Zemścić się – jak to łatwo powiedzieć.

Obrazek użytkownika Kasiek
17.12.2013

Odwet to jeden z ulubionych wątków podejmowanych przez filmowców na całym świecie. Jednak sposób, w jaki do tematu podchodzą Koreańczycy z Południa, robiąc z kina zemsty poniekąd swoją domenę, zasługuje na szczególne wyróżnienie.

Spartacus Kadr ze Spartacusa | © 2013 STARZ ENTERTAINMNET LLC

„Jako motyw zemsta jest o wiele bardziej przewidywalna niż ambicja.” Hal Duncan

I to właśnie ona, obok miłości, jest jednym z najpopularniejszych pobudek działań bohaterów znanych filmów i seriali. A najlepiej, kiedy występują wspólnie. Protagoniście już na początku odbiera się ukochaną, dzięki czemu zyskuje on sympatię i współczucie widzów. Trzymamy za niego kciuki, kiedy wiedziony chęcią odwetu staje się tą samą osobą, której chce się zrewanżować. Tylko główny bohater może czuć się skrzywdzony i tylko on ma prawo do wyrównania rachunków. Ale zemsta to dużo bardziej złożone zagadnienie.

Pojawia się, więc pytanie: czy w kinie jest miejsce na własną interpretacje zachowań bohaterów? Przyzwyczajeni zostaliśmy do koncepcji, w której podział na „dobrych” i „złych” jest jasny i niepodważalny. Ten dobry to najczęściej główny bohater filmu, którego losy; wzloty i upadki; oglądamy przez większość czasu. Ostatnio, co raz częściej zdarza się, że to ta druga strona medalu przejmuje pałeczkę protagonisty. Jednak, nawet w takich sytuacjach, jego vis-a-vis nie jest do końca „dobrą” postacią. Dzieje się tak, ponieważ główny bohater filmu/serialu musi być lubiany; musi zdobyć sympatię i zaufanie widzów, by chcieli śledzić jego losy. Kibicować mu. Przecież dopiero, kiedy emocjonalnie angażujemy się w drogę herosa, bardziej skupiamy się na jego historii, i ciężko nam o nim zapomnieć. A nie sposób nie kibicować samotnemu mścicielowi, który postanawia wymierzyć sprawiedliwość i ukarać każdego, kto go skrzywdził. Nie przeszkadza nam, że w między czasie zabije on, często, tłumy niewinnych ludzi; sam na koniec dokona brutalnego morderstwa, by tuż przed napisami, z nową ukochaną u boku, zaznawać uroków życia człowieka spełnionego. Dobro znów zatriumfuje nad złem; złoczyńca zostanie ukarany. W przypadku takich zakończeń jest jednak pewna rzecz, której mi brakuje: ostatnie ujęcie sugerujące, że teraz nasz bohater stał się celem mściciela.

 

„Zemsta smakuje jedynie tym, którzy nadal dźwigają kajdany.”  Richard Paul Evans

Zemsta to nie jest prosta sprawa. Tak naprawdę wiele filmów nawet w połowie nie dociera do jej sedna. Czym jest? Narzędziem sprawiedliwości? Czym więc jest sprawiedliwość? Biblijnym okiem za oko? Mahatma Ghandi wyrażał przekonanie, że jeśli tak będziemy postępować, to tylko uczynimy cały świat ślepym. Wystarczy zobrazować sobie jego słowa, by zrozumieć ich zasadniczą kwestię. Ktoś, kto stracił jedno oko, odbierze ten narząd innemu; wtedy drugie w zemście zostanie odebrane jemu. W końcu obaj, jako ślepcy staną przed sobą, dosłownie i w przenośni, nie widząc sensu swoich poczynań. W filmach i serialach jednak, często mamy tendencję do kibicowania tym, którzy stracili oko. Rzadko kiedy zastanawiamy się, czy owa strata nie była już aktem wendetty. Kibicujemy ofierze (która w tym momencie staje się katem) w jej drodze po sprawiedliwość, nie zaglądając głębiej w sytuację w której bohaterowie się znaleźli. Jaki był motyw; co kierowało jednym z bohaterów, kiedy krzywdził drugiego? Może już w tym momencie się mścił? Kto więc jest katem a kto ofiarą? Jeśli zaczniemy przyglądać się zemście i ją analizować, dochodzimy do wniosku, że w jej dziele role nie są tak jednoznaczne jakby nam się, na początek, wydawało.

Jednostronne ukazywanie zemsty to częsty grzech reżyserów. Od początku stanowczo i konkretnie stawiają kogoś w roli oprawcy i męczennika i tego podziału ról trzymają się do końca; licząc, że żaden widz nie podważy ich założeń. Ofiara to feniks, który powstaje z popiołów, by narodzić się na nowo i rozwinąć skrzydła. A heros nigdy nie zostanie ukazany jako potwór. Nawet, jeśli zabija, rani i okalecza. Taki wniosek nasunął mi się podczas oglądania Spartakusa stacji STARZ; jedynego w swoim rodzaju, pełnego seksu i przemocy obrazu przestawiającego losy słynnego powstania niewolników w starożytnym Rzymie. Tutaj zemsta jest odmieniana przez wszystkie przypadki, szczególnie od drugiego sezonu, który, nomen omen, taki nosi podtytuł. Spartakus: Zemsta ukazuje bohaterów, którzy tylko co oswobodzili się z łańcuchów rzymskich panów i sami zaczynają stanowić o swoim losie. Wielu z nich, co oczywiste, zostało skrzywdzonych przez byłych właścicieli i teraz szukają zadośćuczynienia. Ciężko podważać ich motywy. Od początku przekonywano nas, jakimi zwyrodnialcami byli rzymscy panowie, wiec teraz powinniśmy kibicować powstańcom w ich dążeniu do zemsty i trzymać kciuki, kiedy będą … traktować swoich oprawców dokładnie tak samo. Widowni to nie przeszkadza. Twórca serialu, Steven S. DeKnight, chciał; i udało mu się w pierwszym sezonie; pokazać ówczesny świat w szarych barwach i każdemu ze swoich bohaterów nadał tyle samo zalet co wad. Mimo tradycyjnego podziału na dobrych i złych, wiele postaci zostało napisanych w intrygujący sposób (chociażby lanista Kwintus Batiatus, w którego wcielił się rewelacyjny John Hannah) i nie można było dobitnie ocenić ich poczynań. W kwestii widza było czy, i na ile, zgadza się z motywami bohatera. Wszystko zmieniło się we wspomnianym drugim sezonie, kiedy to postanowiono iść na wiele uproszczeń. Prawo do zemsty dostali tylko ci, którzy mieli być rozumiani, jako główni bądź też pozytywni bohaterowie serialu, a cała reszta została z tego przywileju obdarta. Powstańcy mordowali setki rzymskich obywateli, i wciąż byli ukazywani, jako herosi o szlachetnych pobudkach; podczas gdy broniący się Rzymianie stali się uosobieniem tego, co na tym świecie najgorsze. Przez to, serialowa zemsta stała się śmieszna i groteskowa; a do tej pory ciekawi i skomplikowani bohaterowie – jednowymiarowi i męczący.

Z jednej strony rozumiem, czym kierują się twórcy filmów i seriali – nie każdy widz ma ochotę oglądać film i musieć na nim samemu podejmować decyzję. Jednak, są też tacy, którzy lubią, kiedy reżyser nie odpowie za nich na wszystkie pytania; pozwoli na własną interpretację i indywidualne spojrzenie w głąb psychiki bohatera. Pozwoli zobaczyć coś, co lepiej jest doświadczać z poziomu bezpiecznego fotela.

Ukazywanie zemsty, bez spojrzenia na nią z wielu stron nie oddaje istoty wyrównywania rachunków. Zemsta zostawia ślad; nie przynosi ukojenia; koniec końców ściąga porażkę i zrównuje oprawcę z ofiarą. Nie da się zabić jednego człowieka, nawet w ramach odwetu, i wrócić z tym do porządku dziennego. Relatywizm, brak odpowiedzi na pytanie: kto jest dobry, a kto zły, miejsce na naszą własną decyzję komu kibicujemy; i czy w ogóle powinniśmy komuś kibicować i współczuć, można jednak znaleźć w dzisiejszym kinie. Nie wiem, czy to sprawa odmiennych kultur, a co za tym idzie innego sposobu „robienia filmów”, czy pewnego rodzaju szacunku lub/i rzucaniu wyzwania dla widza, ale ciekawe, i z różnych stron, spoglądają na tę kwestię Koreańczycy. Przez trylogię Chan-wook Parka (Pan Zemsta, Oldboy i Pani Zemsta), ich kino zaczęło być często kojarzone z tą problematyką a każdy film jest do w/w tytułów porównywany. Z tego powodu celowo pomijam zagłębianie się w owe produkcje w moim tekście.

 

„Pragnąć zemsty to jak wypić truciznę i oczekiwać, że umrze ktoś inny.” Kristin Billerbeck

Dobro i zło to tylko punkt widzenia. Pierwsze zdaje się wciąż triumfować, bo to zwycięzcy piszą historię. Nikt więc nie podważa ich wersji wydarzeń. Ciekawym byłoby spojrzenie na wiele filmów od strony tego drugiego, złego. Lub jeszcze inaczej – gdyby nie przyklejać nikomu łatek; nie przypisywać tradycyjnych ról bohatera i antagonisty tylko pokazać, co kieruje jednym i drugim. Wytłumaczyć, czemu każdy z nich zachował się tak, jak się zachował i dać widzowi możliwość wybrania, po której stronie się opowie. Taką taktykę zastosował Hae-gon Kim w filmie Fate z 2008 roku. Film zaczyna się napadem na bank, który nie do końca idzie zgodnie z planem. W pewnym momencie grupa przestępców, a prywatnie przyjaciół, zostaje zdradzona przez Chul-Joong Jo (Sang-woo Kwon), przez co ich drogi się rozchodzą: najlepszy przyjaciel zdrajcy idzie do więzienia, kolejny z gangu musi ukrywać się do końca życia a ostatni wpada w nałóg. Historia nabiera tempa, kiedy Woo-min Kim (Seung-heon Song) wychodzi z więzienia i postanawia wyrównać rachunki. W tym celu odwiedza byłych przyjaciół, próbuje odnaleźć się w rzeczywistości po więziennej, aż w końcu drogi jego i Chul-Joong Jo znów się krzyżują. Nawet, jeśli na sam początek wydaje się, że mamy do czynienia z klasycznym podziałem ról, to im dłużej oglądamy film, zauważamy, że ta historia nie ma dobrych i złych postaci. Kiedy dowiadujemy się, czemu bohaterowie zostali zdradzeni na samym początku, wszystko przestaje być oczywiste. Reżyser każdego z nich ubiera w wady i zalety; i z punktu widzenia ich obu – każdy ma rację.

W powieści Michaela J. Sullivana pt. Odkrycia Riyrii jeden z bohaterów tłumaczy drugiemu relatywizm w widzeniu świata używając metafory ze sztyletem: obaj patrzą na ten sam nóż, ale każdy z innej perspektywy; jeden widzi jasne ostrze, drugiemu wydaje się, że jest ono ciemne. To, ze obaj widzą tę samą rzecz zupełnie inaczej, nie oznacza, że obaj się mylą. „Jedna prawda nie wyklucza drugiej.” mówi w końcu Royce Melborn do swojego towarzysza. Podobną postawę stosuje Hae-gon Kim w Fate, pokazując nam prawdę z perspektywy wszystkich postaci. Równie ciekawie unika odpowiedzi na pytanie, który z nich powinien wygrać, ale nie chcę psuć nikomu zabawy zdradzając zakończenie.

Podobną taktykę stosuje Ha Yu w Krwawym Karnawale. Film opowiada o Byung-doo (In-seong Jo), młodym człowieku, który pnie się po szczeblach gangsterskiej kariery. Wchodząc o stopień wyżej strąca kogoś, kto już tam był i spirala wzajemnych oskarżeń, pretensji i chęci odwetu zaczyna się nakręcać. Byung-doo jest może głównym, ale na pewno nie jest pozytywnym bohaterem. Pójdę dalej twierdząc, że Krwawy Karnawał nie ma pozytywnych ani negatywnych postaci. Tutaj każdy jest krzywdzącym i pokrzywdzonym jednocześnie i nikt nie ma monopolu na zemstę. Jak w życiu, każdy ma inne cele i ambicje, a beneficjentami mają być oni sami lub/i ich najbliżsi. Tylko od widza zależy czy, i któremu bohaterowi zdecyduje się kibicować w jego drodze na szczyt.

„Zemsta sama na siebie ściąga porażkę. Pochłonie cię, aż nic nie zostanie.” Chris Bradford

Pieta (reż. Ki-duk Kim) Kang-do Lee (Jeong-jin Lee) to brutalny windykator, który kaleczy swoje ofiary, by te mogły spłacać długi z pieniędzy z odszkodowań. Od samego początku nie jawi się, jako sympatyczna postać, której w jakikolwiek sposób możemy współczuć. Bezwzględny, zwyrodniały człowiek bez uczuć budził we mnie jedynie niechęć, a widząc, jakie cierpienia sprowadza na każdą ze swoich ofiar nie mogłam się zdecydować, komu najbardziej należy się odebranie mu życia. Nie zastanawiałam się, czemu taki jest, tylko chciałam by ktoś wreszcie sprowadził go na ziemię. Nagle, pojawia się Mi-sun Jang (Min-soo Joo), która twierdzi, że jest matką Kang-do i porzuciła go w młodości a teraz wraca, by naprawić swoje błędy. Złe traktowanie nowoprzybyłej, początkowa niewiara w jej słowa i próby odrzucenia odrobiny uczuć wydają się pieczętować postać windykatora jako degenerata, ale nieustępliwość kobiety sprawia, że garda brutala opada. Kiedy już zdaje się on wchodzić na drogę wiodącą do chociażby zalążków empatii pojawia się ktoś, kto przyszedł po sprawiedliwość. I dopiero wtedy robi się ciekawie! W tym momencie filmu granica między katem a ofiarą staje się tak cienka, że do końca nie wiadomo, kto jest kim, a może inaczej – każdy jest jednym i drugim. Koniec końców współczułam wszystkim bohaterom i pytałam głośno: czemu do takich sytuacji musi dochodzić, by człowiek zrozumiał, że krzywdząc innych krzywdzi również samego siebie?

Rozprawiając o zemście warto również pokazać, że samotna wyprawa po sprawiedliwość nie zawsze jest dobrym pomysłem. Kiedy w The Better Tomorrow wiedzą, dokąd go zaprowadziły.

„Nienawiść zaślepia, gniew ogłusza, a ten, kto pragnie zaspokoić żądzę zemsty, może przypadkiem napić się goryczy.” Aleksander Dumas

Ujrzałem diabła.

„(...) cóż ona jest warta, ta zachwala zemsta? Niczego się przez nią nie zyskuje. Bynajmniej nie poprawia człowiekowi samopoczucia. I w końcu sprawia, że staje się on jeszcze gorszy od ludzi, których chciał ukarać.” Niech ten cytat z Wyznawców płomienia Grahama Mastertona posłuży za podsumowanie.