W pogoni za słońcem

Obrazek użytkownika Weronika
17.08.2012

Nie od dziś wiadomo, że chcąc poznać prawdziwe oblicze jakiegoś kraju i jego mieszkańców należy omijać enklawy turystyczne, które może i dają namiastkę codzienności, ale maskują jej autentyczność. Bo kurorty turystyczne, mają dać nam turystom, skoncentrowaną w jednym miejscu kulturę całego kraju. Mają być handlarze, rękodzieło, ludowe stroje, „tradycyjna” kuchnia i z pozoru zwyczajne życie. Tylko, że mi wydaje się to wszystko trochę fałszywe. Bo tu liczą się tylko pieniądze, które idą za turystami. A jak jest poza tym przemysłem turystycznym?

fot. Zbigniew Pobudkiewicz

Chcąc poznać prawdziwe Maroko udaliśmy się wypożyczonym samochodem na wycieczkę w góry Antyatlasu. Mieliśmy cały dzień, kilka obowiązkowych punktów programu, a resztę pozostawiliśmy losowi. Ciekawie było już od samego początku, gdy wypożyczaliśmy auto. Sprzedawca komunikował się z nami po francusku ewentualnie po arabsku, co nie robiło nam zbytniej różnicy, bo żadnego z tych języków nie znamy. Na każde pytanie odpowiadał jedynie „No problem, no problem”. On zapewne nie znał angielskiego. Upewniliśmy się jeszcze kilka razy, czy na pewno wszystko jest OK i po kolejnym „No problem” ruszyliśmy w drogę.

Szybko trzeba było odnaleźć się w totalnym chaosie na drodze i przyjąć „arabską” szkołę jazdy. Jedyną zasadą był brak zasad, no poza jednym wyjątkiem – Marokańczycy zatrzymują się na światłach! Nie zmieniało to jednak faktu, że trzeba mieć oczy dookoła głowy. Chcąc się upewnić, czy jedziemy w dobrym kierunku, zapytaliśmy o drogę miejscowych. Jak się okazało, przemiły Pan, który nas pokierował, pracował w naszym hotelu jako kelner. A może był to tylko pretekst, żebyśmy go podwieźli? Tak czy inaczej po drodze, Pan usilnie chciał nam sprzedać przyprawy wyrabiane przez jego rodzinę, a każde jego zdanie kończyło się „Do you like spices? The best is mix spices”. Niesamowicie pozytywny człowiek, wprawił nas w jeszcze lepszy nastrój.

Kiedy zabudowa miasta się skończyła i wjechaliśmy w góry, wszyscy zamilkli. Krajobraz był porażająco piękny. Rude skały, gdzieniegdzie zielone drzewa arganowe i dla kontrastu ostro niebieskie niebo. Słońce grzało, droga ciągnęła się jak serpentyna, a wokół panowała totalna cisza. Słychać było tylko świst wiatru i beczenie kóz. Gdzieś w dole widać było ruiny starej kazby. Czuliśmy się jak odkrywcy. Nikt nic nie mówił, ale jestem pewna, że każdemu z nas po głowie krążyło milion myśli.  Nieraz mieliśmy wrażenie, że te wysokie, prawie pionowe skały to fototapeta, że coś tak pięknego nie może być prawdziwe. Aż ciągnęło nas, żeby sprawdzić; żeby dotknąć czy to jawa, czy to już sen. Obawa przed rozczarowaniem pchnęła nas w dalszą podróż. Woleliśmy żyć w nieświadomości.

Po takich uniesieniach dojechaliśmy do Tafraoute, gdzie przyziemne sprawy dały o sobie znać. Trzeba coś zjeść. Zatrzymaliśmy się w miasteczku, gdzie turyści raczej rzadko zaglądają. Znaleźliśmy restaurację, chyba jakiegoś nieczynnego hotelu. Oprócz obsługi, byliśmy tylko my, co budziło ogólne zainteresowanie miejscowych. Ponownie dały znać o sobie braki języka arabskiego. Na szczęście menu było z obrazkami. Sympatyczny kelner przyjął zamówienie i w napięciu czekaliśmy czy dobrze nas zrozumiał. Jedzenie było wyborne, a sok ze świeżych pomarańczy wyśmienity. Gdyby nie to, że czekała nas długa droga zapewne nie skończyłoby się tylko na jednej szklance. Uroku tej niewielkiej restauracji dodawała obsługa, która specjalnie dla nas, obcokrajowców przełączyła swoje arabskie wiadomości na CNN.

"Nieraz mieliśmy wrażenie, że te wysokie, prawie pionowe skały to fototapeta, że coś tak pięknego nie może być prawdziwe."

Dalsza podróż przebiegała spokojnie, do momentu kiedy zapatrzeni na ten urokliwy krajobraz, zjechaliśmy z drogi. Może i dobrze, bo przez zupełny przypadek trafiliśmy na niebieskie skały. Niebieski często jest kojarzony z Marokiem, ale dotyczy głównie miast. A tu, na środku pustyni, belgijski artysta postanowił pomalować skały! Trzeba mieć niezłą fantazję, żeby wpaść na taki pomysł. Widok stał się jeszcze bardziej nierealny. Na twarzach moich współtowarzyszy zauważyłam uśmiech i zarazem niedowierzanie.

Obowiązkowym punktem naszej wycieczki była plaża Lagzira w okolicach Sidi Ifni, ale góry pochłonęły nas całkowicie. Radosna załoga naszego niebieskiego łazika, który dzielnie pokonywał górskie, nieraz wyboiste drogi, postanowiła pokręcić się po okolicy. Takich oaz, wiosek górskich, nie widziałam jeszcze nigdzie. Jedne piękne, strojne z kwiatami i kostką brukową inne biedne, przykurzone, ale w całej swej prostocie wyjątkowe. Niektóre osady wyglądały na całkowicie opuszczone, ale dało się odczuć ukryte za okiennicami spojrzenia mieszkańców. Pod wrażeniem niecodziennego krajobrazu nie zwróciliśmy uwagi na upływający czas. Było już grubo po południu, a na wybrzeże mieliśmy dotrzeć przed zachodem słońca. Rozpoczęliśmy więc walkę z czasem. Do celu mieliśmy jakieś 200 km, ale trasa biegła przez kręte górskie drogi, co znacznie spowalniało nam jazdę. Wiedzieliśmy, że jeśli się spóźnimy, cały trud pójdzie na marne. Musieliśmy być w Sidi Ifni przed zachodem słońca. Innej opcji nie braliśmy pod uwagę. Po drodze mijaliśmy wiele większych lub mniejszych wiosek. Co ciekawe, w każdej byliśmy atrakcją. Ludzie podnosili się z krzeseł na nasz widok, machali do nas, uśmiechali się. Nie mieliśmy jednak czasu na bliższe poznania. Czas uciekał.

Po kilku godzinach jazdy, w końcu naszym oczom ukazał się Ocean. Byliśmy blisko, teraz trzeba było znaleźć plażę Lagzira, cel naszej podróży. Niebo zaczęło przybierać wszystkie odcienie pomarańczowego, słońce powoli schodziło do wody, a z parkingu na którym się zatrzymaliśmy było jeszcze 10 min drogi do celu. Nie patrząc pod nogi, na niezliczoną ilość kamieni i na fale oceanu wdzierające się na plażę, biegliśmy ku łukom skalnym.

Widok był oszałamiający. Z jednej strony pionowa skalna ściana, z drugiej strony szalony ocean, a nad plażą ogromny łuk lekko opadający do wody. Po raz kolejny natura mnie zaskoczyła. Słońce było nisko, za to wilgotność była bardzo wysoka. Moje włosy niemal od razu skręciły się w loki, a lekka mgiełka dodawała temu miejscu tajemniczości. W zachodzącym Słońcu skały przybrały ostro czerwoną barwę. Wyraźnie widać było nakładające się przez lata warstwy. Nie może być lepszej lekcji geologii. Mnie jednak urzekły kolory. Ta cała paleta barw, od żółtego przez pomarańczowy do czerwonego, z błękitem nieba zmieniającym się w fiolet i białymi falami oceanu tworzyło swoisty rodzaj kolorowanki. Gdzieniegdzie obraz ten odbijał się w mokrej powierzchni plaży wzmacniając efekt. Myślę, że każdy z nas czuł się jak w bajce. Za wszelką cenę, staraliśmy się uchwycić tę chwilę na zdjęciach. Dopiero po sesji zdjęciowej przyszedł czas na zadumę i kontemplację. Słońce zdążyło się już schować za horyzont, a Ocean coraz bardziej wgryzał się w ląd, rozpoczął się przypływ. To oznaczało, że trzeba wracać do samochodu, jeśli nie chcemy walczyć z falami.

Zmęczeni, zadowoleni i pełni wrażeń rozpoczęliśmy drogę powrotną do Agadiru. W radio łapaliśmy hiszpańskie stacje nadawane z Wysp Kanaryjskich. Jaki ten świat mały. Zatopiona w myślach, wertowałam obrazy z naszej podróży. Chciałam sobie odpowiedzieć na pytanie, czy to co dzisiaj zobaczyliśmy, te niekończące się zbocza gór z drzewami arganowymi, zagubione wioski, małe knajpki i ogromne łuki skalne nad plażą, czy to już jest prawdziwe Maroko? A może prawdziwym skarbem są tylko cesarskie miasta? Nie ujmując przepięknym zabytkom, myślę że najprawdziwsze są zawsze własne odczucia, doświadczenia i to co zachowamy w pamięci.