Sześciu, w szóstym, na szóstkę!

Obrazek użytkownika Willy
10.04.2013

„Po co Wam to bieganie?”, „Bez sensu...taki wysiłek? No i przez ten cały półmaraton korkuje się całe miasto!” – taką oto, na szczęście odosobnioną, opinię usłyszałem niedawno. No właśnie, po co? Najlepszą odpowiedzią niech będzie satysfakcja malująca się na twarzach ponad 6 tysięcy biegaczy mijających metę VI Poznań Półmaratonu!

6. Poznań Półmaraton 2013 fot. Jacek Kordus

Stolica Wielkopolski miastem rozbieganym jest. Ilość startujących osób rośnie znacząco z roku na rok. Niemal tradycyjnie patent mamy także na pogodę. Tegoroczna zima dała się wszystkim we znaki, uzasadnione były zatem obawy zarówno organizatorów, jak i uczestników. Tymczasem ostatnia niedziela przywitała nas słońcem i prawie bezwietrzną pogodą! Już na długo przed startem tereny poznańskiej Malty pękały w szwach. Ostatnie rozmowy przed biegiem, krótkie rozgrzewki, niektórzy przypinają numery startowe, inni mocują elektroniczny chip w sznurówkach butów...wszystkim udziela się ta specyficzna atmosfera. Jak to będzie? Czy dam radę? Jaki czas uda się osiągnąć? Start już za moment.

Wśród morza biegaczy nasza szóstka. Na co dzień pracownicy poznańskiego oddziału Energobudu Leszno, podjęliśmy wyzwanie – ruszamy zmierzyć się z dystansem i własnymi słabościami. Nasz cel nadrzędny to dobiec do mety w wyznaczonym, trzygodzinnym limicie czasowym. Jednak po cichu każdy z nas liczy na coś więcej, mamy swoje prywatne poprzeczki zawieszone na różnych wysokościach.

Jednego jesteśmy pewni. Kenijczyków nie dogonimy. Szybko znikają na horyzoncie. Trzeba przyznać, że są niesamowici. Biegną jak w zegarku, każde 5km pokonują precyzyjnie w nieco ponad 15 minut. Po godzinie i trzech minutach pierwszy z nich melduje się na mecie… Ale zejdźmy na ziemię.

Bartek Szlaferek pobiegł rewelacyjnie. Każdy pięciokilometrowy odcinek pokonuje w czasie 20 – 23 minut i w efekcie uzyskuje świetny końcowy rezultat 1:33:17 – i pomyśleć, że chciał jedynie dobiec do mety… Podobnie jak Piotr Pawlik, którego start doskonale opisuje jedno słowo: rytm. Jedynie pierwsze 5 km biegnie w tempie powyżej 25 minut, ale to pewnie efekt tłoku w pierwszej fazie półmaratonu. Każda kolejna „piątka” to już kenijska precyzja: 24:53, 24:59, 24:38….i meta. Czas – 1:44:44. Warto dodać, że noc przed biegiem spędził na przyjęciu weselnym i drodze powrotnej do Poznania z okolic Łodzi. Co byłoby, gdyby był w pełni wypoczęty?

Obaj panowie wyraźnie nie docenili swoich możliwości! Debiutując na tego typu imprezie uzyskali bardzo dobre rezultaty. Cóż, regularne treningi przynoszą efekty. Poprzeczka została zawieszona dośc wysoko, pozostaje poprawiać „życiówkę” w kolejnych startach.

Zaczynam bieg razem z Bartkiem Popielarzem. Pierwszą połowę dystansu pokonujemy ramię w ramię. Tempo nie jest złe – 10km mijamy po nieco ponad 53 minutach. Napędza nas wzajemna motywacja: skoro on daje radę, ja nie mogę być gorszy. Dalej jest już jednak trochę gorzej. Bartek zostaje z tyłu. Brak dyscypliny treningowej daje znać o sobie. Ja biegnę dalej swoim tempem, chociaż rewelacyjnie nie jest: 15 km osiągam po kolejnych prawie 27 min., 20km po następnych 28 min. Docieram na metę z czasem 1:53:46. Jestem zadowolony, bo wydawalo mi się, że nie zdołam zejść poniżej 2 godzin. A jednak się udało! Niecałe 10 minut później swój medal za ukończony półmaraton odbiera Bartek. Nie ukrywa dumy, o czasie 2:02:13 nawet nie marzył.

Ostatnia dwójka to Michał Miętkiewicz i Paweł Mania. Początkowo biegną razem, ale Paweł od początku ma problemy. Rozchorował się tuż przed startem. To chyba największy pechowiec w naszej ekipie, kłopoty ze zdrowiem nie omijają go od samego początku przygotowań. Nie chce wstrzymywać tempa kolegi, od około 9km biegną każdy swoim rytmem. Michał przyspiesza, 5 km między 10 a 15 km trasy pokonuje 3 minuty szybciej od poprzedniej „piątki”. Odbija się to nieco na kolejnych 5 kilometrach, kiedy nie udaje mu się już zejść poniżej 30 minut. Ostatecznie na mecie pojawia się z czasem 2:08:29. Bieg niezbyt równy, trochę szarpany, ale końcowy rezultat świetny jak na debiutanta. Paweł, o dziwo, poprawia się o minutę na drugich 5 kilometrach. Potem niestety jest już dużo gorzej, słabnie z każdym kolejnym pokonanym kilometrem. Każda kolejna „piątka” jest dłuższa od poprzedniej o średnio niemal 4 minuty. Wreszcie meta i czas 2:25:27. Może nie rewelacyjny, ale i tak sporo poniżej limitu wyznaczonego przez organizatorów. Ogromne brawa za determinację i wolę walki, następnym razem musi być lepiej!

Meta, zmęczeni, ale zadowoleni. Ta specyficzna atmosfera udziela się zresztą wszystkim. Zero negatywnych emocji – to charakterystyczny obrazek na finiszu biegów masowych. Nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu o fantastycznych kibicach, dopingujących na niemal całej długości trasy. My również mieliśmy „własnych”. Rodziny, znajomi, koleżanki i koledzy z pracy (Szczególne brawa dla jednego z dyrektorów, który pojawił się w 3 różnych punktach trasy. Teleportacja? Raczej sprawna logistyka!). Wszystkim serdecznie dziękujemy, to także dzięki Wam udało się dobiec do mety.

Ważne, że wszytkim się po prostu chciało. To „chciejstwo” jest bardzo istotne w czasach opanowanych przez Internet, telewizję. Każdy, kto stanął na starcie VI Poznań Półmaratonu zapragnął być nie tylko biernym obserwatorem, ale przede wszystkim uczestnikiem. Mimo coraz szybszego tempa zycia, mnóstwa codziennych obowiązków okazuje się, że można znaleźć czas, aby zadbać o swoją kondycję, zdrowie i samopoczucie.

Minusy imprezy? Ja dostrzegam tylko jeden. Tereny poznańskiej Malty wydają się już zbyt ciasne dla takiej ilości biegaczy. Być może, wzorem jesiennego maratonu, warto pomyśleć o przenosinach startu, mety, a przede wszystkim szatni na obiekty Międzynarodowych Targów Poznańskich lub Stadionu Miejskiego?

Do zobaczenia na kolejnych biegach. Może podczas 14 Poznań Maratonu? Kto wie!