Zakorkowani

Obrazek użytkownika greenlady
4.12.2014

Poznań, piątkowe popołudnie. Akurat wracam samochodem z pracy. Godziny szczytu na dobre się rozpoczęły, a ja jadę bez przeszkód, czasem przystanę na światłach, ale generalnie ani widu, ani słychu korków. Jestem zaniepokojona. Może o czymś nie wiem, może zakazano poruszania się samochodami po mieście, może nadciąga kataklizm i większość mieszkańców pochowała się w schronach…? Naprawdę się niepokoję. Dojeżdżam w okolice Mostu Dworcowego. Ufff…. Ten mnie nigdy nie zawodzi. Jest piękny korek, jak most długi, moje oczy cieszą cisnące się samochody i wielka ulga. Wszystko wróciło do normy. Tylko czy tak powinna wyglądać norma?

Korki fot. Jonathan Kos-Read (CC BY-ND 2.0)

Poznań bynajmniej nie jest najbardziej zatłoczonym miastem Polski. Palma pierwsza należy do Krakowa i niech Krakowianie ją sobie zatrzymają. Niemniej jednak godziny szczytu w Poznaniu zdają się trwać od wczesnego popołudnia do godzin już wieczornych, kompletnie nie dając się przewidzieć. Jednego dnia powrót do domu potrwa 30 minut, innego 1,5 h, nawet jeśli jedziesz dokładnie tą samą trasą i wyjeżdżasz o bardzo podobnej porze. To taka niespodzianka gratis od miasta, która czyni życie bardziej ciekawszym i zaskakującym. I oczywiście można zrzucić winę na remonty, których w Poznaniu nie brakuje. Można winić komunikację tramwajową, która choć ma rozbudowaną sieć, jest dość kosztowana i nierzadko bardzo zawodna. Z wygodnickiego punktu widzenia lepiej posiedzieć w ciepłym samochodzie, przy ulubionej muzyce na 40 minut utykając w korkach, niż po uprzednim odczekaniu swojego na mrozie, jechać tylko nieco krócej w ścisku i wątpliwej jakości zapachach. Można też winić infrastrukturę rowerową, która w Poznaniu jest wciąż bardzo uboga, a za każdym rogiem czai się policjant czyhający na chcących zachować życie rowerzystów jadących po chodnikach. Oczywiście, że można zrzucić winę na miasto, a co, należy mu się. Ale gdy tak stoję w korku i obserwuję co się dzieje dookoła, mam nieodparte wrażenie, że lwią część winy za korki ponoszą również sami zainteresowani, czyli sfrustrowani korkami kierowcy.

Kierowcy, którzy przyczyniają się do intensywnego zakorkowania miasta dzielą się na kilka kategorii. Moje ulubione to: „zagapiacze”, „tarasujący”, „separatyści”, „zderzakowcy” i „ostrożnisie”. „Zagapiacze” to kierowcy, którzy uważają za słuszne rozglądać się dokoła, przeglądać zasoby telefonu komórkowego lub programować radio, zamiast skupić się na ruchu ulicznym i sygnalizatorze przed którym stoją. „Zagapiacze” zwykle lądują na pierwszej pozycji przed sygnalizatorem i mają w nosie ile samochodów przejedzie na danej zmianie świateł. Oni przejadą na pewno, a że zamiast 10, czy 15 samochodów przejedzie ich tylko 5, to już ich nie interesuje. Pojadą na następne skrzyżowanie, by na kolejnych światłach dokończyć programowanie radia. „Tarasujący” to kierowcy, którzy za nic mają przepis dotyczący zakazu wjeżdżania na skrzyżowanie, jeśli nie ma się pewności, że się z niego zjedzie. Stoją potem sierotki na środku skrzyżowania, blokując ruch w prostopadłych kierunkach i jeszcze robią oburzone minki, kiedy ktoś na nich trąbnie. Nie mogli zwolnić ani ciut ciut przed skrzyżowaniem, by ocenić sytuację, bo przecież mogliby nie zdążyć na zielonym. A że blokują potem dziesiątki innych samochód, to już nie ich zmartwienie. „Separatyści”. Zachowują separację od poprzedzającego ich pojazdu na minimum dwa inne pojazdy, powodując tworzenie się korka długiego na kilka kilometrów, obejmującego nierzadko kilka skrzyżowań, z których „tarasujący” nie mogą zjechać, choć miejsce dla nich jest, ale kompletnie poza ich zasięgiem. „Zderzakowcy” to najmniej życzliwy typ kierowców. W odróżnieniu od „separatystów” ci trzymają się ekstremalnie blisko tylnego zderzaka poprzedzającego ich samochodu, tak aby broń Boże nikt nie miał cienia szansy przed nich wjechać. W sytuacji gwałtownego hamowania nie mają szansy zareagować odpowiednio szybko, a także nie są w stanie zrobić miejsca dla np. karetki, chyba, że robienie miejsca obejmie staranowanie samochodu przed nimi. Filozofia jazdy na zamek błyskawiczny jest im całkowicie obca i za nic nie wpuszczą kierowcy, który blokuje swój pas ruchu, chcąc zjechać na sąsiedni. I na koniec „ostrożnisie”. To kierowcy, którzy uważają, że jeśli będę jechali przez miasto z prędkością 20 km/h to na pewno będą bezpieczniejsi. Zimą, w śniegu i mrozie na pewno. Ale przy dobrej pogodzie sprawiają, że wszystkie pojazdy jadące za nimi muszą się ślimaczyć i nie wykorzystują przewidzianych dla nich zmian świateł, a kierowcy tych pojazdów są sfrustrowani i skorzy do niebezpiecznych manewrów w celu wyprzedzenia ślamazary. Na dokładkę oczywiście w każdej grupie można znaleźć „komórkowca” (chciałoby się napisać „jedno-komórkowca”), który prowadzi i jednocześnie rozmawia przez telefon, nie korzystając z zestawu słuchawkowego. Jego/jej uwaga jest rozproszona i albo zagapia się na światłach albo drastycznie zwalnia, uważając, że zrekompensuje tym nieuwagę lub generalnie gubi się w sytuacji na drodze i powoduje bezpośrednie zagrożenie dla innych kierowców.

Oczywiście wiem, że każdemu kierowcy zdarzają się chwile zagapienia, lepsze i gorsze dni. Ale mam niestety wrażenie, że wspomniane wyżej sytuacje zdarzają się nagminnie i żadne wnioski nie są z nich wyciągane. Najgorsza w tym wszystkim jest jednak nieżyczliwość kierowców względem siebie i chęć pokazania za wszelką cenę, że ma się rację. „Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe” powinno być czymś więcej niż tylko przysłowiowym frazesem.