Silent Hill: Apokalipsa - recenzja

Obrazek użytkownika Brama
12.11.2012

Wybierając się do kina na drugą część Silent Hill miałem mieszane uczucia. Z jednej strony mając w pamięci świetną część pierwszą powinienem być spokojny. Z drugiej nie najlepszy trailer, jaki promował film (taki sobie fragment sceny z pielęgniarkami), dodanie „chwytliwego” podtytułu – Apokalipsa* oraz użycie technologi 3D napawały mnie obawami, czy obraz nie zdryfował przypadkiem w kierunku jaki obrały ostatnie części sagi Resident Evil. Bałem się czy nowy reżyser – Michael J. Bassett zdoła udźwignąć temat i rzetelnie przenieść na ekran klimat kultowej gry.

Silent Hill: Apokalipsa Silent Hill: Apokalipsa
  • Silent Hill: Apokalipsa
  • Silent Hill: Apokalipsa
  • Silent Hill: Apokalipsa
  • Plakat Silent Hill: Apokalipsa

Na szczęście owy nieszczęsny podtytuł i technologia 3D to jedyne wspólne mianowniki, które łączą Silent Hill z kiczowatą papką, jaką serwuje nam reżyser Paul W.S. Anderson w zombiaczej serii. W trakcie seansu moje obawy stopniowo się rozwiewały, do samego końca jednak trzymały mnie w napięciu: wciąż myślałem „Jest dobrze, tylko żeby teraz nagle czegoś nie spaprali”. Twórcy potraktowali materiał źródłowy z należytym szacunkiem. Osiągnęli nawet coś co jest rzadkością wśród innych ekranizacji gier komputerowych, mianowicie udało im się przetłumaczyć charakterystyczne dla serii elementy mechaniki na język taśmy filmowej. Być może mało kto (tzn. tylko miłośnicy tej serii gier) docenią takie smaczki jak pieczęć Metatrona z miejscem na brakujący element, szukanie klucza do szpitalnej celi, czy fakt, że bohaterka zdobywa informacje tak jak w grze – czytając notatki. Na ekranie rządzi symbolika doskonale znana miłośnikom Cichego Wzgórza, przeciętny widz nie zwróci na to najmniejszej uwagi, ale mnie cholernie cieszyły takie drobiazgi. Zabrakło chyba tylko drzwi „zablokowanych od drugiej strony” ;-) . Również muzyka skomponowana przez genialnego Akirę Yamaokę, jednoznacznie kojarząca się z serią, została użyta według prawideł jakie rządziły nią w grze.

Filmowcy na tapetę wzięli trzecią część gry, a więc mamy do czynienia z kontynuacją wątków rozpoczętych w poprzednim filmie/pierwszej części gry. Minęło już sześć lat od kiedy Sharon została wyrwana przez matkę z miasteczka Silent Hill – istnego piekła na ziemi, nie pamięta jednak nic z tamtych wydarzeń. Wraz z ojcem ciągle się przeprowadzają i przyjmują nowe tożsamości – tym razem jako Heather i Harry Mason ukrywają się w kolejnej prowincjonalnej miejscowości – gdyż piekielne miasto wciąż się o nią upomina. Fabuła trzyma się ogólnego zarysu wyznaczonego przez grę, ponownie spotykamy znane z konsoli postacie, jednak ich losy zostały nieco zmienione. Dzięki temu nudzić się nie powinni nawet ci, który ograli tytuł wielokrotnie. Opowiedziana historia nie jest może najwyższych lotów, ale trzyma poziom i jak na standardy gatunku (zarówno horroru, jak i adaptacji gry) zdecydowanie wybija się ponad przeciętność. Twórcom udało się do końca uniknąć (z trwogą wyczekiwanej przeze mnie) wpadki, po której trzasnąłbym solidnego facepalma. Życzyłbym sobie, aby tak wyglądała każda ekranizacja gry komputerowej.

Wizualnie film jest balsamem dla oczu, oczywiście jeżeli ktoś jest pokręconym zwyrodnialcem wychowanym na tej serii. Stylistyka znana z komputerów doskonale sprawdza się na kinowym ekranie, cieszą takie rzeczy jak znajome maszkary, efekt przemiany w obrzydliwą, piekielną wersję rzeczywistości, czy nawet kamizelka głównej bohaterki podobna do tej jaką nosiła w grze. A efekt 3D wbrew moim obawom nie psuje filmu i nie dominuje nad opowiadaną historią; mimo iż nie jestem zwolennikiem tej technologi to muszę przyznać, że trójwymiar został zrealizowany przyzwoicie. Zdarzają się może i słabsze momenty, ale ogólnie oprawa jest mocną stroną filmu. Również wspomniana na wstępie scena pokazana w trailerze – tam wyrwana z kontekstu – tutaj jakoś się broni.

Silent Hill: Apokalipsa to film, który w pełni docenią tylko miłośnicy serii i to tacy, którzy pamiętają pierwsze jej części – czyli czasy PSX'a i PlayStation 2. Jednak dla reszty widzów również zostaje wiele dobrego: mamy tu ciekawą historię, mocny klimat, świetną muzykę i dobrze zrealizowaną warstwę wizualną. To solidny horror, z którego ja – miłośnik serii – wychodziłem zachwycony, lecz również niezaznajomieni z trzynastoletnią już historią gry widzowie powinni być zadowoleni.

7/10

*angielski podtytuł brzmi: Revelation