"Szatańskie Wersety" - Salman Rushdie

Recenzja książki

Obrazek użytkownika Filip Krause
17.06.2013

"Informuję dumnych muzułmanów na świecie, że autor książki Szatańskie wersety - która jest przeciwko islamowi, Prorokowi i Koranowi - jak i wszyscy, którzy są uwikłani w jej publikowanie i są świadomi jej zawartości, niniejszym są skazani na śmierć" – te złowrogie słowa padły z ust ajatollaha Chomeiniego 14 lutego 1989 roku, niedługo po wydaniu książki Salmana Rushdiego. Świat dowiedział się o istnieniu fatwy, a co najważniejsze o istnieniu „Szatańskich Wersetów”.

Przy okazji wydania książki „Joseph Anton. Autobiografia” opisywaliśmy trudy życia Rushdiego jako konsekwencję zarówno samej fatwy, jak i starań fanatyków w jej realizacji. Jest wreszcie okazja, żeby przyjrzeć się powieści, która wywołała tę groźną sytuację, bez precedensów w historii. Oto bowiem mamy szansę zapoznać się z polskim wydaniem „Szatańskich Wersetów”, drugim już w historii, ale teraz okoliczności są zgoła inne. W 1992 roku zatajono wydawcę, nazwisko tłumacza i nakład, prawdopodobnie dla bezpieczeństwa (japoński tłumacz zginął w zamachu, włoski był kilkukrotnie pchnięty nożem, zdarzyły się wybuchy bomb w kilku wydawnictwach), dziś dostajemy w pełni jawne wydanie, solidną księgę w czarnej oprawie z wytłoczeniami i piękną złotą obwolutą.

Jeśli by zapytać kilka przypadkowych osób, czy słyszały o powieści Rushdiego, wspomnieć im o islamskiej klątwie Chomeiniego, z pewnością okaże się, ze owszem – to powieść głośna, wyjątkowa, przełomowa, jedna z najważniejszych w XX wieku. Paradoksalnie czytało ją niewiele spośród tych samych osób, a pewien procent z czytelników zatrzymał się w drodze do ostatniej strony, bo powieść była zwyczajnie „trudna w odbiorze”. Czym więc są „Szatańskie Wersety” i czym zasłużyły sobie na tak wielką sławę?

Samolot Bostan, lot AI-420 rozpada się w powietrzu rozerwany ładunkiem wybuchowym. Z tragedii wychodzą cało bohaterowie powieści, Dżibril Fariśta i Saladyn Ćamća. Fakt ich upadku do lodowatej wody kanału La Manche nie jest, jak się domyślacie, wytłumaczeniem ich szczęścia w nieszczęściu. Jakaś nadprzyrodzona moc pozwoliła im się z katastrofy wydostać cało, zacząć życie od nowa, a nawet zupełnie ich zmienić.

Śledząc losy Fariśty i Ćamci sprzed feralnego lotu, musimy poskładać szaloną układankę ich żywotów. Nie dość, że są kolorowe, autor wzbogaca je o wielorakie dygresje i barwne opowieści pozornie bez znaczenia. Najważniejsze czego możemy się z nich dowiedzieć, to fakt, że nasi bohaterowie są emigrantami z Indii. I tak jak po katastrofie samolotu, zyskują nową tożsamość w docelowym miejscu swej wędrówki, Londynie.

Mamy więc odrodzenie mniej i bardziej dosłowne, mamy obraz tułaczy po świecie, ich zmagania o godność w Londynie i obronę przed „indyjskością” w Bombaju. Można tłumaczyć to dosłowniej, ale to tak, jakby pisać tę powieść od nowa. Wciąż nie widać za to powodów by powieść tę uznać za obrazoburczą, bluźnierczą i zasługującą na potępienie, które wszyscy oglądamy. Prawda jest taka, że „Szatańskie Wersety” to jedna z najważniejszych powieści o tożsamości migranta w ogóle i szczegółowiej o tej niezwykłej mieszance brytyjsko-indyjskiej i indyjsko-brytyjskiej, o mentalności kolonizatorów i mieszkańców byłych kolonii, o samych Indiach i esencji brytyjskości w sercu królestwa, Londynie. Prawdą jest też, że powieść ma drugie dno.

Ktoś powiedział mi kiedyś, że powinienem przeczytać powieść Rushdiego jeżeli lubię „Mistrza i Małgorzatę”, bez dalszego tłumaczenia i wyjaśnienia. Dzieło Michaiła Bułhakowa cenię za tyle rzeczy, że polecenie to było równie enigmatyczne, co intrygujące. I przyznam się teraz, że czytając „Szatańskie Wersety” szukałem tam właśnie odniesień do tej drugiej powieści. Najbardziej oczywistym podobieństwem jest przeplot głównej fabuły z historią religijną, historyczną i, no właśnie, bardzo kontrowersyjną. Tylko religia jest tutaj inna.

W „Szatańskich Wersetach” poznajemy Mahunda, którego szybko możemy zidentyfikować jako islamskiego proroka, Muhammada. Widzimy go w niezwykle ważnym momencie nie tylko jego życia, tworzy się oto nowa religia, wiara w najwyższego - na zasadach, które Mahund przekazuje ludowi zasłyszawszy je najpierw w hipnotycznych wizjach od anioła Gibrila. W trakcie tych objawień dochodzi do tragicznej pomyłki. Mahund przekazuje treść objawienia, które uznawane są za podyktowane przez Sajtana, a dotyczą kwestii zasadniczej, zaprzeczają bowiem założeniom rodzącego się islamu, monoteizmowi.

Należy jeszcze dodać, że obie ścieżki narracji w powieści spięte są ściśle, przeplatają się wzajemnie jak w kalejdoskopie, często przypominając senne koszmary i odwiedziny w wesołym miasteczku jednocześnie. Bardzo pomaga tu choć niewielka znajomość kultury Indii, a także założeń islamu i jego najważniejszych reguł. Proszę mi pozwolić wstrzymać się od oceny reakcji szyickich duchownych na tę powieść; było by dużo o niesprawiedliwości, z którą styka się nie tylko islam, o radykalizmie jako wypaczeniu – nie tylko religii; i o złu w ogóle - takie nie powinno dotyczyć sztuki.

Powieść Rushdiego to wymagająca skupienia podróż po emocjach i wartościach. Im więcej stron obrócimy, tym bardziej chcemy się w nią zanurzać. Rzeczywiście można ją śmiało postawić na półce obok „Mistrza i Małgorzaty”, obie powieści zasługują na miano jednych z najważniejszych w ubiegłym stuleciu. Subiektywne zainteresowania i odbiór stylu pisania zadecydują, którą pokochacie bardziej, szanowni czytelnicy. Bo że sięgnąć po obie trzeba, nie będę przekonywał, kiwnę tylko głową, zgadzając się z tym banałem.

Szatańskie Wersety

Przekład:
Rok wydania:
2013
Liczba stron:
608
ISBN:
978-83-7510-801-9
Ocena:
0
10
Zrecenzował: