Wiedźmin. Sezon Burz - Andrzej Sapkowski

Recenzja książki

Obrazek użytkownika Brama
3.11.2013

Stało się to, co stać się miało. Ziściło się to, co przepowiedziane zostało. Coś się skończyło i coś się zaczęło. A jednak historia nie kończy się nigdy, opowieść trwa nadal… Oto bowiem powrócił Geralt z Rivii, wiedźmin z cechu Wilków, zabójca potworów znany też jako Rzeźnik z Blaviken. Powrócił, ale czy w pełnej formie?  

Wiedźmin. Sezon Burz Okładka książki "Wiedźmin. Sezon Burz"

Wiedźmiński fach nie jest zajęciem najprzyjemniejszym. Pomijając ostrą selekcję i bolesne mutacje, które trzeba przejść, to nie jest to zawód pozbawiony ryzyka i stateczny. Choć powołany do obrony ludzi, przed monstrami czyhającymi w mroku nocy, wiedźmin staje się wyrzutkiem. Wśród ludzi postrzegany jest jako parszywy odmieniec, czarownik i zło konieczne. Nie koniecznie w komplecie i tej kolejności. Wśród przedstawicieli czarodziejskiej braci uważany jest zaś za profana, gdyż „plebs” nie powinien mieć dostępu do elitarnych arkanów magii nawet gdy mowa o tak prostym jej przejawie jak wiedźmińskie znaki. Od jednych i drugich liczyć może co najwyżej na pogardę.

A białowłosy wiedźmin nie ma szczęścia podwójnie. Seria niefortunnych zdarzeń, kiepskich wyborów i złych zrządzeń losu rzuca go do Kerack, mało ważnego królestwa przy ujściu rzeki Adalatte. I dopiero tutaj jego kłopoty naprawdę się zaczynają. Nad Białym Wilkiem zbierają się czarne chmury i wygląda na to, że nawałnicy tylko patrzeć. Znowuż, wbrew swej woli, wplątany zostaje w polityczną intrygę możnych i czarodziei. I znowuż traktują go jak bezwolnego golema i jako takiego chcą go wykorzystać do własnych celów. Ale Geralt za bezwolnego golema się nie uważa i idzie pod prąd, co rzadko mu na dobre wychodzi, a w zasadzie to prawie wcale…

Dla tych, którzy o nowych przygodach Białego Wilka słyszeli mało lub zgoła wcale śpieszę z wyjaśnieniami. Nowa książka Andrzeja Sapkowskiego to nie kontynuacja sagi a zupełnie nowa opowieść osadzona w tym samym świecie. Z początku żałowałem nieco, że nie jest to kolejny zbiór opowiadań, ale żal ten przeszedł mi szybko. Wydarzenia opisane w powieści rozgrywają się na długo przed tymi zawartymi w Sadze o wiedźminie (słynnym pięcioksięgu), jednak wspomina się w niej niektóre wydarzenia opisane w poprzedzających Sagę opowiadaniach. 

Sapkowskiemu genialnie udało się coś niesamowitego – otóż powieść zgrabnie spina początek i koniec dotychczas znanych wydarzeń, a historia niejako zatacza koło. Książka pozwala określić chronologię już wcześniej opisanych zdarzeń, ale tego oraz innych smaczków nie zdradzę, aby nie psuć dociekliwemu czytelnikowi przyjemności płynącej z ich odkrywania. Dość powiedzieć o pewnym wydarzeniu, w Sadze jedynie wspomnianym jako pikantny szczegół z przeszłości Geralta, którego kulisy tu poznajemy dogłębnie.

Smaczki smaczkami, ale nie nimi samymi czytelnik żyje, zatem jak wypada książka na tle pozostałych dzieł Sapkowskiego? Otóż śpieszę donieść, że pióro mistrza, podobnie jak wiedźmiński miecz, nie stępiło się ani trochę. Mamy tu wszystko za co pokochaliśmy opowieści o wiedźminie. A zatem dialogi są cięte i dowcipne, opisy pojedynków na miecze dynamiczne, efektowne i sugestywne a przedstawiony świat i postacie wiarygodne. To co mnie urzekło w prozie ASa i co ją odróżnia od typowej fantasy w tolkienowskim stylu to brak jasnego podziału na dobro i zło. To ostatnie nie koniecznie jest brzydkie, plugawe i absolutne; a dobro nie zawsze cieszy oczy, brak jest bohaterów krystalicznie czystych i nieskazitelnych. Niemal każdy zdolny jest zarówno do szlachetnych uczynków jak i potrafi kierować się niskimi pobudkami.

Niektórzy mogliby narzekać, że skala wydarzeń i ukazanej intrygi nijak się ma do tych przedstawionych w Sadze, gdyż tu mają charakter raczej lokalny niż globalny i na odmianę oblicza świata nie ma co liczyć. Osobnikom takim radzę jednak co prędzej popukać się w czoło i zwracam uwagę, że mamy do czynienia z zamkniętą na czterystu stronach odrębną całością (po którą, nawiasem mówiąc, sięgnąć może również czytelnik dotychczas z wiedźminem nie zaznajomiony) a nie rozpisaną na wiele tomów epopeją. Pisarza wiązały też przecież ramy dotychczasowych wydarzeń, autor ograniczenia ominął bardzo zgrabnie, w efekcie dostaliśmy bardzo spójną całość nie burzącą dotychczasowego porządku. I tu przyczepić się mogę tylko do jednej rzeczy – mianowicie o ile ilustracja książki stylistycznie wpasowuje się w klimat rysunków zdobiących całą „białą” serię o tyle czarny kolor okładki już zdecydowanie z nią nie współgra, a szkoda…

Siłą rzeczy nie ma tu aż takiej ilości postaci drugoplanowych i nie zostały one tak dobrze zarysowane (tego akurat trochę żal). Mało też przewija się przez karty powieści nieludzi. Pojawia się co prawda krasnolud Addario Bach, ale gdzie tam mu do Zoltana czy Yarpena. Aen Shiede poza wzmiankami nie pojawiają się wcale.

Do książki podchodziłem początkowo z pewnym sceptycyzmem. Wiedziałem, że Andrzej Sapkowski nie może dostarczyć lektury kiepskiej, ale czy będzie potrafił ponownie wspiąć się na wyżynę swoich możliwości i dostarczyć nam opowieść godną cyklu wiedźmińskiego? Pisarz zawarł tu kilka fajnych pomysłów, z których każdy mógłby być kanwą oddzielnego opowiadania a pozostały sprytnie splecione w całość. Moje obawy rozwiewały się wraz z postępem w lekturze po to by opuścić mnie całkiem i pozostawić w zachwycie. 

Na tym może zakończmy tę recenzję, ktoś jeszcze to czyta zamiast biec do księgarni? Premiera książki już niebawem – 6 listopada. I coś mi mówi, że na następnego Wiedźmina nie będziemy czekać czternaście lat…

Wiedźmin. Sezon Burz

Przekład:
Wydawca:
Rok wydania:
2013
Liczba stron:
404
ISBN:
978-83-7578-059-8
Ocena:
9
10
Zrecenzował: