Węzeł syryjski

Obrazek użytkownika moonfire
25.07.2013

Złe reżimy kontra szlachetni rebelianci Arabskiej Wiosny w Egipcie, Tunezji, Libii, czy Syrii. Nie przekonuje mnie taka uproszczona narracja opisu sytuacji na Bliskim Wschodzie. Podsycać ją mogą chociażby ostatnie pogłoski na temat użycia broni chemicznej przez syryjski reżim Baszira Al-Assada. W opowieści tej występują młodzi, wykształceni, niezłomni rebelianci uzbrojeni nie tylko w broń wszelkiego rodzaju, ale i Facebooka i Twittera. Po drugiej stronie znajduje się Mordor zarządzany przez okrutnego Saurona – przywódcę kraju, prezydenta Al-Assada.

Flaga Syrii Flaga Syrii | fot. Free Grunge Textures - www.freestock.ca/flickr
  • Bashar al-Assad
  • Mapa Syrii

Arabska Wiosna Ludów

Gdy kilkanaście miesięcy temu przez Polskę przetoczyły się protesty przeciwko projektowi przyjęcia przez rząd RP protokołu ACTA, z nieufnością spoglądałem na demonstrantów, którzy wzięli się z jakiegoś polityczno – społecznego niebytu. Lewacy z Antify, nacjonaliści z NOP czy ONR, w końcu kibice piłkarscy nie są towarzystwem, z którym chciałbym mieć wiele do czynienia. Zdziwił mnie fakt, że młodzi ludzie, na co dzień przyklejeni do tabletów i innych urządzeń elektronicznych, nierzadko uzależnieni od aktywności w sieci, zbuntowali się i ruszyli na place oraz ulice miast. Jak pokazuje logika dziejów, żadne rewolucje nie wybuchały oddolnie, zawsze były sterowane przez większych, ukrywających się w cieniu, mocodawców. Ci ostatni z pewnych powodów woleli pozostać w zaciemnieniu. Skąd taki wstęp? Otóż, podobnie było w przypadku Arabskiej Wiosny, ruchu społecznego, rzekomo oddolnego, który narodził się w grudniu 2010 roku, a który objął również Syrię. Podobnie, jak w przypadku ACTA, prasa rozpisywała się o sile młodości, która poczuła wiejący wiatr historii. Młodzi Arabowie zapragnęli obalić reżim Baszira Al-Assada i skierować swoje państwo na demokratyczne tory. Dostęp do internetu spowodował, że – po pierwsze, rebelianci otworzyli się na nowe prądy polityczne, po drugie, byli w stanie efektywnie się zorganizować, aby rozpocząć zbrojne powstanie przeciw władzy.

Rzeczywistość bywa bardziej skomplikowana niż oficjalna wykładnia mediów. Gdy spojrzymy na Irak znajdujący się pod rządami Saddama Husajna lub Egipt pod panowaniem prezydenta Hosniego Mubaraka zobaczymy państwa autorytarne, rządzone silną ręką, nierzadko stosujące przemoc wobec sprzeciwiających się obywateli. Zobaczymy ograniczenie wolności słowa i łamanie wielu praw człowieka. Z drugiej strony, patrząc na wymienione wyżej państwa, nie będziemy w stanie dojrzeć islamskiego fanatyzmu, zobaczymy również względnie liberalny stosunek władz do sprawowania praktyk religijnych i pewną otwartość na świat niemuzułmański przez przedstawicieli innych wyznań niż islam. W państwach rządzonych przez bliskowschodnich dyktatorów turystom wolno było spożywać alkohol. Radykałowie islamscy z pewnością będą chcieli te aspekty ograniczać. Nie jest to więc gra o sumie zerowej. Podobnie rzecz miała się z Syrią, dopóki nie rozpoczęła się rewolucja. Nawiasem mówiąc, najbardziej radykalnym państwem islamskiej teokracji, w którym za posiadanie Biblii grozi kara śmierci, jest Arabia Saudyjska, chyba najbliższy w regionie sojusznik Stanów Zjednoczonych. Julien Weiss, francuski muzyk, który mieszkał w Syrii przed wojną domową, w wywiadzie przeprowadzonym przez Jerzego Haszczyńskiego dla „Uważam Rze” powiedział: Syria to nie demokracja, ale nie jest to Kambodża Pol Pota czy Korea Północna. W innym miejscu wspomniał o rebeliantach: nikt z nich nie jest w stanie zostać przywódcą tego kraju, nie ma takiej osobowości. A wśród rewolucjonistów są chuligani, kryminaliści i ludzie z innych krajów, którzy jątrzą. Rewolucja francuska i bolszewicka również przyciągały do siebie rozmaite męty społeczne, więc w przypadku działań Arabskiej Wiosny nie może być inaczej, przecież proces historyczny jest taki sam. Podobnie będzie w przypadku hipotetycznej demokracji. Raczej nie jest możliwe, z przeróżnych powodów kulturowych, aby w państwach islamskich powstały demokracje rozumiane w zachodnim, liberalnym sensie.

Reżim czy nie reżim?

Skomplikowanie sytuacji w Syrii bierze się również z faktu, że trudno ocenić Baszira Al-Assada jako kontrapunkt wobec rebeliantów. W tym przypadku należałoby powiedzieć, że skoro rewolucjoniści są źli, to prezydent musi być dobry. Albo na odwrót. W ten sposób większość zachodnich mediów prezentuje obraz sytuacji w Damaszku. Cofnijmy się o prawie sto lat i zadajmy pytanie. Skoro rewolucję bolszewicką każdy normalnie myślący człowiek oceni jednoznacznie negatywnie, to znaczy, że reżim carski staje się w takim razie systemem, który mamy zaaprobować? Retoryczne pytanie. Przez takie uproszczenie spora część inteligencji polskiej dała się złapać na wybielaniu rządów Romanowów, bo skoro komunizm był systemem o wiele bardziej restrykcyjnym niż rządy caratu, to należało patrzeć na Mikołaja i jego poprzedników bardziej łaskawie niż czyniono to do roku 1918. Przecież car był chrześcijaninem, a komuniści z religią walczyli. Podobna sytuacja zachodzi w Syrii. W zależności od tego, po której stronie się opowiemy, widzimy błędy adwersarzy, a siłę, której stronnikami jesteśmy, staramy się wytłumaczyć. A cała zależność jest skutkiem ignorancji. Człowiek Zachodu zachłysnął się ideą demokracji i wydaje mu się, że jest ona najdoskonalszym systemem politycznym, który kiedykolwiek pojawił się na świecie. Rząd USA twierdzi, że krzewi on ideały ojców założycieli USA w krajach Bliskiego Wschodu. Dziwnym trafem Amerykanom zależy na demokracji w Iraku czy Afganistanie, natomiast zarzutów do swojego sojusznika – Arabii Saudyjskiej – nie mają wcale. Natomiast tę oficjalną interpretację działań Amerykanów w lot chwytają w swojej naiwności przeróżne agendy i instytucje pozarządowe i głoszą ją niczym prawdy objawione ludom całego świata.

Należałoby przypomnieć, że podobne, szlachetne (we własnej ocenie) działania podejmował Zachód na początku XX wieku w Kongu. Król Belgii Leopold II postanowił zorganizować „wysoce humanitarne” działania wymierzone przeciw arabskim handlarzom niewolników. W Europie niewolnictwa nie było i wielu pięknoduchów bolał fakt, że gdzieś w Afryce wciąż można sprzedać i kupić ludzkie życie. Leopold w te działania wmanewrował sporą część ówczesnych przywódców europejskich, pod egidą walki z niewolnictwem zorganizował kilka kongresów międzynarodowych, a w międzyczasie wysyłał do Konga zespoły ludzi, którzy w sposób rabunkowy zdobywali tam kauczuk i kość słoniową. Zabili również przy okazji kilka milionów Afrykanów, którzy żadnymi handlarzami niewolników, a tym bardziej handlarzami arabskimi nie byli. Nie sugeruję oczywiście, że krzewienie demokracji niesie dzisiaj za sobą masową rzeź ludności cywilnej czy rabunkową gospodarkę. Wystarczy jednak dojść do pewnych wniosków zestawiając ze sobą fakt działań króla Belgii z początków XX wieku i dzisiejsze misje demokratyzujące Irak czy Afganistan. Kości słoniowej tam nie ma, ale jest ropa i mnóstwo innych bogactw naturalnych.

Kto chce zastąpić Baszira Al-Assada?

Wróćmy do syryjskich rebeliantów. Rewolucja w Damaszku rozpoczęła się od postulatów socjalnych, te polityczne pojawiły się później. Mówi się, że spora część bojowników to osoby spoza Syrii, kojarzące się raczej nie z hasłami liberalizmu, ale wręcz przeciwnie, z tymi mającymi Mahometa na sztandarach. Są to często mieszkańcy Libanu oraz Arabii Saudyjskiej. Rządząca w Damaszku partia Baas grupuje w swoich szeregach dużą część alawitów. Alawizm jest mistycznym odłamem islamu, który wchłonął w siebie idee chrześcijańskie, neoplatońskie i buddyjskie. Od roku 1971, gdy przejęli oni władzę w Syrii, sprawują ją po dzień dzisiejszy. Natomiast wśród rebeliantów duże znaczenie mają przedstawiciele ortodoksyjnego sunnizmu, a ci nie uznają alawitów za prawowitych wyznawców Allaha. Zapytać trzeba, które hasła – te polityczne i społeczne czy te religijne – są w tym konflikcie ważniejsze. Arabska Wiosna zdestabilizowała więc rejon Bliskiego Wschodu i spowodowała zradykalizowanie się w nim żądań politycznych.

Również ostatnie wydarzenia z Syrii pokazują, że sytuacja nie rozkłada się w sposób zerojedynkowy. Pod koniec kwietnia libański przywódca Hezbollahu Sajed Hasan Nasrallah stwierdził, że reżim Al-Assada nie może upaść pod naciskiem rebeliantów i zapowiedział ewentualną interwencję i wsparcie sił rządowych. Jak podaje portal wpolityce.pl, Hezbollah jest sojusznikiem rządów prezydenta Syrii i jest silniejszy pod względem militarnym niż wojska rządowe. W przypadku zagrożenia utraty władzy przez Al-Assada w konflikt mógłby zaangażować się również Iran. Skądinąd wiadomo, że pojawiają się głosy o domniemanym zaangażowaniu USA oraz Izraela w ciche wspieranie sił antyrządowych. Skoro w czasie wojny z Afganistanem, którą prowadził Związek Radziecki, siły amerykańskie wspierały talibów oraz Bin Ladena, taki scenariusz, w myśl którego Waszyngton angażuje się w popieranie ekstremistów islamskich spod sunnickiej flagi, nie wydaje się wcale nierealny. Również w kwietniu nad Syrią został ostrzelany samolot pasażerski linii NordWind Airlines. O ten czyn posądzono syryjskich rebeliantów. W związku z tym incydentem Rosja, do której należą rzeczone linie lotnicze, zabroniła lotów swoich maszyn nad Syrią. Rosja, jak i Chiny, sprzeciwia się na forum ONZ potępienia rządów Al-Assada. I w związku z tym wydarzeniem Władimir Putin dostaje do ręki kolejny argument za tym, że za sytuację w Damaszku odpowiadają rebelianci. Z kolei Stany Zjednoczone, sprzeciwiające się polityce prezydenta Syrii, oskarżyły Al-Assada o stosowanie broni chemicznej. Nie musi być wcale nieprawdą, że reżim Al-Assada eksperymentuje na swoich obywatelach za pomocą chemicznych środków rażenia. Z drugiej zaś strony polityka USA wobec krajów stosujących niehumanitarne środki bojowe jest wybiórcza. W przypadku ostatnich gróźb ataku Korei Północnej na USA dziwić mogą miękkie reakcje sekretarza stanu Johna Kerry’ego. Jak w połowie kwietnia podał portal Polskiego Radia, Kerry wypowiedział się dość łagodnie, dążąc do pokojowego rozwiązania konfliktu, inaczej niż postępowała administracja Stanów Zjednoczonych w przypadku Iraku, Afganistanu, czy ostatnio Iranu. Podobna reakcja władz USA miała miejsce w marcu zeszłego roku, gdy prezydent Obama spotkał się z przywódcą Rosji Dmitrijem Miedwiediewem podczas szczytu nuklearnego w Seulu. Z informacji na witrynie polskiej edycji Newsweeka wynika, że amerykański prezydent obiecał Rosjanom ustępstwa w sprawie tarczy antyrakietowej, czyli de facto ugiął się po argumentacją Moskwy. Wyjaśnień zaistniałej sytuacji zażądali republikanie.

Niepewna pieśń przyszłości

Nasuwa się pytanie, co dalej? Jeżeli reżim Al-Assada okaże się na tyle silny, aby nie upaść pod działaniami rebeliantów, zapowiada się długotrwały konflikt. Będziemy mieli do czynienia z jedną z wielu wojen domowych, które trwać mogą nawet kilkanaście lat. Być może eskalacja konfliktu nieco ustanie, a spór przeniesie się raczej w rejony działań partyzanckich czy terrorystycznych. Bez interwencji z zewnątrz taki scenariusz jest wysoce prawdopodobny. Jeżeli w wojnę zaangażują się Stany Zjednoczone, prawdopodobnie dni Al-Assada będą policzone, a w walkę o panowanie nad Syrią włączą się siły sunnickie. W jednym czy drugim przypadku, dla większości Syryjczyków najbliższe lata będą upływać w niepewności o własne bezpieczeństwo. Wówczas w zdobytych przyczółkach, na opanowanych przez ekstremistów islamskich prowincjach kraju wprowadzane zostanie prawo szariatu i w niebezpieczeństwie znajdą się wszyscy ci, którzy nie są ortodoksyjnymi wyznawcami proroka, zwłaszcza chrześcijanie. Sytuacja zacznie przypominać więc tę znaną już z Iraku czy Afganistanu. W Damaszku władzę obejmie zainstalowany przez administrację amerykańską rząd, a Syria co jakiś czas wstrząsana będzie seriami zamachów terrorystycznych i prześladowaniami niewiernych Mahometowi.

Konflikt, który zarysowuje się na terytorium Syrii, staje się więc konfliktem tragicznym. Wyraźniej widać tę interpretację z perspektywy zachodniej, dla której demokracja oznacza szczęście, a wszystko, co demokracją nie jest, staje się wrogie. Zachodnie standardy przyłożone do bliskowschodnich realiów nie potrafią opisać sytuacji Syrii (ani innego państwa arabskiego) w przekonujący i satysfakcjonujący sposób. Reżimy polityczne Husajna, Kadafiego, Mubaraka czy Al-Assada gwarantowały w swoich państwach wolność wyznania przy jednoczesnym braku wolności słowa. Obywatel Iraku, Libii, Egiptu czy Syrii mógł nie być muzułmaninem i w związku z wyznawaną przez siebie religią nie powinien być prześladowany. Z drugiej strony wolność wypowiedzi politycznej była ograniczana w dość mocny sposób. Po zmianie u steru władzy, gdy rządy przejmują ośrodki teokratyczne, silnie zideologizowane pod względem religijnym, wolność wyznania staje się dobrem luksusowym, nieprzewidzianym dla zwykłego obywatela. Również nikt nie potrafi zagwarantować, aby mieszkańcy rządzonych przez islamistów państw posiadali luksus wolności słowa. Zwłaszcza gdy polityka i religia stają się jednym.