikowi wiele moich własnych emocji. Jedyne na czym mi zależy, to, by wszedł w relację czytelniczą bez strachu i uprzedzeń, by otworzył się na wszystkie swoje uczucia towarzyszące mu w trakcie lektury tak, jak zrobiła to Pani. Znajomy psycholog powiedział mi, że „Second Hand” jest niezwykle konfrontujący i należy do tego rodzaju lektur, które mogą wstrząsnąć Czytelnikiem, stąd ta książka będzie budziła bardzo żywe reakcje - od głębokiego wzruszenia, po odrzucenie. Miał rację, tak rzeczywiście się dzieje.

KBW.: Niczym Fredro stygmatyzuje Pani postacie imionami i budzi do istnienia charakterystyczne Podlewo. Jakkolwiek od niego nie uciekać to i tak się do niego wraca. Ucieczka jest dana nielicznym. Opowiadając historie swoich bohaterów sięga Pani po niedopowiedzenia, symbole, retrospekcje. A więc stawia Pani na wytrawnego Czytelnika?

JF.: Stawiam na Czytelnika wrażliwego i współodczuwającego. Takiego, który nie zawaha się wejść z książką w intymną, głęboką relację. Stawiam na Czytelnika czującego, bo kontakt ze swoimi własnymi emocjami jest moim zdaniem kluczem do wszystkiego - do zrozumienia siebie i rozumnego, pełnego miłości uczestniczenia w świecie.

KBW.: „Po idę w tango”  i poprzednich książkach Pani „Second Hand” jest czymś diametralnie innym. Nie bała się Pani oddać w ręce czytelników książki poważnej, smutnej, traktującej o moralnym upadku?

JF.: Nie, nie bałam się. Dlaczego miałabym się bać? Wierzę we wrażliwość i uważność Czytelnika. W jego ciekawość świata i gotowość na przyjęcie wielu historii, które my, pisarze chcemy mu ofiarować. Zresztą już teraz widzę, że wokół „Second Handu” dzieją się niewiarygodne rzeczy. On bardzo ludzi otwiera, konfrontuje z ich własnymi uczuciami, dotąd skutecznie separowanymi. Moja książka czytana jest sercem - także przez mężczyzn. Wiem, bo ludzie mi o tym mówią. To dla mnie największa nagroda za trud pracy.

KBW.: W jednym z artykułów poświęconym Pani pisarstwu przeczytałam: „Joanna Fabicka rozwinęła się pisarsko” . I tu rodzi się pytanie, czym teraz zaskoczy Pani swoich Czytelników?

JF.:  Rozwój jest obowiązkiem każdego człowieka, nie tylko pisarza. Więc staram się rozwijaćJ Pracuję teraz nad kilkoma projektami, dwa z nich są raczej zaawansowane: jeden to historia piętnastoletniej Sary, ale zupełnie odmienna w klimacie od mojego Rudolfa. Druga - kryminał rozgrywający się jednocześnie w przedwojennej żydowskiej Łodzi i we współczesnej Warszawie. Obie historie mnie równie głośno „wołają”. Jeszcze nie wiem, która pierwsza zachrypnie.