Tajlandia. Dziennik Podróży, cz. 1.

27.03.2015
Świt nad rzeką Kwai

 

Tajlandia to jeden z „rajów na ziemi”. Kraj, w którym ludzie są bardzo przyjaźni, pogoda wręcz rozpieszcza, jedzenie zmysłowo łaskocze kubki smakowe, a infrastruktura turystyczna jest do pozazdroszczenia. Nic dziwnego, że właśnie Tajlandia należy do najpopularniejszych destynacji turystycznych na świecie! Moi bardzo dobrzy znajomi poprosili mnie o zorganizowanie wycieczki właśnie do Tajlandii. Oto co sie wydarzyło.

Interes Kwitnie - z łódki można kupić prawie wszystko

 

Dzień 1

Jak zawsze przed jakąkolwiek podróżą prawie nie śpię. Obawiam się czy wszystko przebiegnie z wcześniej ustalonym i zaaprobowanym przez uczestników planem. Okazało się trochę inaczej (o tym w dalszej części). Z drugiej strony mam już doświadczenie w organizowaniu wyjazdów w nieznane np. Karaiby, jednak Azja to nie Ameryka. Lecimy ukraińskimi liniami, najpierw do Kijowa. Niepokój zagląda niektórym w oczy, po tym jak kilka miesięcy wcześniej zestrzelono na terenie Ukrainy pasażerski samolot. Dolatujemy bez szwanku. Czekamy tam 6 godzin, które, o dziwo mijają „zwiewnie”.

 

Mnisi to też ludzie

 

Pad Thai - ostra zupa i grillowane krewetki

 

Dzień 2

Lądujemy w Bangkoku. Czuję bardzo ciepłe, przyjemne powietrze, a to koniec listopada przecież. Lotnisko jest ogromne, nowoczesne i „ukwiecone”, wszędzie mnóstwo elementów dekoracyjnych i plakaty króla Tajlandii. Czczony tutaj jak bóg. Bez problemu wsiadamy do „zarejestrowanej” taksówki. Wbrew stereotypowi, że Bangkok jest wiecznie zakorkowany, dojeżdżamy do centrum w 45 minut. Zarekomendowany hotel na ulicy Ram Buttri oferuje wszystko czego turyście potrzeba, łącznie z basenem na dachu na 5. piętrze! Jesteśmy w sercu Bangkoku. Na każdej ulicy wylewają się stragany i restauracje, salony masażu i czego tylko chcesz… Smakujemy pierwszych lokalnych dań: pad thai (smażony makaron z jajkiem, kiełkami fasoli mung, krewetkami lub tofu lub kurczakiem, na bazie sosu z pasty tamaryndowej, cukru i sosu rybnego), krewetki z grilla, ostre zupy, sałatki, no i lokalne piwo - Singha beer. Po posiłku przechadzamy się główną ulicą miasta Khao San. Z głośników słychać „One Night in Bangkok” (przebój Murray Head z lat 80-tych). Za grosze dzwonimy po Polski do najbliższych, aby ich uspokoić, że dolecieliśmy. Wracamy do hotelu odpocząć. Wieczorem całą grupą „uderzamy” w miasto. A tu jest 10 razy więcej ludzi niż za dnia! Gwar ulicznych sprzedawców, zapachy z „gar-kuchni” (mały, często przenośny sprzęt do gotowania), wszędzie taksówki i tuk-tuki (trójślady, ale bardziej szykowne niż na Sri Lance). Podchodzi do nas policjant i „trochę” po angielsku pomaga nam się odnaleźć w tłumie. Poradził za ile batów należy pojechać do China Town, gdzie zjedliśmy kolację dosłownie na ulicy, ale na siedząco przy stoliku! Wracamy na Khao San. Gwar taki, że nie słyszymy się nawzajem. Próbujemy kulinarnej ciekawostki: uprażonego skorpiona! Niestety, albo „stety”, jest on dosłownie spalony, bez smaku.

 

Pozłacane świątynie przy pałacu królewskim

 

 

Dzień 3

Wstałem o 7.00, szybkie śniadanie. Idę na pobliski przystanek wodnego autobusu. Przecież nie będę ligał w łóżku jak tu Bangkok czeka. Łódź (wodny bus) przybył na czas. Sami tubylcy w środku – to na plus. Podziwiam miasto z nabrzeży rzeki Chao Phraya, zachwycam się świątynią Wat Arun. Chcę zapłacić za bilet, ale bileterka nie rozumie po angielsku, macha ręką, idzie dalej, jadę za darmo. Wysiadam blisko świątyni ze Złotym Buddą. Przed wejściem należy obowiązkowo zdjąć obuwie. Tajowie zawsze je zdejmują przed wejściem do jakiegokolwiek pomieszczenia. Uważają stopy za nieczyste. Jest poranek, wiec mało turystów. Złoty Budda lśni w porannym blasku słońca. Obok jest dworzec kolejowy i zgodnie z planem kupuję tam bilety na jutrzejszą wycieczkę w nieznane. Wracam tuk-tukiem do hotelu. Jest 10 rano. Reszta mojej grupy właśnie zeszła na śniadanie. Udaje się nam zorganizować prywatną przejażdżkę wodną po Bangkoku. Nasz „kapitan” łodzi jest bardzo spokojny i wyrozumiały, zatrzymuje się tam gdzie chcemy, czy to przy bogato wyglądających willach, czy przy „ruderach”. Widzimy warana na tarasie jednego z domów, pewnie oswojony. Wysiadamy na przystani blisko świątyni z Leżącym Buddą. Jaki on wielki, a jak tu ciasno i te tłumy. Zdjęcia dobrego nie można zrobić. Jest to budda, który umarł i w takiej półleżącej pozycji składa się go do grobu. Nieopodal jest świątynia z Buddą Szmaragdowym, ale moja grupa nie spieszy się, więc sam docieram do Zespołu Pałacu Królewskiego. Tu przeszkoda – nie można wchodzić w krótkich spodenkach. Trzeba wypożyczyć długie spodnie. Kolejka, a czas goni, bo godzina do zamknięcia. Udało się. Wchodzę. Jakie tu są niesamowite budowle, orientalne kształty, pozłacane fasady, bogato zdobione ściany. Wszystko kipi przepychem. Robię zdjęcie Szmaragdowemu Buddzie, a tu nagle policjant każe mi skasować zdjęcie, bo jest zakaz. Przerażony robię to i zniesmaczony wychodzę ze świątyni. Zauważam jednak nad wejściem spore okno. Wspinam się na mur, w aparacie zoom i jest „niedozwolone” zdjęcie! Udało się! Potem patrzę na inne mniejsze świątynie, nie mniej wspaniałe, przy których młodzi mnisi z iPadami najnormalniej uśmiechają się do zdjęć. Przy wyjściu spotykam moją grupę, wracamy tuk-tukami do centrum. Nie możemy oprzeć się wieczornym zakupom tanich okularów, toreb, majtek, spodni, szalików, itd. Oj, to był długi dzień…

 

Ulicami Bangkoku mknie tuk-tuk

 

Wielokrotnie odbudowywany most na rzece kwai

 

Dzień 4

Pobudka przed 5.00, bierzemy taxi i jedziemy na główny dworzec kolejowy. Jest przestronny i czysty. Miedzy peronami są klomby z kwiatami! Wsiadamy do wycieczkowego pociągu weekendowego trzeciej klasy, ale z numerowanymi miejscami. Pociąg pełny tubylców, co nas cieszy. Wyjeżdżamy z Bangkoku mijając jego niezbyt zadbane przedmieścia. Konduktor anonsuje przystanki przez ręczny megafon! Pierwszy przystanek na śniadanie z „gar-kuchni”. Jemy pyszne rzeczy, ale nie wiemy do końca co. Zostawiliśmy w otwartym pociągu wszystkie swoje bagaże (docelowo zmierzamy do nowego miejsca noclegu). O dziwo, nic się z nimi nie dzieje, nawet przy najdłuższym ponad 1,5 godzinnym postoju. Zwiedzamy most na rzece Kwai, przy budowie którego zginęło tysiące ludzi. Jednak ogrom turystów zamazuje wrażenie wyjątkowości tego miejsca. Dużo lepsze wrażenie wywołują na nas widoki na rzekę z okna pociągu oraz słynna „Przełęcz Śmierci”. Po kilku godzinach docieramy do hotelu z pokojami na tratwach na rzece Kwai, dosłownie! Warunki są spartańskie, ale jaka odmiana i nowe doświadczenie. A na kolację ulubiony pad thai.

c.d.n.

 

Uliczne stragany, na których można kupić dosłownie wszystko

 

Waran jako zwierzę domowe