Stoi na stacji Lokomotywa...

Obrazek użytkownika Willy
21.11.2012

Niebiesko – biała lokomotywa. Lech Poznań przegrał w najbardziej prestiżowym pojedynku piłkarskiej jesieni. Derby Polski z Legią Warszawa zawsze są meczami szczególnymi, nie tylko ze względu na historię obu klubów. Tym razem było to także spotkanie, którego stawką był fotel lidera T-Mobile Ekstraklasy. Duma Wielkopolski poległa 1:3, przegrywając już po nieco ponad półgodzinie gry 0:3!

Meczowa oprawa kibiców Lecha Poznań Meczowa oprawa kibiców Lecha Poznań | fot. Marcin Kietliński

Przyznam, że dawno już nie widziałem tak bezradnego defensywnie Lecha. Trener Mariusz Rumak jest niewątpliwie zdolnym szkoleniowcem młodego pokolenia, który w zeszłym sezonie pokazał, że potrafi wyciągnąć drużynę z kryzysu i poprowadzić do sukcesu, jakim było miejsce w tabeli gwarantujące grę w europejskich pucharach. Jednak kilka jego decyzji, nie tylko podczas ostatniego meczu, ale także w ciągu ostatnich kilku miesięcy jest dla mnie cokolwiek dziwnych i niezrozumiałych. Wydaje się, jak gdyby cały klub, włączając w to właściciela i sztab szkoleniowy stanął w miejscu, nie bardzo mając pomysł na dalsze kierunki pracy i rozwoju. Brak postępu oznacza, zwłaszcza w świecie futbolu, niebezpieczne staczanie się w przeciętność i minimalizm. W Poznaniu z taką sytuacją mamy do czynienia już od wielu miesięcy. W tym kontekście dotkliwa, niedzielna porażka z Legią nie była niestety wypadkiem przy pracy.

Ale po kolei. Pozostańmy przez chwilę tylko przy Derbach Polski. Trener Rumak powtarza, że pracuje z zawodnikami, których ma do dyspozycji. Oczywiście ma rację. Tyle, że nie pojmuję, jak Jasmin Buric (reprezentant Bośni i Hercegowiny), Kebba Ceesay (doświadczony gracz m.in. ligi szwedzkiej), Marcin Kamiński, Hubert Wołąkiewicz (reprezentanci kraju), Luis Henriquez (60-cio krotny reprezentant Panamy), Łukasz Trałka (świeżo upieczony reprezentant) i Rafał Murawski (uczestnik niedawnego Euro) mogą rozegrać tak katastrofalne zawody? Cała siódemka, teoretycznie odpowiedzialna głównie za grę obronną zagrała na poziomie który, delikatnie mówiąc, przeczy ich piłkarskim CV! Zgoda, niespodziewanie wypadł ze składu dotychczasowy filar defensywy – Manuel Arboleda. Zastępuje go Kamiński, piłkarz jeszcze niedawno wskazywany przez fachowców jako ogromny talent. Naturalnie szybki, lewonożny, co zawsze jest atutem, z niezłą techniką, potrafiący rozpocząć akcję ofensywną. Teoretycznie więc nie powinno być problemu. Tylko teoretycznie, bo w niedzielę był to cień piłkarza, którego przecież kilka miesięcy temu Franciszek Smuda zabrał na Euro 2012. Proste błędy taktyczne, kiksy, niepewność w interwencjach – zagadką pozostaje fakt, jak można tak dalece stracić formę, która nie uprawnia obecnie do gry na poziomie Ekstraklasy.

Sporą winę ponosi tu, niestety, także trener Rumak. Podobnie, jak w przypadku dość niezrozumiałych zmian, które przeprowadził w tym meczu. O ile wejście Toneva za Lovrencsicsa, tłumaczone przez trenera potrzebą większej szybkości na skrzydłach można zrozumieć, o tyle dwie pozostałe roszady sytuacyjne, spowodowane kontuzjami podstawowych graczy są mocno kontrowersyjne. Za defensywnego pomocnika Trałkę wchodzi defensywny pomocnik Djurdjević. Przy wyniku 0:3, podczas gdy na ławce siedzą napastnicy: młody Bereszyński i doświadczony Reiss, któremu zresztą poświęcę kilka zdań nieco dalej. Wreszcie za Kamińskiego wchodzi, przy – przypomnijmy – niekorzystnym dla Kolejorza wyniku, Mateusz Możdżeń. Gracz niby ofensywny, tyle że...zajmuje pozycję obrońcy. Czy nie można było, nie mając w zasadzie już nic do stracenia, spróbować w ostatnim kwadransie zagrać trzema defensorami?  Lech Poznań nie posiada klasowego napastnika. Nigdy nim nie był i już raczej nie będzie Bartosz Ślusarski. To w żadnym razie nie jest typ egzekutora, który potrafi przesądzić o wyniku meczu zamieniając pół okazji na gola. Tych szans Ślusarski zawsze potrzebował sporo, a w takim meczu jak z Legią było wiadomo, że trzeba wykorzystać każdą, która się pojawi. Pojawiły się, i to doskonałe, cztery. Ślusarski wykorzystał jedną, i to przy sporej dozie szczęścia. Znamienne, że ten zawodnik w żadnej drużynie ani lidze, w których grał, nie zdobył więcej niż 10 bramek w sezonie. To po prostu inny typ piłkarza, waleczny, potrafiący odzyskać piłkę. Kilka lat temu te cechy pozwalały na tworzenie szans bramkowych, jednak z upływem czasu, utratą szybkości, zwrotności, tych szans jest mniej i znacznie trudniej zamieniać je na bramki.

Podsumowując ligowy klasyk – Lech był częściej przy piłce, Lech stwarzał okazje bramkowe, Lech oddał więcej strzałów na bramkę, Lech przegrał 1:3... Od dawna mam wrażenie, że Lech Poznań jest klubem zarządzanym i prowadzonym na pół gwizdka. Bez spójnej wizji rozwoju, pomysłu, z kulejącą polityką transferową. Pan Jacek Rutkowski, właściciel klubu traktuje go jak kolejny biznes, firmę przynoszącą dochody. W docelowej formie tak to powinno wyglądać, jednak futbolowe firmy są przedsiębiorstwami specyficznymi. Żeby na nich zarabiać, należy sporo zainwestować i to rozsądnie, bo zyski pojawiają się tylko w efekcie skutecznej, długofalowej polityki. To suma właściwych posunięć transferowych, marketingowych, pracy z młodzieżą, skautingu i wielu innych działań, które budują sprawną, dochodową machinę, jaką powinien być klub piłkarski.

Mimo, że sprowadzeni do drużyny w ostatnim okresie Ceesay, Lovrencsics, Trałka czy wcześniej Tonew to rzeczywiste, wymierne wzmocnienia składu, to jednak z pewnością nie wystarczające, aby osiągać sukcesy w rodzimej lidze i w europejskich pucharach. Brakuje przede wszystkim napastnika. Poznańska publiczność, przyzwyczajona do oklaskiwania gry takich piłkarzy jak Lewandowski czy Rudnevs, od dawna czeka na zawodnika podobnej klasy. Nie bardzo rozumiem sens sportowy powrotu do Lecha Piotra Reissa. Czy chodziło o udobruchanie kibiców zawiedzionych brakiem transferu klasowego atakującego? Czy może liczono na sprzedaż kilku tysięcy dodatkowych karnetów? Mariusz Rumak określał Reissa jako realne wzmocnienie, szczególnie w końcówkach spotkań. Po czasie okazuje się to być jedynie kurtuazją, ponieważ doświadczona legenda Lecha nie podnosi się z ławki rezerwowych.  Również w linii pomocy brakuje gracza kreatywnego, który potrafiłby rozdzielać piłki decydując o tempie i sposobie gry całej drużyny. W obliczu ostatnich problemów w defensywie, być może konieczne są także poszukiwania solidnego obrońcy.

Brakuje sukcesów także w sferze czysto biznesowej, a to podobno mocna strona włodarzy klubu. Nieporozumieniem jest sytuacja, w której taka marka, jaką jest Lech Poznań, od momentu zakończenia współpracy z odzieżową firmą s’Oliver funkcjonuje bez sponsora strategicznego widocznego m.in. na klubowych koszulkach. To ewidentna porażka władz, marnowanie potencjału, jakim jest ogromny zasięg marketingowy i rzesza fanów najpopularniejszego klubu w Wielkopolsce.

Czy w tunelu, w jakim stoi obecnie poznańska lokomotywa, widać jakieś światła nadziei na lepsze dni? Dostrzegam dwa. Pierwsze to młodzi zawodnicy. Karol Linetty pokazał w drugiej połowie meczu z Legią, że warto na niego stawiać. Liczę również, że dalsze postępy robić będą Możdżeń, Bereszyński, Tonew i, mimo słabszego okresu, Kamiński. Uzupełnieni o kilku bardziej doświadczonych, wartościowych graczy, od których mogliby się sporo nauczyć powinni być przyszłością tego klubu. Drugie światło w tunelu to kibice. Oczekiwania fanów i presja z nimi związana zawsze w Poznaniu były spore. To powinno motywować, a nie deprymować. W Lechu jest miejsce jedynie dla tych, którzy potrafią sobie z tym radzić. Taki stadion, taka frekwencja i oprawa jak podczas niedzielnych Derbów Polski zasługują na niepowtarzalne widowiska. Przeciętność w tym konkretnym miejscu, na Bułgarskiej, jest porażką.