W ciemność. Star Trek - recenzja

Recenzja filmu

Obrazek użytkownika Brama
6.06.2013

W cztery lata po pamiętnym restarcie uniwersum Star Treka, jej reżyser J. J. Abrams dostarcza nam kolejną część kosmicznej sagi. Poprzednia część wzbudziła dość mieszane uczucia wśród miłośników, do których i ja się zaliczam, zrywała bowiem zarówno z dotychczasową statyczną i teatralną narracją, jak i z przedstawionymi dotychczas wydarzeniami, cofając zegar uniwersum. Fani nie potrafili wybaczyć wprowadzonych, niekiedy dość brutalnych, zmian. Natomiast szeroka publiczność ciepło przyjęła nową konwencję, trzeba to bowiem przyznać, że mieliśmy do czynienia z dobrym kinem przygodowym w otoczce s-f. A jak to będzie z jego kontynuacją? Wyruszamy w ciemność!

U.S.S. Enterprise ma poważne kłopoty - kadr z filmu W ciemność. Star Trek U.S.S. Enterprise ma poważne kłopoty - kadr z filmu W ciemność. Star Trek
  • Kapitan Kirk i główny zły. Czy aby na pewno? - kadr z filmu W ciemność. Star Trek
  • Kirk i Spock - ciężko o dwa bardziej przeciwstawne charaktery - kadr z filmu W ciemność. Star Trek
  • Scotty, McCoy i Kirk podczas załadunku prototypowych torped - kadr z filmu W ciemność. Star Trek
  • Porucznik Uhura - z nią nie ma żartów - kadr z filmu W ciemność. Star Trek

Oto podróże statku Enterprise…

Film rozpoczyna gambitowe otwarcie, wskakujemy w sam środek misji, w której załoga statku U.S.S. Enterprise próbuje uratować prymitywną cywilizację przed wybuchem wulkanu, który zniszczyć może całą planetę. Nie wszystko idzie jednak po myśli kapitana Kirka, który staje przed wyborem między poświęceniem członka załogi a ujawnieniem swojej obecności tubylcom i tym samym pogwałceniem Pierwszej Dyrektywy (mówiącej o nieingerencji w rozwój mniej rozwiniętych cywilizacji).

Ta krótka sekwencja, rozgrywająca się na jasnej, malowniczej i kolorowej planecie, stanowi swoisty kontrapunkt dla reszty filmu. Sam Enterprise zyskuje też kolejne mocne wejście – majestatycznie wyłaniający się z oceanu statek kosmiczny robi piorunujące wrażenie. Dalsza część filmu, jak sugeruje tytuł, to już znacznie ciemniejsze barwy. Nie, żeby film był jakoś strasznie mroczny, większość scenerii jest po prostu uboga w światło.

Dla głównego bohatera bardzo szybko zaczyna być niewesoło kiedy na skutek źle przeprowadzonej misji traci dowództwo nad statkiem. Szybko jednak dostaje drugą szansę: odzyskuje Enterprise po zamachu terrorystycznym, który wstrząsa samymi fundamentami Gwiezdnej Floty. Wygląda to na robotę od wewnątrz, nad Federacją zbierają się ciemne chmury. Kirk dostaje zielone światło by zlikwidować zagrożenie jakie stanowi autor spisku, John Harrison, być może najniebezpieczniejszy człowiek w historii ludzkości (świetny Benedict Cumberbatch). Aby tego dokonać bohater będzie musiał, w pogoni za zbiegiem udać się na Kronosa – planetę Klingonów, a tym samym zaryzykować wszczęcie wojny z Imperium.

To nie jest Star Trek Twojego ojca

Podobno takim hasłem była promowana na zachodzie poprzednia część, co podkreślało skierowanie obrazu do szerokiej publiczności. Nie inaczej jest z tym filmem: wartka akcja i widowiskowość efektów specjalnych stawia ten film obok typowych blockbusterów. To bardzo przyjemne kino rozrywkowe, w konwencji science-fiction, które nie ustrzegło się jednak jednej czy dwóch dziur w scenariuszu. Mimo to sprawnie poprowadzona narracja sprawia, że nie przeszkadza to w odbiorze filmu, a narzucone tempo nie pozwala się nudzić wciąż trzymając widza w napięciu.

Ukłonem w stronę szerokiej publiczności jest również wykorzystanie technologii 3D. Nie jestem co prawda zwolennikiem wykorzystania jej w każdym filmie, a Star Trek spokojnie by się bez niej obył, ale muszę przyznać, że efekt wykorzystany został tu bardzo dobrze. To właśnie na tym filmie po raz pierwszy spece od 3D sprawili, że odruchowo uchyliłem się przed nadlatującym pociskiem. Wcześniej nigdy mnie to nie ruszało, być może usiadłem akurat w odpowiednim miejscu(?) Jednak w drugiej połowie długiego, bo dwugodzinnego, filmu plastikowe okulary zaczęły mi przeszkadzać, a w połączeniu z dynamicznymi scenami i raczej ciemnymi obrazami efekt bardziej mnie męczył niż bawił. Ale to tylko moje subiektywne odczucia.

Beam me up, Scotty!*

Jakkolwiek poprzednia część była zerwaniem z dotychczasowym kanonem serii, tak nowy Star Trek jest ukłonem w jego stronę. Obraz kipi od różnych nawiązań a fabuła odwołuje się bezpośrednio do wydarzeń z oryginalnego serialu z lat 60’, jak i jednego z późniejszych filmów. Z którego konkretnie? Nie napiszę aby nikomu nie popsuć zabawy. Niewtajemniczonym nic to i tak nie powie, a zaznajomionym z uniwersum może powiedzieć za dużo. Oczywiście wszystko rozgrywa się tutaj inaczej, mamy bowiem do czynienia z alternatywną linią czasową, a postaciom przyjdzie się niekiedy wymienić rolami i wskoczyć w „nie swoje buty”. Takie puszczanie oka do fanów jest tutaj na porządku dziennym.

Powracają znane motywy, a film wzorem serialu stawia przed nami pytania związane z aktualnymi problemami. Jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć w obronie porządku? Gdzie jest granica? Czy walka z terroryzmem usprawiedliwia użycie wszelkich środków? Ale nie dajcie się zwieść i nie oczekujcie głębokich moralnych rozterek bohaterów, pytania te szybko znajdują odpowiedź, a wszystko tu służy wyłącznie rozrywce. Myślenie można śmiało podczas seansu wyłączyć i podziwiać akcję.

Sporą zasługę w tym, że obraz ogląda się tak przyjemnie ma również obsada, która sprawia, że zapomina się iż w kultowe postacie wcielają się zupełnie inni aktorzy. Pomiędzy postaciami znów iskrzy, powracają słynne słowne utarczki Spocka i McCoya, żaden z nich też nie zawaha się skrytykować swojego kapitana. Scotty ponownie dwoi się i troi by rozwiązać rożne problemy techniczne, McCoy znów jest „lekarzem, a nie…”, z kolei słynna fraza ze słowami „Beam me…”pada z dość nieoczekiwanych ust. Uhura, Sulu i Chekov również wywiązują się z zadania, co prawda zaznaczają swoją obecność w nieco mniejszym stopniu, niemniej każdy z bohaterów dostaje swoje pięć minut.

Nowy Star Trek ma znacznie większe szanse spodobać się zagorzałym fanom, nie tracąc przy tym nic ze swojej atrakcyjności dla przeciętnego widza. Być może trekkies nadal będą kręcić nosem, że to już nie to co kiedyś (i oczywiście będą mieli rację), ale nie znaczy to, że nowe musi być gorsze. A Abramsowi udało się nakręcić świetny film osadzony w tak kochanych przez nas realiach. I szkoda tylko, że Klingoni odegrali w całej historii tak nikłą rolę. Ja wybieram się jeszcze raz, są chętni?

* Frazę tę powszechnie przypisuje się kapitanowi Kirkowi - błędnie ponieważ nigdy nie padła ona dokładnie w tym brzmieniu.

 

W Ciemność. Star Trek

Reżyseria:
Zdjęcia:
Czas trwania:
129 min.
Premiera:
31 maja 2013 (Polska), 2 maja 2013 (świat)
Ocena:
8
10
Zrecenzował: