Z miłości do książek...

Obrazek użytkownika Filip Krause
7.10.2012
Jacek Tylkowski w swej pracowni | fot. Jacek Kordus

Jak ważne są dla was książki? Czy traktujecie je jak małych przyjaciół, z którymi spędziliście wspaniałe chwile? Czy zdarzyło wam się słuchać szelestu kartek i sprawdzać ich zapach? Jest szansa, że spodoba wam się ta opowieść. To historia człowieka, który tworzy z książek prawdziwe dzieła sztuki. 

W drodze do pracowni Jacka Tylkowskiego miałem w głowie fotografie oprawionych przez niego książek. Myślałem o tym, jak bardzo czytelnicy zapomnieli już o tym, czym jest dobra oprawa. Gdzieś zatraciliśmy, zgubiliśmy jedną z największych przyjemności w obcowaniu z książką. Trudno je dziś podziwiać, bo papierowe oprawy nie dają im wyglądu, na jaki zasługują. Ciężko także dołączyć do całego spektrum doznań tych, które odbieramy poprzez dotyk. Z tą myślą przekraczam próg pracowni prawdziwego czarodzieja, który wszystkie te obawy rozwiewa każdego dnia swojej pracy. 

Nic z tego co napiszę nie odda gościnności i ciepła bijącego od Jacka. Po kilku minutach stoję z kubkiem kawy w rękach i zdziwieniem, że już od pierwszej minuty jestem jak zaczarowany.

Czuj się jak u siebie w domu, tylko proszę, nie rzucaj szklankami, bo ja z malowaniem ścian, to nie za bardzo... - mówi wyciągając z gablotki prawdziwe małe arcydzieło. I zaczyna się opowieść.

- Edgard Claes zawsze chodzi w dżinsowej koszuli. Nosi krzyż podobny do maltańskiego. Tylko po tym poznać, że jest mnichem i to z małego zakonu, na całym świecie jest ich dwudziestu kilku. Z religii zawsze miałem dwóję, więc wiedzą nie zabłysnę, dopytywałem się co to za zakon, ale nie potrafię sobie przypomnieć. Byłem u niego na warsztatach i wziąłem ze sobą książkę „Polska Piastów” Jasienicy. On robi bardzo nowoczesne oprawy, ja chciałem zrobić coś tradycyjnego. No i skrytykował mnie, że wyszło bardzo konserwatywnie, chyba najbardziej konserwatywnie ze wszystkich uczestników szkolenia. Próbowałem, chciałem połączyć wodę z ogniem, ale on ma inne myślenie. 

- Edgard to absolutna czołówka. Widziałem go 3 razy po kilkanaście dni. Widziałem jak się zachowuje, słuchałem co mówi. Nigdy nie powiedział że jest mistrzem świata, a reszta to dno. Ci naprawdę dobrzy nie muszę też mówić, że są dobrzy. Ostatnia praca o nich świadczy. Kiedy zwracał mi uwagę, to też w inny sposób, tłumaczył, pytał dlaczego robię właśnie tak. A ja nie mogłem za nim nadążyć. Facet skreślił 3 kreski i to było perfekcyjne. A tak w ogóle to wszechstronny artysta: oprawia, maluje obrazy, rzeźbi. Popatrz na tę oprawę - to wszystko pleksiglas, pomalowany aerografem. Jedną taką oprawę robi ze 3 miesiące. Co ciekawe grzbiety robi z rurek instalacyjnych - przecina je w odpowiednim miejscu, żeby dopasować grubość. Później  łączy je teleskopami, takimi jak w zegarkach. To bardzo nowoczesne oprawy, nie zawsze współgrają z treścią książki.

Książki, oprawy, warsztaty. Mnich mnichem, ale muszę wiedzieć jak to się zaczęło. Skąd to całe zamiłowanie i niezwykły pomysł na życie?

- Mój tata też był introligatorem, miał pracownię, ale całe życie zajmował się tymi komercyjnymi rzeczami. Często przychodziłem, patrzyłem co robi, mój brat w ogóle się tym nie interesował. Jak już się zaczął tym trochę bawić... tata mówił do niego: „rękami coś robisz, a do pupy ci się przykleja”, tylko mówił to bardziej dosadnie. Bratu ta praca nie leżała, a ja się zapaliłem. Niektórzy chcą być strażakami, policjantami... do niczego mnie nie zmuszano. Ja też nie zmuszam moich dzieci i raczej się tym nie zainteresują, syn pyta lekceważąco „Tata, co ty robisz? Te wszystkie twoje książki...”.

- Kiedy zaczynałem przygodę z zawodem, ojciec mówił: „możesz się uczyć u mnie, ale dam cię do najlepszego w Poznaniu”. I tak trafiłem do pana Lewandowskiego, pracownia była na Wronieckiej. Tam spędziłem 3 lata. To terminowanie wyglądało jak wszędzie w Polsce: pozamiatać, pójść po mleczko, a przez resztę dnia naklejać tylko paski, które były już przygotowane.  Ale miałem swój stół  i to było niesamowite wyróżnienie. Dużo oprawiałem prac magisterskich, wielu studentów do nas trafiało. Na dwa tygodnie przez egzaminem czeladniczym musiałem trochę przypominać po co tu jestem, zacząłem się domagać czegoś. Egzamin zaliczyłem u Jana Bródki, na Matejki. Jego pracownia ciągle działa.

Jacek został introligatorem. Był młodym człowiekiem i najważniejsze miało dopiero nadejść, ale opowieść o jego miłości do opraw artystycznych zasługuje na osobną historię. Ważne, żeby zrozumieć jej podstawy; nawet jeżeli na pierwszy rzut oka mało w tym magii.

- Młodzi ludzie coraz częściej nie wiedzą czym naprawdę zajmuje się introligator. Niektórzy przychodzą i informują, że przyszli do introligacji, może kojarzą jedynie samą nazwę. Tak naprawdę przychodzą coś oprawić, ale przez nieznajomość, szukają kojarzących się z tym luźno słów. Lepiej i tak, bo miałem też klientkę, która chciała, żebym jej postawił ściankę działową.

- Skłamałbym, że to się zdarza codziennie, ale wiedza o tym kim jest introligator ginie. Jeżdżę do notariuszy i wydaje się, że tacy ludzie mają szersze horyzonty, a ci pytają mnie, czy poza oprawianiem ich akt robię coś więcej. Gdy się dowiadują, są ogromnie zdziwieni.

- To jest ginące rzemiosło. Dziadkiem jeszcze nie jestem, ale wydaje mi się ze jestem ostatnim pokoleniem... jak ja się już zestarzeję, nikt się do tego nie zapali. Szkół nie ma, ktoś tam organizuje warsztaty dla studentów szkół artystycznych. Pomyślałem że też będą to robił, ale poza mną i tamtymi, nie ma gdzie się uczyć fachu. Introligatorstwo w Polsce jest małe i jak to w naszym piekiełku, skłócone. Są konflikty, introligatorów na wysokim poziomie nie ma wielu, a dodatkowo wszyscy patrzą na siebie wilkiem, wszyscy ze wszystkimi się kłócą. Nie ma w Polsce organizacji introligatorskiej.

- Parę lat temu wróciła z Kanady pani Ksenia Kopystyńska, to bardziej artystka, robi w swoim stylu. Ona myśli właśnie o założeniu takiej organizacji, chciałaby nas zebrać, chociaż nie jest nas dużo, zaledwie kilkadziesiąt osób w całym kraju, a spośród nich pewnie tylko kilkunastu chciałoby współpracować. Widzę po kursach, że ludzie chcieliby się uczyć, ale nie ma gdzie. Potrzeba także minimum sprzętu, chociaż jak widzisz w mojej pracowni jest tych specjalistycznych sprzętów niewiele.

No właśnie, w cieniu pracowni stoi kilka tajemniczych maszyn, trochę narzędzi, skóry i fragmenty papieru. Czekam na moment w którym Jacek złapie za któryś z tych przyrządów i odda się tworzeniu. W końcu włącza niewielkie urządzenie do podgrzewania narzędzi, kładzie przed sobą oprawioną w skórę książkę i zaczyna spektakl.

- Pozwól że będę pracował nad książką, którą szykuję do Anglii, na konkurs dotyczący Williama Shakespeare'a. Tym razem Anglicy nie przysłali jednego tytułu, tematem ma być Shakespeare i wybór jest dowolny – mogą to być powieści, zapiski, listy, cokolwiek. 4 lata temu tematem była woda, robiliśmy tzw. waterbooki. Teraz wgrzewam rowki. Były już wtarte kostką podczas zaciągana bloku skórą, ale są w tych miejscach jeszcze nieco zaokrąglone. Tym gorącym liniakiem tworzę kąt prosty.

- Zrobię sobie odrobinę miejsca, troszkę bałaganu mam na tym stole; tutaj sobie podgrzeję narzędzie. Muszę zrobić małą rzecz - wewnątrz tych pustych miejsc będą panele skórzane. Mam taki jeden pomysł. To jest książka, której akcja dzieje się w lesie w Ardenach. Na tych panelach ma być las w dużym powiększeniu: drzewa grubsze, cieńsze; wszystko wytłoczone w skórze. Z drugiej strony lustrzane odbicie tego obrazu, a na grzbiecie szyldzik za napisem „As you like it”. Chciałem zrobić tzw. suchy tłok, żeby powstał relief; żeby niewidomy mógł poczuć co się dzieje na tej okładce. Niestety na tym zamszu efekt przepalenia w ogóle nie występuje. Próbuję z czarną folią pigmentową.

- Waham się jeszcze czy ją wysłać, mogę tylko jedną. W przyszłym roku będzie wystawa organizowana przez angielską organizację introligatorską, będzie to wystawa objazdowa. 100 najlepszych opraw będzie pokazywane w Belgii, Estonii, Czechach, Niemczech, no i w Anglii właśnie. Duża szansa żeby się pokazać, ale też ogromnie trudne zadanie; zakwalifikować się do setki najlepszych. Jestem realistą i wiem jaki to poziom.

Po raz pierwszy przychodzi mi na myśl pytanie, które powtórzę Jackowi jeszcze nie raz. Dla mnie jest oczywiste. Dla takich jak on jest zapewne przyczynkiem do głębszego zastanowienia. Wierzę w szczerość tej odpowiedzi, bo chcę wierzyć, że prawdziwy artysta nigdy nie osiada na laurach. No właśnie Jacku, czy jesteś artystą?

- Nigdy nie uczyłem się rysować, nie mam wykształcenia artystycznego. Dużo rzeczy robię na skróty, albo muszę coś naprawdę wytrenować, dlatego nie powiem o sobie, że jestem artystą. Jestem ambitny, zawsze stawiam sobie poprzeczkę o piętro wyżej niż potrafię zrobić. I zawsze próbuję. Robię małe kroczki, ale do przodu. Wiem że jesteśmy dla siebie bardziej krytyczni, niż w oczach innych, ale wolę mieć taką postawę jaką mam. Słyszę czasem z ust ludzi, którzy się na tym znają: „Twoje pierwsze prace, a te dzisiejsze... wiesz, ogromny postęp”. Mnie to mobilizuje. Gdybym się nie rozwijał, to pewnie częściej zostawiałbym książki i chodził na spacer z psem.

To dopiero początek moich pytań i wstęp do opowieści o wielkiej karierze twórcy opraw artystycznych, ale przyjemności trzeba dawkować w odpowiednich proporcjach. Historia przyjaźni z mistrzem Jacka, Janem Sobotą zasługuje na oddzielny tekst. Mam nadzieję, że będziecie chcieli ją poznać.

Polecamy także drugą rozmowę z Jackiem Tylkowskim.