Student czy fachowiec?

Obrazek użytkownika EdEs
22.07.2013

Znowu natknąłem się na artykuł dotyczący popłatnych kierunków studiów. Specjaliści od HR, urzędnicy z PUPów i wszelkiej maści eksperci mówią, co warto studiować. Pomijam artykuły, które prognozują wzrost zatrudnienia dla studentów zarządzania – tych (chodzi o artykuły) nie biorę poważnie. W zasadzie, pozostałe, też traktuję z przymrużeniem oka, a zaraz napiszę dlaczego.

student fot. CollegeDegrees360/flickr

Od kilku lat wszędzie można usłyszeć, że gwarancją pracy i godziwego życia są studia techniczne. Mówi się, że po wzroście polularności kierunków humanistycznych, potrzeba inżynierów. I tu pojawia się zagadka. Skoro potrzeba inżynierów, to skąd tylu bezrobotnych po politechnikach? Co ciekawe spory odsetek pracujących inżynierów też nie pracuje w przemyśle, tylko w innych gałęziach. W czasopiśmie Forbes ukazał się nawet artykuł, który walczy z mitem, jakoby inżynier miał łatwiej na rynku pracy. To, jak to jest?

Myślę, że rozwiązania zagadki należy szukać w kilku miejscach.

Po pierwsze firmy szukające pracowników. Nie wiem skąd się to wzięło, ale od pewnego czasu swoistą modą wśród pracodawców jest posiadanie wykształconej kadry. Wykształconej, czyli legitymującej się wyższym wykształceniem. Poszukujący pracy szybko podłapali temat i każdy zaczął studiować byle co, byle by był „papier”. To zaczęło powodować lawinowy wzrost magistrów, inżynierów, licencjatów, ba, nawet doktorów. Znam przypadek, gdzie w firmie remontowej założonej przez budowlańca po technikum, pracuje czterech inżynierów. Wszyscy się śmieją, że facet ma najmądrzejszą firmę. Ktoś może powiedzieć – w porządku może facet dobrze płaci albo to inżynierowie nie mają ambicji. Problem tkwi w tym, że ani facet nie płaci bajońskich sum, ani wymienieni przeze mnie inżynierowie nie są pozbawieni ambicji. Po prostu trzeba żyć, a nigdzie indziej nie było roboty. No jak to? – ktoś inny spyta – są inżynierowie, są posady do zapełnienia, to dlaczego inżynierowie gnuśnieją w nieciekawych pracach, a posady pozostają puste? I w tym momencie mamy kolejne miejsce, gdzie można znaleźć kawałek rozwiązania łamigłówki – uczelnie. Powtórzę za profesorem Bogusławem Wolniewiczem – masa ciągnie w dół. Zalanie uczelni przez młodych ludzi, którzy niekoniecznie mieli predyspozycje do studiowania musiało się tak skończyć – obniżeniem poziomu nauki. I w ten oto sposób mamy miejsca czekające na specjalistów, bądź fachowców i całą rzeszę ludzi, którzy, co prawda mają tytuły, ale niestety nie są specjalistami ani fachowcami.

Dwa miesiące temu widziałem konferencje prasową Solidarnej Polski. Politycy SP poruszyli właśnie ten temat. Zauważyli brak fachowców i dużą liczbę wykształconych bezrobotnych. Co więcej dali receptę, wzorowaną na naszym zachodnim sąsiedzie. Recepta jest prosta (przynajmniej w teorii). Potrzebujemy fachowców, potrzebujemy również ludzi wykształconych, ale powiedzmy sobie jasno – predyspozycje do kształcenia wyższego na poziomie światowym ma niewielki procent. Czy to znaczy, że reszta jest mniej wartościowa? Absolutnie nie. W Niemczech, promowane jest szkolnictwo zawodowe i co za tym idzie późniejsi fachowcy. U nas edukacja w szkole zawodowej, czy technikum to obciach, więc wszyscy idą na studia (ilość placówek oferujących dyplom i „kosmiczne” kierunki, to temat na osobne rozważanie). Po studiach, nie mają wiedzy, żeby zająć odpowiednie stanowisko, ani żadnego fachu, żeby własnymi umiejętnościami zarobić na chleb. Więc co z nich wyrosło? Ot, takie studenty.